W pewnym wieku człowiek wybiera sobie takie miłości, z jakimi mu wygodnie

rozmowa z Krystyną Jandą

Myślę, że przeciętna, typowa kobieta nie ma już takich ambicji, żeby za wszelką cenę zmienić życie. Codzienność ją tak dogania, że jakość jej związku przyjmuje jako rzecz, z którą nie może walczyć. Mówię o inteligentach, nie można o tym zapomnieć, że są to ludzie, którzy po pierwsze analizują swoje życie, którzy oceniają się nawzajem i co więcej - nie oceniają tylko siebie, ale są autoironiczni i krytyczni wobec siebie! To już się naprawdę nieczęsto zdarza

Z Krystyną Jandą rozmawia Katarzyna Wysocka

Katarzyna Wysocka: Pani Krystyno, jak to jest z miłością? Pisała pani w swoim dzienniku, że ostatnio zakochała się w obrazie Mehoffera, tutaj w Sopocie.

Krystyna Janda*: Tak, w pewnym wieku człowiek wybiera sobie takie miłości, z jakimi mu wygodnie.

Co było takiego urzekającego w tym obrazie?

Ten obraz jest nadzwyczajny, po prostu, nadzwyczajny, wisi tutaj naprzeciwko. Ale ja się w wielu rzeczach zakochuję, w swoim łóżku, że mam lepsze niż poprzednie, w filiżance się zakochuję, w Toskanii się zakochuję, w temperaturze powietrza się zakochuję, w łazience jednej pani, że ma taką samą temperaturę powietrza jak wychodzi z wanny, co temperatura wody, a to wydaje mi się nadzwyczaj miłe. Tak mi się wydaje, że w życiu każdy dochodzi do takiego momentu, jakby wszystkie rzeczy się stały i potem stara się żyć zgodnie z organizmem i wewnętrzną harmonią.

Jest Pani dla mnie od wielu lat synonimem  dobrej energii i mówienia ludziom o tym, że mają wyzwalać z siebie dobrą energię. Jest pani dobrym duchem, patrzy pani bardzo uważnie na życie, na ludzi. Kocha pani życie.

No tak, ale to też taki banał. Jest bardzo wielu ludzi, którzy nie kochają życia i nawet tego nie wiedzą. Myślę, że jest niewielu takich, którzy tak naprawdę kochają życie i wiedzą o tym, że je kochają. Bo wielu kocha życie, ale tego nie wiedzą... Zyskać tę świadomość to jest prawdziwe szczęście, moim zdaniem, bo wtedy wszystko się odmienia i właściwie wszystko jest dobre. Kiedyś, pamiętam,  denerwowałam się, jak czegoś zapomniałam, że wracam do domu, że jestem kretynką, która ciągle czegoś zapomina i tracę czas, i wracam. A wie Pani, że się przestałam w ogóle tym denerwować ? Po prostu mówię: o, czegoś zapomniałam i jeszcze raz pojadę. I jeszcze raz pojadę, i jeszcze raz wyjadę, i będzie bardzo miło. W ogóle przestałam się tym denerwować. To raczej taka prostota jest w tym, to raczej na takiej prostej rzeczy polega niż czymś innym, bardziej filozoficznym.

Słucham tego z zazdrością, bo mówi pani o potędze człowieka, kobiecości. Patrzę na panią jak na pewnego rodzaju ideał emocjonalny, że można sobie radzić z pewnymi emocjami, zbierać je, szufladkować. Z drugiej strony ma pani ciągłą ochotę poznawania nowych emocji, nie jest pani tutaj zaspokojona.

No tak, ale ja miałam bardzo dobre życie. Dostałam od życia więcej niż się spodziewałam, oceniono mnie lepiej niż sama o sobie myślałam. To jest bardzo szczęśliwe życie, strasznie rzadko się to zdarza, niewielu ludziom się to zdarza. Albo muszą bardzo walczyć, a ja nigdy nie walczyłam specjalnie, albo muszą udowadniać za wszelką cenę, a ja nigdy nie udowadniałam czegoś za wszelką cenę, tylko po prostu coś tam grałam, kręciłam. Myślę, że miałam wyjątkowe życie i przez to nie mam pretensji do nikogo, ani żalów jakiś, ani nie muszę udowadniać, że jestem lepsza niż jestem. Mam odwagę przez to, tak się po prostu życie potoczyło.

W tekście sztuki Karol mówi, że aktorka nie jest kobietą...

Nie, nie chodzi o to... Ona mówi znowu o takim banale, że w gazetach, w filmach, w prasie, wszędzie są mężczyźni starzy, młodzi, brzydcy, piękni, pomarszczeni, grubi, chudzi, a kobieta jest zawsze piękna, zawsze młoda, albo Julia Roberts. I tym samym ona ma pretensję, że tak jest pokazywana kobieta w naszym kręgu zwyczajowym, bo już nie chcę powiedzieć - kulturowym, ponieważ to jest trochę więcej. Nasze media  i nasza taka codzienność nie dopuszczają kobiet, które się zestarzały, które są gorsze, słabsze, starzeją się, nie mają siły. A mężczyźni mają większe prawa i te prawa mężczyzn się nie zmniejszają. Ona tylko to mówi. A on jej na to opowiada: „Ale to są aktorki, nie kobiety", ale to jest oczywiście wymijająca odpowiedź.

Jakby pani nazwała tę energię między małżonkami po 27. latach wspólnego zycia? Wydaje się, że w tym fragmencie, kiedy ich obserwujemy w tym tekście, we fragmencie ich życia, przeszli wiele różnych momentów.

Po pierwsze, ta energia jest bardzo dobra. Oni się bardzo kochają i za to głównie dziękuję aktorom. To jest najtrudniejsze do uzyskania, wychodzi para aktorów, coś grają, ale między nimi nic się nie zdarza. A tu jest tak, że oni grają, rzeczywiście wszystko wykonują, wszystko jest "wyrobione", jak my to nazywamy, ale jednocześnie tak się zdarzyło, że pani Dorota Kolak i pan Mirosław Baka bardzo się przyjaźnią i to widać na scenie, i to się przełożyło na spektakl. Za to jestem im bardzo wdzięczna. Grałam wielokrotnie z różnymi aktorami i muszę powiedzieć, że większość tych związków na scenie była  czysto techniczna, czysto zawodowa, że mieliśmy problem z fizycznością. A tu nie ma żadnego problemu, po prostu oni się tak lubią, w tak naturalny sposób całują, dotykają, że to jest wielkie. To coś dostałam w prezencie razem z nimi. Na scenie uwielbiam grać z Piotrkiem Machalicą, z Markiem Kondratem, bo nie mam żadnych problemów. A są aktorzy, z którymi nie mogę wyjść poza formę. Wszystko musi być konwencjonalne, bo na niekonwencjonalność nas nie stać. Fizyczność na scenie to jest w ogóle wielki problem. Tu tego problemu nie ma.

Czy dla pani Barbara to postać, która łączy w sobie cechy kobiety dojrzałej, która przeszła już wiele? Czy ona zachowuje sie typowo dla kobiety 50-letniej? Rozmawiałam z  Dorotą Kolak i śmiałam się z nią nie zgodzić, że to jest typowa kobieta w określonym wieku.

Myślę, że przeciętna, typowa kobieta nie ma już takich ambicji, żeby za wszelką cenę zmienić życie. Codzienność ją tak dogania, że jakość jej związku przyjmuje jako rzecz, z którą nie może walczyć. Mówię o inteligentach, nie można o tym zapomnieć, że są to ludzie, którzy po pierwsze analizują swoje życie, którzy oceniają się nawzajem i co więcej - nie oceniają tylko siebie, ale są autoironiczni i krytyczni wobec siebie! To już się naprawdę nieczęsto zdarza. Ludzie w ogóle tylko siebie widzą, mają tylko pretensje do kogoś innego, a ten tekst uczy między innymi patrzenia na swoje winy, swoje słabości, swoje błędy i to jest też cenne. Dlatego z jednej strony jest to typowa kobieta, bo ja takich kobiet znam bardzo dużo, a z drugiej strony jest tyle kobiet, które są zagonione w jakąś szara stronę, że już nie mają siły na takie zabawy

Powiedziała pani, że kobiety wchodzą w swoją rolę, że pozostają w tych rolach współcześnie. Trochę się z tym nie zgadzam, czasami kobiety próbują wyjść poza swoją rolę, nie zawsze dobrze to się kończy.

Nie, nie ma pani racji, dlatego że 80% małżeństw to są ludzie, którzy po kilku latach już ze sobą nie rozmawiają, są sobie obcy, wychowują wspólnie dzieci, nienawidzą się nawet. Mężczyzna w ogóle nie chce zmian, nie ma ochoty na zmiany i ma dosyć, a jeśli kobieta ma jakiekolwiek apetyty na inne życie, to dostaje po nosie i nie tylko od męża, ale od dzieci, od wszystkich, ponieważ nikt nie rozumie, o co jej chodzi. Tak wygląda prawda moim zdaniem, a tu mówimy o kobiecie i ludziach z większymi aspiracjami. Jest taka warstwa ludzi, ale to są ci sami, którzy czytają książki w tym kraju, czyli 700 tysięcy, 2 % podobno.

Kiedy kończy się seksualność, potrzeba na seksualność? Czy w ogóle można mówić o czymś takim?

Moim zdaniem nigdy. Natomiast zwyczaj każe i w naszym kręgu kulturowym kończy się bardzo wcześnie, ale jeśli ludzie się nienawidzą, to i nie ma potrzeb seksualnych. Jeśli ludzie się nienawidzą, to nie chcą się w związku ani całować, ani dotykać. To jest innego rodzaju problem. Mają ochotę na seks, ale z kim innym. I tyle.

Co pani powiedziała kobiecie, która obejrzała pani próbę w Warszawie i powiedziała, że chciałaby się rozwieść?

Nic. Nic. Jak ja gram Shirley, to wiele kobiet nagle twierdzi, że zmieniło życie, po obejrzeniu Shirley Valentine

Ja zmieniłam.

Naprawdę? Bardzo mi miło. Następna ofiara Shirley. Myślę, że to jest też taki tekst, oni mówią coś tak prostego i dotykającego czasem, że jak się to ogląda, to wstaje nagle taka kobieta i mówi: "Boże, ja nie mam nawet cienia szansy na taką rozmowę, ja nie ma cienia szansy na taką zmianę, ja nie mam przy sobie partnera, który jest choćby w 10% tak otwarty jak ten Karol". Nagle uświadamia sobie, że ona nie chce dalej tak żyć. I to się stało tej kobiecie, ona nagle zrozumiała, że pójdzie teraz do domu, do tego człowieka, z którym nie ma nic wspólnego i nie ma szansy z nim na taką szczerość, taką rozmowę i w ogóle na rozmowę. Rozumiem, że ona powiedziała, mam dosyć i nie dlatego, że się zestarzałam, że na niego nie zasługuje, tylko dlatego, że nie jesteśmy partnerami w żaden sposób. Więc może lepiej zrobić wysiłek w 50. czy 55. roku życia i po prostu się rozstać i uratować to, co zostało, te kilka lat życia w harmonii, jakimś  spokoju, własnych upodobaniach?

Które góry pani będzie w najbliższym czasie przenosić? Wciąż wyznacza pani sobie nowe cele, otworzyliście kolejną scenę w Och-Teatrze.

Zobaczyłam tam ostatnio próbę generalną kabaretu Macierz, który jest bardzo zabawny i cieszę się, że nasza publiczność może ich obejrzeć, usłyszeć te żarty, ale od razu pomyślałam, że sama powiedziałabym tam jakiś monolog. I od razu "uderzyłam się po mózgu łapą". Bez przesady, przecież ja już mam tyle ról i tyle gram. Natomiast jestem po pierwszych próbach "Mayday". Wracam do Warszawy, żeby w 22 próby zrobić tak trudną sztukę, jeszcze zrobić ją oryginalnie, farsę, ale tak, żeby ludzie dostali tak zwaną nadwartość. Muszę ją zrobić w latach 60., bo inaczej akcja nie miałaby sensu, czyli wchodzi cała sfera historii sztuki, ubioru, muzyki i sposobu zachowania się. Muszę się tym zająć, przypomnieć, zacząć decydować o kolorycie całej tamtej historii. To bardzo poważne zadanie, bo chciałabym bardzo, żeby to była taka Mondrianowska trochę w estetyce historia, bo inaczej nie ma sensu. Gdyby były wtedy telefony komórkowe, to "Mayday" nie mogłaby się zdarzyć, no i tyle.

Jaki jest przepis na sukces w przypadku "Seksu dla opornych", nazwiska?

Nie. To musi być dobre i to jest dobre. To jest bardzo porządnie zrobiony spektakl, świetnie grany, niegłupi, ważny a jednocześnie dla wszystkich.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

*Krystyna Janda: polska aktorka filmowa i teatralna, reżyserka, prozaiczka i felietonistka, piosenkarka; dyrektorka teatru. Wszystko i na bieżąco o Krystynie Jandzie na stronie www.krystynajanda.pl

Katarzyna Wysocka
Port Kultury
20 stycznia 2012
Portrety
Krystyna Janda

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia