W podróży

Rozmowa z Barbarą Wysocką

- Spektakl ma formę układanki, puzzli. Stawiamy mnóstwo pytań, ale nie ma jednoznacznych odpowiedzi ani podsumowań. To raczej rozmowa, przyglądanie się wybranym momentom z życia Aliny Szapocznikow i niektórym jej dziełom. Bez narzucania wniosków. Jest to materiał bardzo subiektywny, wybiórczy. Gdybyśmy chcieli opowiedzieć całą historię Aliny Szapocznikow, spektakl trwałby dziesięć godzin - mówi aktorka i reżyserka, Barbara Wysocka o spektaklu "Szapocznikow. Stan nieważkości/No gravity".

Wyreżyserowała spektakl "Szapocznikow. Stan nieważkości/No gravity" i zagrała w nim tytułową rolę. Barbara wysocka opowiada o sile swojej bohaterki, o przedstawieniu i własnej drodze do teatru.

Rafał Sławoń: Dlaczego Alina Szapocznikow?

Barbara Wysocka: Długo szukałam postaci, której chciałabym poświęcić cały projekt teatralny, z którą chciałabym spędzić dużo czasu, poznając jej życie w najdrobniejszych szczegółach, przeglądając godzinami zdjęcia, dokumenty, przeszukując archiwa w poszukiwaniu starych wywiadów. Nie jest to spektakl biograficzny. Postać Szapocznikow stała się pretekstem do postawienia pytań o sens tworzenia w ogóle, o to, jak świat odbiera i interpretuje osobę artysty i jego dzieło, i jak bardzo nagina tę interpretację do swoich aktualnych potrzeb.

Jaką formę ma pani spektakl?

- Nie mamy sztuki, na której możemy bazować. Nie inscenizujemy listów ani żadnej konkretnej książki. Spektakl ma formę układanki, puzzli. Stawiamy mnóstwo pytań, ale nie ma jednoznacznych odpowiedzi ani podsumowań. To raczej rozmowa, przyglądanie się wybranym momentom z życia Aliny Szapocznikow i niektórym jej dziełom. Bez narzucania wniosków. Jest to materiał bardzo subiektywny, wybiórczy. Gdybyśmy chcieli opowiedzieć całą historię Aliny Szapocznikow, spektakl trwałby dziesięć godzin.

Alina Szapocznikow to uznana artystka i bardzo intrygująca kobieta.

- Jej biografia jest rozpięta między bardzo dramatycznymi wydarzeniami. Gdy miała dwanaście lat, straciła ojca. Jako nastoletnia dziewczyna przeszła getta, wywózki i obozy śmierci. Nigdy nie wspominała, co się z nią wtedy działo. W 1949 roku niemal umarła na gruźlicę. W 1969 roku stwierdzono u niej raka, który zabił ją cztery lata później. Jej twórczość często jest postrzegana i interpretowana przez pryzmat tych wydarzeń. W 1945 roku dostała się do Pragi, w której rozpoczęła studia w Wyższej Szkole Artystycznej.

Co ciekawe, w Pradze podawała się za Czeszkę.

- Tak. Sądząc, że cała jej rodzina nie żyje, postanowiła zostać Czeszką. Złożyła podanie o czechosłowackie dokumenty i obywatelstwo, podając się za Alenę Sapočnikovą, urodzoną w czeskim Cieszynie. W pewien sposób odcięła się od tego, co spotykało ją do tej pory. Rozpoczęła nowe życie.

W czasie studiów nawiązała romanse ze swoim profesorem i kolegą.

- Jawny związek z dwoma mężczyznami dowodził bezpruderyjności tamtejszych kręgów artystycznych. Dla Szapocznikow ta miłość stanowiła część nowego życia. Potem związki te przerodziły się w długoletnie przyjaźnie.

Z Pragi Szapocznikow pojechała do Francji. Dostała stypendium w Paryżu. Jak tam wyglądało jej życie?

- Paryż roku 1947 był biedny i wygłodzony, lecz buzował intelektualnie i artystycznie. Szapocznikow na początku żyła ze stypendium, ale szybko zaczęła sama pracować i zarabiać na swoje utrzymanie. Rzeźbiła portrety, nagrobki. Miała niesamowitą łatwość nawiązywania kontaktów w środowisku.

Poznała tam również męża, Ryszarda Stanisławskiego.

- Tak, żyli w wielkiej, namiętnej miłości i w strasznej biedzie.

To był powód, dla którego zdecydowali się wrócić do Polski?

- Myślę, że powodów było kilka. Szapocznikow chciała pracować, dużo, niezależnie, twórczo. We Francji nie miała do tego warunków. Problemy finansowe miały też zasadniczy wpływ na jej zdrowie, brakowało pieniędzy na leczenie i rekonwalescencję.

Nie bała się stalinizmu w Polsce?

- Nie bała się, ale stopniowo jej poglądy ulegały przemianie. Oboje ze Stanisławskim potrafili ocenić faktyczny wymiar bredni i kłamstwa, ostatecznie Szapocznikow wyjechała z Polski w 1963 roku, nie mogąc dłużej znieść tej sytuacji.

W czasie pobytu w Polsce adoptowała z mężem syna Piotra. To była w jej życiu bardzo ważna osoba.

- W starych wywiadach są bardzo piękne wypowiedzi Piotra Stanisławskiego o relacji z mamą. Ten związek matki z synem był pełen miłości, a równocześnie zrozumienia twórczego.

Co panią najbardziej intryguje w Szapocznikow?

- Mimo iż często wpisywana jest w poetykę śmierci - miała niesamowitą miłość do życia. Niewiarygodne pokłady energii życiowej. Wygrywała z przeciwnościami losu, nawet z rakiem wygrała, zaprzęgając go do swojej twórczości. Do ostatniej chwili nie przestała tworzyć.

Była piękną kobietą.

- Tak. Była poza tym w kontaktach z ludźmi bardzo ciepła i otwarta. To w pewien sposób - w oczach niektórych - definiowało ją jako taką małą, miłą rzeźbiareczkę, która coś tam sobie puka w duży kamień. Delikatna dziewczyna przy wielkim kamieniu - bardzo atrakcyjny obraz dla mediów, wpływający korzystnie na jej popularność i marginalizujący ją jako artystkę. Szapocznikow nie znosiła dziennikarzy idiotów, którzy robili z niej Alinkę z "puszystą rozczulającą czuprynką" i "małymi dziecinnymi rączkami". Nie znosiła wywiadów, którymi próbowano wepchnąć ją w dobrze sprzedający się stereotyp.

Pani spektakl jest próbą zerwania z tym stereotypem. Czy pani sama ma poczucie, że jest definiowana przez swoją kobiecość?

- Myślę, że czasy się zmieniły. Kobiety w sztuce i w innych dziedzinach wywalczyły sobie pewną pozycję, dziś różnice nie są tak drastyczne jak kiedyś. Pięćdziesiąt lat temu poruszaliśmy się po zupełnie innym obszarze, jeśli chodzi o płeć.

Kobiety w polskim teatrze wspierają się wzajemnie?

- Czy w ogóle jakiekolwiek środowiska w Polsce wspierają się wzajemnie? Raczej typowo polska jest permanentna, zajadła, jednostkowa walka. Kobiety nie wspierają się, bo nie stanowią żadnej zorganizowanej grupy w teatrze, i całe szczęście, bo od razu by wydzielono sztukę tzw. kobiecą, kobiecy teatr. Bardzo atrakcyjny medialnie. Prawda?

Tak jak bohaterka spektaklu, pani również wyjechała swego czasu za granicę. Jak znalazła się pani w Niemczech?

- Pojechałam tam studiować grę na skrzypcach. Po trzech latach stwierdziłam, że po pierwsze, nie chcę tam zostać, a po drugie, nie chcę uprawiać tego zawodu. Odtwarzanie dzieł muzyki, jakie powstały na przestrzeni ostatnich kilkuset lat, przestało mnie interesować. Było za mało twórcze, zbyt mało angażujące dla ciała i umysłu. Decyzja o powrocie do Polski, o tym, żeby zająć się teatrem, była jedną z ważniejszych w moim życiu.

Od pani debiutu aktorskiego mija właśnie dziesięć lat.

- Równo dziesięć lat mija od premiery "Księdza Marka" Słowackiego w Starym Teatrze w Krakowie.

Co wiedziała pani wtedy o aktorstwie?

- Niewiele, wiedziałam za to, czym chcę się zajmować, a to już bardzo dużo. Chciałam wysiłkowej pracy mózgu, ciała i duszy, i to znalazłam w teatrze. Debiutując, miałam więc poczucie, że jestem szczęśliwa. Byłam upojona tym, że wreszcie mogę robić to, co sprawia mi przyjemność, daje satysfakcję. W szkole nie było mi łatwo, starałam się nadrobić stracony - w moim mniemaniu - czas, dobrze wiedziałam, czego chcę i szukałam własnej drogi, co nie wszystkim się podobało. Skończyłam wydział aktorski i wydział reżyserii. To połączenie mi odpowiadało. Najważniejsze spotkania to były te z Krystianem Lupą, Krzysztofem Globiszem, Bogdanem Hussakowskim.

A jak pani sprawuje się jako aktorka, kiedy nie gra "u siebie"?

- To, że gram i reżyseruję równocześnie, to sporadyczne przypadki i szczególne projekty. Kiedy pracuję z innym reżyserem, daję całą swoją energię, wszystko, co umiem i wiem. Bardzo potrzebuję tych podróży w świat stworzony przez kogo innego.

Po warszawskiej kwietniowej premierze "Szapocznikow. Stan nieważkości / No gravity" w maju będziemy mieli wrocławską, a co dalej?

- 25 czerwca zapraszam do Teatru Wielkiego Opery Narodowej na prapremierę "Moby Dicka". To dzieło monumentalne. Trzy godziny muzyki, 150 osób, duża scena, a w warstwie fabularnej walka człowieka z żywiołem.

Nie przeraża pani ten rozmach?

- Przeraża, bo taka praca to gospodarka rabunkowa na własnym organizmie, ale z drugiej strony dobrze jest mieć do dyspozycji taką machinę. Zresztą kolejny projekt operowy, w Monachium, w styczniu 2015, również będzie pełen rozmachu. Poza tymi realizacjami pracuję jako aktorka, mam próby i spektakle, spędzam czas z rodziną.

A czasu na wszystkie projekty pani nie brakuje?

- Ja nie robię projektu za projektem, nie wskakuję co miesiąc w inną pracę w innym mieście. W pewnym momencie zmieniają się priorytety. Staram się pracować w zgodzie ze sobą i nad tym, co jest dla mnie ważne. A czasu brakuje zawsze.

Rafał Sławoń
Harper's Bazaar
23 kwietnia 2014
Portrety
Barbara Wysocka

Książka tygodnia

W trzech zdaniach. Notatki z lat 2018-2019
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski

Trailer tygodnia

„Viva La Mamma" - reż....
Roberto Skolmowski