W samym środku weneckiego karnawału

"Nine" - reż. Jacek Mikołajczyk - Teatr Muzyczny w Poznaniu

Rewia rodem z paryskiego Folies Bergre, burleska, commedia dell'arte, wenecki karnawał, projekcje wideo, imponujące kostiumy, których nie powstydziłyby się garderoby największych scen operowych świata. To wszystko mieści się na niewielkiej scenie Teatru Muzycznego w jednym, dwugodzinnym spektaklu. "Nine" w reżyserii Jacka Mikołajczyka imponuje rozmachem, ale może zmęczyć nadmiarem bodźców.

Po przełomowym dla tej sceny musicalu "Jekyll&Hyde", subtelnej, zrobionej z dużym smakiem "Evicie", plenerowym "Jesus Christ Superstar" i brawurowej "Zakonnicy w przebraniu" Teatr Muzyczny sięgnął po "Nine" Maury'ego Yestona. Inspirowany "Osiem i pół" Federico Felliniego broadwayowski przebój, znany także z wersji kinowej, był na pewno sporym wyzwaniem, a jednocześnie otwierał przed poznańskim zespołem nowe możliwości. Spektakl dziejący się gdzieś między całkiem realną Wenecją, wyobrażonym Paryżem, światem wielkiego kina a nierzeczywistością zamkniętą w głowie głównego bohatera - w jego snach, wizjach i urojeniach - pozwalał na poszukiwanie nowych dróg do jego odczytania i interpretacji. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że twórcy spektaklu trochę się tym potencjałem "Nine" zachłysnęli. I przedobrzyli.

Kryzys goni kryzys

Znany reżyser filmowy Guido Contini (w tej roli w jednej z obsad Łukasz Brzeziński) właśnie przekracza ikoniczną czterdziestkę. Dopada go klasyczny kryzys wieku średniego, na który nakłada się dużo poważniejszy kryzys twórczy i najpoważniejszy - kryzysy z kobietami. Mężczyzna miota się w panteonie pięknych niewiast niczym leszcz w sieci - od dojrzałej i wyjątkowo cierpliwej żony Luisy (Anita Steciuk), przez infantylną, ale zakochaną i wierną Carlę (Ewa Kłosowicz), aktorkę i muzę Claudię (Ewa Łobaczewska), po francuską producentkę jego najnowszego filmu - Liliane Le Fleur (w tej roli świetna Barbara Melzer!). Realne postacie w głowie Guida mieszają się ze wspomnieniami czułej i kochającej matki, zakonnic, które opiekowały się nim w dzieciństwie i tajemniczej prostytutki Saraghiny. Bawiący się dotąd uczuciami kobiet artysta, dochodzi do ściany. Gubi się w tym, co czuje. I w efekcie nie czuje już nic. Dorosnąć nie zamierza, nowego filmu nakręcić nie zdoła, chce z sobą skończyć, ale i na to brakuje mu odwagi. Znakomity materiał na dramat. "A my tu przecież kręcimy komedię" - o czym przypominał ekipie sam wielki Fellini, kręcąc "Osiem i pół". No właśnie.

Trudno znaleźć naprawdę komediowe sceny w "Nine". Właściwie poza brawurową Barbarą Melzer w roli charakternej i zadziornej Liliane Le Fleur żadna ze scen nie wywołuje salw śmiechu na widowni, jak to miało miejsce w "Zakonnicy w przebraniu" również reżyserowanej przez Jacka Mikołajczyka. Do tego w libretcie sporo jest scen do zagrania, a nie zaśpiewania. A nie każdy z aktorów z dramatyczną rolą dobrze sobie radzi. Zdarzają się postacie drewniane, zagrane z emfazą, czasami jakby "nadgrane". W songach odtwórcy głównych ról wypadają znacznie lepiej. Każda z kobiet Guida jest inna, dysponuje innymi wokalnymi skalami, innym temperamentem. Z kolei Guido w wykonaniu Łukasza Brzezińskiego niedoskonałości wokalne nadrabia żywiołowością i autentycznym urokiem "wiecznego chłopca".

Kostiumy zamiast scenografii?

Od strony realizacyjnej spektakl prezentuje się niemal perfekcyjnie. Poprowadzona przez Jakuba Kraszewskiego orkiestra Teatru Muzycznego pozostaje od kilku sezonów w znakomitej formie. Muzyka Yestona, wcale nie łatwa w odbiorze, nie zapadająca szybko w pamięć (może poza kilkoma najsłynniejszymi motywami) brzmi w wykonaniu poznańskich muzyków głęboko i pięknie. Inteligentna scenografia dobrze radzi sobie z trudną, bo bardzo ograniczoną przestrzenią poznańskiej sceny (autor - Mariusz Napierała). Układy choreograficzne z kilku co najmniej "różnych bajek" - od numerów rewiowych, przez elementy burleski po parodię operowych realizacji (autorka - Paulina Andrzejewska) stanowią ważne tło dla toczących się w pierwszym planie wydarzeń. I wreszcie kostiumy Agaty Uchman, o których właściwie można by napisać osobną recenzję. Wielopoziomowe konstrukcje - kubistyczne i surrealistyczne, sięgające po inspiracje do dzieł światowego kina, operowej klasyki, czasami wyjęte z samego środka weneckiego karnawału, z commedii dell'arte. Ale i czerpiące z bajkowych przestrzeni i nieograniczonej wyobraźni autorki. Wyjątkowo plastyczne, same wystarczyłyby za scenografię.

Problem w tym, że tak jak każdy z elementów spektaklu stanowi osobną, doskonałą całość - tak z ich połączenia na scenie wychodzi trudny do udźwignięcia nadmiar. Bo jest i rewia rodem z paryskiego Folies Bergre - pióra, cekiny i długie nogi tancerek w kabaretkach, jest erotyczny taniec prostytutek pod batutą Saraghiny. Na scenę wpada i Casanova i weneccy gondolierzy. Nad sceną unoszą się bańki mydlane, para i dym. Są wreszcie i czarno-białe projekcje, nawiązujące do twórczości mistrzów włoskiego kina. Od nadmiaru środków naprawdę może zakręcić się w głowie. Trudno skupić się, wsłuchać w muzykę, bo obrazy, mobilne elementy scenografii i układy taneczne zmieniają się w zawrotnym tempie. I tylko zaskakująco kameralny finał uspokaja sytuację i pozwala mi wstać z całą resztą sali do oklasków. I klaszczę - każdemu z twórców z osobna.

Sylwia Klimek
kultura.poznan.pl
10 października 2017

Książka tygodnia

Iłła. Opowieść o Kazimierze Iłłakowiczównie
Wydawnictwo Marginesy
Joanna Kuciel-Frydryszak

Trailer tygodnia