W STU grany jest spektakl o Judy Garland

„Judy Garland. Na końcu tęczy" – reż. Krzysztof Jasiński – Krakowski Teatr Scena STU

Jej piosenki śpiewa Beata Rybotycka.

Światła rampy kuszą iskrzącym blaskiem sławy. Brawa widzów są jak narkotyk, bez którego nie da się zasnąć. Można się ogrzać w ich narastającym rytmie, otulić nimi niczym ciepłym szalem. Bo w garderobie panuje grobowy chłód, mimo tego, iż przyniesiono specjalny, niewyobrażalnie drogi piec.

Bukiety kwiatów więdną w jego żarze niezauważone, zmieniając się w cmentarne wieńce. Sztuczne życie w świetle reflektorów i oklasków, które nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, po zejściu ze sceny wściekle boli. Cierpienie ukoić może tylko majacząca na dnie butelki cierpkość i gorzki smak małej okrągłej kusicielki. Tych, które szukały ratunku w alkoholu i prochach było w Hollywood wiele - Betty Davis, Marilyn Monroe czy Liza Minnelli, która skłonność do odlotów wyssała z mlekiem matki Judy Garland. Nie miała innego wyjścia, bo to w końcu o jej rodzicielce mówiono, że wtłoczyła w siebie tyle chemicznej energii, iż mogłaby rozświetlić nią cały Manhattan. Na scenie Teatru Stu o rozpaczy i wielkim talencie Judy Garland opowiada Beata Rybotycka w spektaklu "Na końcu tęczy", wyreżyserowanym przez Krzysztofa Jasińskiego.

Przedstawienie oparto na sztuce Petera Quiltera. Sztuce, powiedzmy od razu, nie najwyższych lotów, słabo skonstruowanej i nieco za długiej. Główna część akcji rozgrywa się w hotelowym pokoju. Tu u schyłku życia przyjeżdża ze swoim nowym narzeczonym (Robert Koszucki) i akompaniatorem (Jakub Przebin- dowski) niegdysiejsza gwiazda, która czas świetności ma już za sobą. Właśnie obiecała, że będzie grzeczna, miła dla dziennikarzy i publiczności. Ba, nawet dla hotelowego menedżera, który pamięta jej ostatnie wyczyny w tym samym miejscu. Jak można się domyślić, Judy niedługo wytrzymuje w postanowieniu poprawy. Strach przed życiem jest silniejszy niż wszystko inne. Trzeba go zabić mocną whisky i prochami, które dostarczy jej chętnie każdy handlarz w mieście. Grająca Judy Beata

Rybotycka jest świetna, gdy śpiewa piosenki z repertuaru hollywoodzkiej gwiazdy. Bo śpiewa je nie amerykańska aktorka, ale prawdziwa Beata Rybotycka, która opowiada nimi o sobie, o tym co sama czuje i przeżywa. I choć wyświetlany jest obok, zarejestrowany na taśmie, film z koncertu Garland, prowokujący do zbyt łatwych porównań, to i tak nie przeszkadza on w odbiorze wykonywanych przez nią piosenek. Gorzej to wygląda w scenach dramatycznych, kiedy Beata Rybotycka zaczyna udawać Judy, nie dystansując się do roli. Raz po raz upada na podłogę, dając nachalnie do zrozumienia, że jest kompletnie pijana. Tworzy wówczas inną postać niż ta, która śpiewa piosenki. Ten dystans pojawia się dopiero na końcu, gdy aktorka podaje fakty z życia bohaterki spektaklu, która wyszła niebawem za mąż, a po trzech miesiącach zmarła przedaw- kowując narkotyki. Ale i tak nie można się nie wzruszyć, kiedy w finale Beata Rybotycka śpiewa piosenkę Judy Garland "Somewhere Over the Rainbow" z filmowego "Czarodzieja z Oz". Słynne biedactwo, tak jak inne przed nią i po niej, odchodzi w stronę kuszącej jaskrawymi barwami tęczy, tam gdzie życie już nie boli i gdzie nie trzeba przed nim uciekać w złudny świat chemicznych doznań.

Magda Huzarska-Szumiec
Polska Gazeta Krakowska
25 lutego 2008

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia

Ballady i romanse
Gabriel Gietzky
Cóż może być bardziej romantycznego, ...