W stylu Monty Pythona

"Happy" - Stary Browar / Studio Słodownia +3 w Poznaniu

Jednym z najtrafniejszych obrazów współczesnej Polski i Polaków, jakie powstały u początków nowego wieku jest bez wątpienia film "Wesele" Wojciecha Smarzowskiego. Zjadliwy, a momentami wręcz okrutny pamflet, na którym - że przywołam Miłosza - "czuje się całym ciałem wstyd". Wspominam ów film dlatego, że podczas oglądania spektaklu "Happy" Nigela Charnocka przez cały czas miałem wrażenie, iż widzę swego rodzaju "przekład" owego obrazu na język teatru tańca.

Rzecz jasna nie mam na myśli przeniesienia na scenę fabuły "Wesela"; spektakl jest dziełem w pełni autonomicznym, ale obszar penetrowany przez obydwa utwory jest zadziwiająco podobny, choć oczywiście inaczej rozłożone są akcenty. Smarzowski patrzy na Polaków od wewnątrz, opisuje stan otaczający go na co dzień, doświadczany autopsyjnie. Charnock spogląda oczyma cudzoziemca; Brytyjczyka wyrosłego nie tylko w zupełnie odmiennej tradycji, ale wręcz klimacie kulturowym. Przypomina to trochę te skecze Monty Pythona, w których grupa przekracza kanał La Manche i opowiada o kontynentalnej Europie. Powie ktoś, że Charnock nie zadaje sobie trudu wnikliwego spojrzenia na Polskę i Polaków, że opiera się na funkcjonujących od dziesięcioleci stereotypach. I będzie miał rację. Ale też nie sposób nie zauważyć, że brytyjski twórca podchodzi do owych stereotypów w sposób nie pozbawiony ironii: każąc wykonawcom tańczyć z butelkami wódki, opatruje to komentarzem biorącym ów zabieg w żartobliwy nawias. A zresztą owe stereotypy skądś się przecież biorą. 

Jaki więc obraz wyłania się ze spektaklu? Mówiąc najkrócej - kulturowego chaosu. Stanu, w którym taniec towarzyski jest traktowany jako dziedzina sztuki, a kultura wysoka - jeśli w ogóle funkcjonuje - to tylko w postaci klisz i rzucanych ni w pięć ni w dziewięć cytatów, wygłaszanych w tym samym tonie co bardzo "biesiadna" wersja pieśni "Sto lat", naszego drugiego niemal hymnu narodowego. Takie przykłady można mnożyć. Zabrakło w spektaklu chyba tylko chóralnego odśpiewania: "Nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało", bowiem bohaterskie porażki to jedna z naszych specjalności narodowych. O tym wszystkim mówi Charnock bez złośliwości, z dużym poczuciem humoru, a publiczność bawi się świetnie. Ale nie da się oprzeć wrażeniu, że pobrzmiewa tu Gogolowskie "Z czego się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie!". 

Spektakl "Happy" został zaprezentowany w Międzynarodowym Dniu Tańca (29 kwietnia) i był to termin nader stosowny. W tym roku bowiem w wystosowanym na to święto posłaniu słynnego choreografa Akrama Khana mówi się o przekraczaniu barier. I taka właśnie jest realizacja Charnocka. Również od strony warsztatowej. W charakterystyczny dla siebie sposób brytyjski twórca zaciera granice pomiędzy tańcem a teatrem dramatycznym. Stawia przed wykonawcami zadania nie tylko choreograficzne, lecz także czysto aktorskie, a oni i z jednych, i z drugich wywiązują się bezbłędnie. Co zgromadzona w Centrum Kultury w Lublinie publiczność nagrodziła owacją na stojąco. I choć nie zawsze zgadzam się z aż taką formą fetowania artystów, to tym razem uważam ją za w pełni uzasadnioną. Też wstałem...

Andrzej Z. Kowalczyk
Kurier Lubelski
6 maja 2009

Książka tygodnia

Pokusa przebaczenia
Oficyna Literacka Noir Sur Blanc
Donna Leon

Trailer tygodnia