W teatrze można rozmawiać o wszystkim

Rozmowa z Anną Augustynowicz

Społeczeństwo nigdy wcześniej nie było tak podzielone jak po katastrofie smoleńskiej. Tam, gdzie z poszanowania tragedii powinna być cisza, potrzeba wskazania winnego sprowadziła wydarzenie tragiczne do anegdoty. To samo dotyczy "drogi Konrada z Elsynoru do Damaszku", nawiązującej do katastrofy, w której zginął Konrad Swinarski, do Gibraltaru, do katastrofy, w której zginęła Anna Jantar.

Anna Augustynowicz po 30. latach zakończyła pracę na stanowisku dyrektora artystycznego Teatru Współczesnego w Szczecinie. Nie kończy jednak przygody z teatrem. Niemniej to dobry moment, żeby porozmawiać o tym, jak minęło te 30 lat. Z Anną Augustynowicz - reżyserką spektaklu "Odlot" w Teatrze Współczesnym w Szczecinie - rozmawia Małgorzata Klimczak z Dziennika Teatralnego.

Małgorzata Klimczak: Oglądając "Odlot" miałam wrażenie, że to nie tylko spektakl, którym Pani się pożegnała z funkcją dyrektora artystycznego w Teatrze Współczesnym, ale także podsumowała 30 lat pracy na szczecińskiej scenie. W tym spektaklu zobaczyłam fragmenty czy odniesienia do innych spektakli, które widzowie mieli okazję oglądać.

Anna Augustynowicz - Chcieliśmy się trochę pobawić. Koledzy ze mnie żartują, że powinnam się pożegnać ze swoim teatralnym imaginarium. Te nitki, nawiązania do innych przedstawień, pojawiły się w "Odlocie" celowo. Pojawiły się również w rozmowie z tekstem Zenona Fajfera. To nie przypadek, że właśnie ten tekst stał się przedmiotem naszej analizy i przedstawienia.

Widz, który oglądał przedstawienia w Teatrze Współczesnym w Szczecinie, na pewno wychwyci te nitki, a jeśli nie wychwyci, to wyczuje, jak to wszystko się ze sobą łączy.

- Tak, dlatego, że Fajfer cytuje w swoim tekście w większości teksty, które się pojawiły na tej scenie – przede wszystkim teksty romantyczne. Kosmos tych tekstów, który od lat buduje - nawet jeśli dziś w sposób często nieuświadomiony - naszą zbiorową wyobraźnię, był przez lata obszarem mojej pracy twórczej. Tak, jak w tekście Fajfera pobrzękuje język autorów romantycznych, tak w przedstawieniu „Odlotu" pojawiają się echa przedstawień, którymi przez lata próbowałam z nimi konfrontować widzów.
Poemat Fajfera bawi się romantyzmem, ale jest w nim też myśl okropna, konfrontacyjna wobec tego romantyzmu, który tak mocno w nas tkwi, i to nie od najlepszej strony. Pokazuje, z czym próbujemy się zmagać, co jest bazą naszego dramatu społecznego, narodowego i politycznego. Myślę, że te wszystkie płaszczyzny spotykają się w tekście Fajfera. Pobrzękuje tu Wyspiański, pobrzękują katastrofy lotnicze, które się wydarzyły, i komentarze do tych katastrof, które pojawiały się post factum w mediach. Autor to przetwarza i wydaje mi się, że pokazuje w dość groteskowy, ale jednocześnie dojmujący i bardzo szlachetny sposób, jak poprzez język niszczą się relacje między ludźmi. I to jest istotą katastrofy.
Społeczeństwo nigdy wcześniej nie było tak podzielone jak po katastrofie smoleńskiej. Tam, gdzie z poszanowania tragedii powinna być cisza, potrzeba wskazania winnego sprowadziła wydarzenie tragiczne do anegdoty. To samo dotyczy "drogi Konrada z Elsynoru do Damaszku", nawiązującej do katastrofy, w której zginął Konrad Swinarski, do Gibraltaru, do katastrofy, w której zginęła Anna Jantar. Wszyscy są załadowani do jednego samolotu, lecą - a w trakcie tego lotu ujawnia się tak charakterystyczna dla naszego społeczeństwa potrzeba rozdrapywania wszystkiego, co wiąże się ze śmiercią. Karmienie się tym w jakiś wampiryczny sposób, jak w całym nurcie romantycznym, kiedy to zemsta "jak upiór powstaje krwi głodna: I krwi żąda, krwi żąda, krwi żąda". To jest konradyzm ze swoim poświęceniem za ojczyznę, który przebija się przez wieki - szczególnie w XIX wieku, kiedy powstawały państwa narodowe, a Polski na mapie nie było. Z potrzebą bohaterstwa, bicia się, niezwykłości. To nam zostało. Trudno nam się znaleźć w wolnej ojczyźnie, w spokoju, w pracy dla siebie nawzajem. Relacja wzajemności w moim odczuciu jest w tej chwili bardzo nadszarpnięta, i to jest prawdziwą katastrofą.

Czy my mamy w naturze, jako naród, gloryfikowanie naszych nieszczęść, ciągłe odwoływanie się do przeszłości, do tragicznego romantyzmu?

- Nie mam narzędzi historiozoficznych, żeby zrobić na ten temat wykład. Wyczuwam intuicyjnie na podstawie pracy z tekstami romantycznymi, modernistycznymi czy współczesnymi, że to, co określa się jako polski charakter narodowy, mentalnie staje się pomiędzy Wschodem a Zachodem. Sytuacja na świecie jest dynamiczna, czy wręcz zapalna, szczególnie na naszej granicy wschodniej, i te demony romantyczności przebudzają się, chociażby w sposobie przemawiania, który jest pełen afektacji. Nadużywa się języka, który Wyspiański prześmiewał: "wysoki ton" i uderzać w "wielki dzwon". Dzisiaj ten "wielki dzwon" się notorycznie pojawia na żółtych czy czerwonych paskach w telewizji. Cały czas znajdujemy się pomiędzy potrzebą wolności i bezpieczeństwa. A pomiędzy tymi dwoma pojęciami jest sprzeczność. To są dwa bieguny polskiej mentalności, gdzie jesteśmy pomiędzy "szlagonem Kmicica" a "zajadłością kmiotka". Mamy skłonność do cech, które w literaturze i sztuce często są kompromitowane. Na społeczeństwo składają się ludzie i kultura. O kulturze społeczeństwa możemy mówić, kiedy mamy jakiś wspólny sposób bycia wobec siebie nawzajem. Wiele do tej kultury zapośredniczamy, wiele rzeczy przenosi się przez język, ale lubimy to, co stare, konserwatywne, sentymentalne. Pewnie w tym jest jakiś nasz kolor. To są rzeczy, które trudno zmienić czy wyplenić, a jest w nas potrzeba uspokojenia rzeczywistości, której jest za dużo, która ładuje w nas ciągle taką ilość impulsów, że można oszaleć.

To przedstawienie pokazuje kondycję naszego społeczeństwa dzisiaj, ale spektakle w Teatrze Współczesnym zawsze pokazywały kondycję społeczeństwa. Co się przez ostatnie 30 lat najbardziej w tej kwestii zmieniło?

- Na pewno ważne jest to, co się wydarzyło – i wydarza nadal – na naszej granicy wschodniej oraz stosunek obecnej władzy do Unii Europejskiej. Mam wrażenie, że w tych kwestiach dwa bieguny w społeczeństwie się bardzo spolaryzowały. Nie chcę wchodzić w zagadnienia polityczne, bo nie mam do tego narzędzi, natomiast żyję i mieszkam w kraju, w którym - obserwując teatr polityczny, jestem coraz bardziej przerażona. Widzę, jak bardzo nie umiemy być razem jako społeczeństwo. Myśleć razem, tworzyć razem. W etosie tischnerowskim jest powiedziane, że wzajemność to skierowana do siebie nawzajem twórczość, a my nie umiemy tworzyć społeczeństwa sami z siebie. Momentami jestem przerażona tym, jak bardzo ludzie naładowani są postawami politycznymi. Aktywność polityczna tak bardzo zdominowała życie publiczne, a przecież jest to tylko jedna z aktywności ludzkich. Oczywiście, są ludzie, którzy w ogóle nie mają potrzeby angażowania się w życie społeczeństwa, ale wszyscy w jakiś sposób to społeczeństwo tworzymy i w nim żyjemy. Pod koniec lat 90. przy pracy nad sztuką "Moja wątroba jest bez sensu albo zagłada ludu" Wernera Schwaba sporo mówiłam o tym, że ludzie muszę się czegoś potrzymać. Z tej potrzeby potrzymania dzisiaj z religii robią ideologię, a z ideologii obecnie nam panującej władzy czynią religię. Oczywiście, nie wszyscy. I stąd całe to pęknięcie. Zbyt naiwnie podchodzi się do pewnych iluzji, które wytwarza zarówno religia, jak i ideologia. Ze słabości, bo łatwiej jest się czegoś potrzymać.. Tych zagadnień jest wiele i mam wrażenie, że w gruncie rzeczy cały czas robiłam jedno przedstawienie. Robiłam je z niezwykłej ciekawości, co znajduje się w ludzkiej otchłani. Dlaczego dla wielu z nas ważniejsze jest być Polakiem, niż być człowiekiem. W historii byli ludzie, którzy o tym rozmawiali ze społeczeństwem. Andrzej Leder, filozof i psychoanalityk, w książce "Prześniona rewolucja" przygląda się naszemu polskiemu imaginarium, czyli obszarowi, który wspólnie śnimy, który mamy zakodowany w naszym pejzażu wewnętrznym. Na ten nasz pejzaż składa się to, gdzie ktoś się urodził, z kim obcował, jaki język miał wpływ na jego wyobraźnię. Prof. Maria Janion, która zajmowała się paradygmatem romantycznym, wszystko to doskonale nazwała w "Niesamowitej Słowiańszczyźnie" czy "Wampirze". Myślę, że niewiele osób chce się zajmować tym, dlaczego jesteśmy tacy, jacy jesteśmy. Na pewno ludzie, którzy przychodzą do teatru, robią to z jakiegoś powodu. Może mają potrzebę wymiany myśli na tematy, o których tutaj rozmawiamy. Są też ludzie, którzy, mówiąc terminem Kundery, wypierają pewne rzeczy i żyją "w kształcie ronda". Zapewnienie podstawowego bytu niektórym wystarcza. Ale pod tym życiem często jest też otchłań, w której kryją się pokłady agresji. Nie wiadomo, co wyprowadza nas z równowagi. Nie można wszystkiego zwalić na skłonność naszego narodu do pieniactwa. Jednocześnie zwalniamy się z odpowiedzialności za drugiego, pomimo że naród określa się jako katolicki. W katolicyzmie mówi się o czymś takim, jak grzech zaniedbania. Myślę, że wiele osób zaniedbuje to, co społeczne. Dobry przykład nie idzie też z góry. Trudno powiedzieć, że to jest oburzające, bo to już staje się komiczne. Tragikomiczne.

Myślę, że to, co ważnego się wydarzyło w ostatnich latach, to kwestie kobiece i walka z patriarchatem.

- Z pewnością - jesteśmy właśnie w trakcie zmiany paradygmatu, który do tej pory określał naszą rzeczywistość. Ale ostatecznie przecież nie płeć stanowi o tym, jakimi ludźmi jesteśmy. W naszej kulturze kobieta była deprecjonowana przez to, że Bóg był malowany jako starzec z siwą brodą, ale gdyby się zastanowić, to jaką płeć ma Bóg? Czy miłość może mieć płeć? A dobro? Wolność? To tylko hasła do budowania ludzkiego kręgosłupa, do patrzenia jasno, że dziecko jest człowiekiem, że kobieta jest człowiekiem, że starzec jest człowiekiem, niezależnie od tego, czy jest Polakiem, Francuzem czy Żydem, czy jest ciemnoskóry, czy jest heteroseksualny czy nieheteronormatywny. Wydaje mi się, że łatwiej by się żyło, gdyby ludzie uznali, że nie zależy od nas, w jakim mundurze ciała przychodzimy na świat. Zadziwiające jest, że w XXI wieku ludzie, którzy chcą organizować polis, czyli organizować życie innym ludziom, nie przeczytali pewnych książek czy pewnych lekcji nie odrobili.

Po premierze "Odlotu" podziękowała Pani władzom lokalnym, że nigdy nie przeszkadzały w realizacji wizji artystycznej teatru.

- Mówię o samorządzie, który nigdy nie próbował reżyserować sztuk i mówić, co w nich powinno być, a co nie. Tutaj nigdy nie było jakichś pseudopolitycznych afer. Żadna sztuka nie została zakazana czy ocenzurowana. Wiemy, że gdzie indziej tak się dzieje, ale te zapędy cenzorskie są zupełnie idiotyczne.

Ale pojawiają się coraz częściej. Czy kiedykolwiek bała się Pani tego, że ktoś może ingerować w Pani pracę?

- Nie. Scena zawsze powinna być miejscem, gdzie można rozmawiać o wszystkim. Poza tym pieniądze, którymi zarządza organ założycielski, to są pieniądze nas wszystkich. One są tylko dystrybuowane czy rozdzielane. To nie są pieniądze żadnego pana ministra czy pana prezydenta. To są pieniądze z podatków obywateli i tym obywatelom, którzy de facto są sponsorami teatru, ten teatr się należy. Tak jak się należą tramwaje, drogi i wszystko, co dotyczy wspólnego dobra. Nie wszyscy jeżdżą tramwajami, ale to nie znaczy, że tramwajów ma nie być. Tak samo jest z teatrem. Stosuję takie porównanie, żeby pokazać, jak to działa. Dlatego cieszę się, że wszystkie samorządy w Szczecinie szanowały naszą pracę. Nikt nie starał się kształtować sceny według własnych przekonań czy światopoglądu, co nie wszędzie jest takie oczywiste. Szczecin jest świetnym miastem teatralnym i świetnym miejscem do prowadzenia takiej rozmowy, nawet jeśli publiczności nie ma tak dużo jak w Warszawie czy Krakowie, Wrocławiu czy Łodzi. Nie każdy lubi chodzić do teatru czy filharmonii, ale jest taka możliwość. To też świadczy o poziomie kultury wśród danego kręgu miasta, regionu. Kiedy zaczynałam pracę w Szczecinie, pewna dziennikarka przyjechała tu, żeby zrobić reportaż o teatrze na rubieżach. Długo jej tłumaczyłam, że byłabym dumna, gdyby teatr na rubieżach miał swój smak. Moją radością było tworzenie teatru dla ludzi, którzy tutaj mieszkają. Mogę powiedzieć z całą świadomością po 30. latach, że zespół Teatru Współczesnego w Szczecinie ma poczucie własnej wartości.

Wracając do teatru na rubieżach, to właśnie one na początku lat 90. miały najciekawszą, najbardziej nowatorską ofertę. Szczecin, Legnica, Wałbrzych, Jelenia Góra, Opole. O tych teatrach się wtedy mówiło.

- Teatr się bardzo zmienił przez te 30 lat. To, co się nie zmieniło, to otchłań we wnętrzu człowieka, ale to, co się zmieniło, to moda, obyczaj, zdobycze cywilizacyjne, sposób istnienia człowieka wobec infrastruktury, poziom komunikacji. Zmieniło się bardzo dużo i to wszystko ma wpływ na człowieka i tak ma być. Nie można ubolewać z tego powodu, że żyje nam się lepiej. Dlatego trochę mnie zadziwiają konserwatywne stanowiska, bo wszyscy chcą korzystać ze zdobyczy nauki, medycyny, z postępu. Chcą jeździć dobrymi samochodami, mieć dobre telefony, leczyć się w najlepszych klinikach. A z drugiej strony jest tak, jakby mentalnie chcieli to wszystko ściągnąć w dół. Chcą być wierni mamie, tacie, Bogu. Brakuje kadr, jeśli chodzi o rozmowę o filozofii, o religii chrześcijańskiej. I brakuje mądrości. Brakuje czegoś, co pozwoliłoby człowiekowi uporać się z tym wszystkim. Wiem, że to, co mówię, jest idealistyczne, a idealizm zamienia się w ideologię bardzo prędko – mieliśmy już do czynienia z budowaniem nowej Polski. "Zbudujemy nowy świat, w którym wszystko będzie lepsze, w którym będzie nowy ład". Pamiętam te piosenki z radia – dziś napawają grozą. Kiedy w 1989 roku kończyłam reżyserię i przyjechałam do Szczecina do pracy, wydawało mi się, że jesteśmy w stanie zmienić rzeczywistość, poradzić sobie z każdym problemem, bo chcemy lepiej dla naszych dzieci, dla przyszłych pokoleń. A w tej chwili wygląda to tak, jakby występowało jakieś zjawisko infantylizacji. Bawimy się, zjemy wszystko, i nic nie zostawimy dzieciom i wnukom. To jest przerażające. Dzisiaj scena teatralna musi służyć odkłamywaniu fałszywych teatrów, które obserwujemy w codzienności. Scena odnosi się do tych teatrów. Do teatru etycznego czy społecznego, politycznego czy religijnego. To są teatry, które odbywają się w naszym życiu codziennym. Zaczynając od rytuałów i kończąc na państwowych obrzędach.

Często mówiło się o Pani, że jest prekursorką - wprowadziła na scenę brutalistów, jako pierwsza kobieta reżyser otrzymała Laur Konrada. Czy kiedykolwiek miała Pani takie poczucie, że jest prekursorką czegokolwiek w teatrze?

- Nie, nie miałam poczucia, że jestem prekursorką. Zdarzyła mi się niezwykła przygoda, która miała miejsce tutaj przez 30 lat. Miałam swój warsztat pracy, swój zespół i na dobrą sprawę mogłam robić to, co chciałam, co uważałam za stosowne, za ważne dla siebie, dla moich kolegów, dla publiczności. Mieliśmy także przedstawienia chybione, bo to nie jest tak, że były tylko sukcesy, ale to właśnie w zmaganiu się tkwi istota twórczości teatralnej. Ten teatr był teatrem artystycznym dzięki temu, że udawało nam się wspólnie poszukiwać tego, co może być istotą rozmowy z publicznością. Naszemu zespołowi udało się wytworzyć język, który wydobył się z małego realizmu. Z tą sceną wiąże się całe moje zawodowe życie. Z perspektywy 30. lat mogę powiedzieć, jak ogromnym szczęściem była praca z tymi samymi osobami, kiedy można patrzeć, jak ci ludzie dojrzewają, jak się zmieniają w zależności od tego, jak się zmienia świat, jak zmienia się ich życie prywatne, jakie dostają role. Współtowarzyszyć im w przygodzie twórczej jest niezwykle ciekawe. To zawsze budowało mnie jako człowieka. W teatrze więź polega na relacji wzajemności, ale też na poszukiwaniu pewnej formy bycia, bo tu można rozmawiać o wszystkim. Trzydzieści lat pracy to jest bardzo długo i - wydaje mi się, że moje odejście wydarzyło się w dobrym momencie.
__
Anna Augustynowicz - Od 1992 dp 2021 roku dyrektor artystyczny Teatru Współczesnego w Szczecinie. Reżyserowała m.in. w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku, Teatrze Powszechnym w Warszawie, TR Warszawa, Wrocławskim Teatrze Współczesnym, Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi. Zrealizowała cztery spektakle dla Teatru Telewizji. Swój repertuar opiera przede wszystkim na współczesnej dramaturgii polskiej i zachodniej, chętnie sięga po teksty nowatorskie, burzące stereotypy zarówno w sferze myśli, jak i języka, przygotowując ich prapremiery. Reżyserka jest laureatką Paszportu Polityki (1998) za „przedstawienia odważne, mądre, dotykające bolesnych miejsc naszej epoki oraz za kształt artystyczny szczecińskiego Teatru Współczesnego". W 2014 otrzymała nagrodę im. Zygmunta Hübnera „Człowiek Teatru" – prestiżowe wyróżnienie dla wybitnych twórców teatralnych, którzy tworzą teatr artystyczny w duchu myśli obywatelskiej, przyczyniając się do jego rozwoju.

Małgorzata Klimczak
Dziennik Teatralny Szczecin
11 stycznia 2022

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia

Ballady i romanse
Gabriel Gietzky
Cóż może być bardziej romantycznego, ...