W tym szaleństwie jest metoda

rozmowa z Edytą Jungowską

EDYTA JUNGOWSKA zadebiutowała w roli właścicielki wydawnictwa "Jung-off-ska". Aktorka dostała od Szwedów licencję na Astrid Lindgren, dzięki której może wydawać audiobooki z najpopularniejszą, literaturą dziecięcą.

Beata Banasiewicz Negocjowała pani warunki licencji ze spadkobiercami Astrid Lindgren. Są choć trochę szaleni jak bohaterowie jej książek?

Edyta Jungowska: Miałam przyjemność rozmawiać z wnuczką pisarki. Dla mnie, osoby, która wychowała się na książkach jej babci, to było niezwykłe przeżycie. Ale trzeba pamiętać, że był to głównie kontakt służbowy, więc nie poznałam ich prywatnie. Biorąc jednak pod uwagę, że postać Pippi wymyśliła córka Astrid Lindgren Karin, gdy zachorowała, można przypuszczać, że posiadają zakodowany w genach element szaleństwa. A na pewno nie są małostkowi i są bardzo otwarci. To naprawdę wiele.

Dotyka pani materii kultowej.


- Rzeczywiście, szczególnie w Szwecji Astrid Lindgren otoczona jest nimbem kultowości. Trzydziestoletni Szwedzi traktują jej twórczość niemal jak Biblię, a wydanie audio, na którym Astrid sama czyta swoje książki, jest białym krukiem. To jest dla mnie ogromny zaszczyt, że mogę przeczytać te książki w języku polskim. Sąniezwykłe. Dlatego też staram się, żeby w moim wykonaniu nie umknął ich czar.

W dzieciństwie rodzice pozwalali pani na głośne wyrażanie swojego zdania?

- W moim domu nie było żelaznych zasad, bo też nikt nie miał czasu na nasze "dobre" wychowanie. Nie mieliśmy z bratem ani guwernantek, ani żadnych musztr (śmiech).

Nie było też chyba tylu bodźców zewnętrznych, które poskromiłyby waszą dziecięcą wyobraźnię?


- Mieliśmy dużo swobody. Poza tym rodzice stale wymyślali nam dodatkowe zajęcia. Mój brat jeździł konno, potem ujeżdżał konie, a ja chodziłam do szkoły muzycznej i kółka teatralnego. Nasza nastoletnia energia, swoboda, jaką obdarzyli nas rodzice, sprawiała, że zawsze szła ona w stronę kreacji.

W szkole była pani prymuską?

- Bez przesady, ale dość dobrze się uczyłam. Udzielałam nawet korepetycji z matematyki mojemu koledze. Żebym nie była zbyt ostra dla niego, jego babcia obłaskawiała mnie przepysznymi, świeżo upieczonymi ciastkami. Efekt był taki, że ja nabawiłam się nadwagi, a on chyba niewiele się nauczył. Choć moja mama do dzisiaj twierdzi, że mam zdolności pedagogiczne. Być może dlatego zdecydowałam się prowadzić warsztaty aktorskie u pani Haliny Machulskiej. Tym razem nie dałam się utuczyć ciasteczkami. Przygotowaliśmy ze studentami spektakl dyplomowy, który tak bardzo się spodobał, że na stałe wszedł do repertuaru Teatru Ochoty. To ewenement. Napracowaliśmy się bardzo. Nie byłam miła jako belfer, niestety. Nauczanie aktorstwa jest szalenie trudne.

Pani nie mogła wymarzyć sobie lepszego gruntu niż Teatr Nowy Adama Hanuszkiewicza.


- Hanuszkiewicz miał taką zasadę, że raczej pozbawiał gruntu. Od razu wrzucał na głęboką wodę. Mogłam więc utonąć albo nauczyć się pływać. I jak dziś myślę o Adamie Hanuszkiewiczu, to wiem, że dał mi jeden z najbardziej płodnych okresów teatralnych w moim życiu.

Dzieli pani swoje aktorstwo na erę Hanuszkiewicza i po Hanuszkiewiczu?


- Pewnie ci, którym przyjdzie do głowy, aby kiedyś opisać mnie pod hasłem "Edyta Jungowska", tak właśnie mnie zdefiniują. Z wielkim rozrzewnieniem wspominam tamte lata. Prawda jest taka, że dla mnie każde zawodowe spotkanie było i jest kolejną szkołą życia, warsztatem, bagażem zbudowanym z emocji i doświadczeń, z którym idę dalej. Wchodzę w nowe.

Beata Banasiewicz
ABC
12 lutego 2011
Portrety
Edyta Jungowska

Książka tygodnia

Pokusa przebaczenia
Oficyna Literacka Noir Sur Blanc
Donna Leon

Trailer tygodnia