Walka o pępek

"Między nami dobrze jest" - reż. Andrzej Majczak - Teatr Bagatela w Krakowie

Klaustrofobiczna scena-pokój okazuje się być niezwykle przestronna: mieszczą się na niej nie tylko trzy główne bohaterki, ale również paradują po jej przestrzeni postaci wyjęte z telewizora, mieszkańcy sfery sławy i pieniędzy. Tkają razem tkaninę braku fabuły, prezentują niezwykle istotne wartości, których nie posiadają, opowiadają historie, których nigdy nie przeżyli. Pozostaje im tylko czekać, aż znowu przyjdzie II wojna światowa i wszystkie gromadzone przez lata niemożności wreszcie się przydadzą

Mała metalowa dziewczynka (Magda Grąziowska), obdarzona bujną wyobraźnią, nieokrzesanym językiem i hałaśliwym sposobem bycia przywodzi na myśl znane z innych tekstów Doroty Masłowskiej bohaterki, będące porte parole autorki, zbuntowane i buńczuczne. W miarę wnikania w sztukę przeczucie to ulega jednak dewaloryzacji. Metalowa dziewczynka nie posiada świadomości typowej dla dotychczasowych przewodniczek, które wyszły spod pióra autorki „Wojny polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną”. Ten brak okaże się niezwykle istotny.

„Między nami dobrze jest” to tekst napisany przez Masłowską na zamówienie warszawskiego TRu oraz berlińskiego Schaubühne Am Lehniner Platz. Nie zawahała się artystka przed kontynuowaniem swojego dyskursu rozliczeń i wykluczeń. Sztuka, niezwykle ciepło przyjęta w Niemczech, trafia w problem myślenia stereotypami, posługiwania się uproszczeniami i uproszczonymi znaczeniami. Taka rola pisarzy pop-frakcyjnych: miejsca, które kultura masowa zwykle poleruje, Masłowska pocierać musi papierem ściernym. I udaje się jej to, choć momentami drzazgi wbijają się językowymi neologizmami i składańcami w uszy i serca publiczności.

Andrzej Majczak, reżyser, którego wizji krakowski Teatr Bagatela powierzył realizację dramatu Masłowskiej, zdecydował się na rozwiązania tyleż proste, co skuteczne. Brawa należą się nie tylko jemu oraz realizatorom, lecz także aktorom – odgrywane charaktery to ludzie tyleż szalenie różnorodni, co szaleni. A wszystko to z powodu braku pępka – ale o tym za chwilę.

Nieprzyjazd mój do miasta N.
odbył się punktualnie.
(...)
Uchodził w tłumie do wyjścia
brak mojej osoby.

W. Szymborska, „Dworzec”

Mała metalowa dziewczynka mieszka w ciasnym mieszkanku ze swoja matką Haliną (Ewa Mitoń) oraz zniedołężniałą babcią (gościnnie: Maria Zającówna-Radwan). Ta klaustrofobiczna posesja, choć bardziej nadawałaby się na winną piwniczkę, ma też swoje zalety – mieszkańcy mogą wspólnie żyć, jeść, załatwiać swoje potrzeby fizjologiczne, spać i nie spać w wielkiej bliskości, tworząc relacje obce tym, którzy, nie zaliczając się do warstwy społecznej klasy „B”, zmuszeni są do funkcjonowania w komfortowych, jasnych i przestronnych pomieszczeniach. Mała dziewczynka zapisuje na skrawkach papieru powykrzywiane historie, mieszając własną fantazję z opowieściami babki i wyczytanymi w internecie, niezrozumiałymi hasłami. Jest w końcu postmodernizm, cokolwiek to znaczy – rzuca widzom w twarz dramaturg, wiedząc, co robi. Każdy w przedstawieniu znajdzie coś intymnie swojego – niestety, bo dramat, utrzymany w minorowych i durowych skalach ludzkich przywar, konstruuje szkielet istnienia prawdopodobnego, bez faktycznej obecności, schemat lansowania własnej niemocy, niemożności, niedoskonałości. Jesteśmy, bywamy, czy też planujemy być?

Halina z zamiłowaniem czyta gazetę „Nie Dla Ciebie”, którą wygrzebała z kosza na makulaturę z, na całe szczęście!, rozwiązaną już krzyżówką (gdzie by tam ona znalazła czas na takie zabawy, skoro wraca z pracy po 23, a wstaje dużo wcześniej niż zdąży położyć się spać). W piśmie przedrukowane są porady dotyczące wiosennych trendów... zeszłorocznych, wszak to numer z minionego kwietnia – nie tylko „nie dla ciebie”, ale także nieaktualny, więc najlepszy. Autorzy kolejnych artykułów sugerują, jak dbać o kolekcję płaszczy oraz jesionek, których się nie posiada i o ten jeden płaszcz, który akurat się ma, ale jest się za grubym, by w niego wejść. Radości lekturowe przerywa przybycie sąsiadki, Bożeny (Ewelina Starejki) (która nie zadzwoniła wcześniej na brak komórki Haliny, gdyż także brakiem takowym dysponuje, co z kolei spowodowane jest faktem, że jest gruba jak świnia i „nie powinna się tak nachalnie szwendać innym ludziom po ich polu widzenia, mają prawo do wyboru powodów, dla których rzygają”), wieloletniej  specjalistki usuwania zanieczyszczeń sanitarnych w przestrzeniach prywatnych własnych (praca może i niewymagająca, ale za to męcząca i niesatysfakcjonująca). Kto, jak nie ona będzie w stanie zrozumieć żale Haliny, specjalistki przemieszczeń palet towarowych w przestrzeni sklepowej klasyczną metodą fizyczną, z doświadczeniem jako dyspozytorka materiałów reklamowych w kolportażu bezpośrednim ręcznym? Całe szczęście, że dysponują magazynem „Nie Dla Ciebie”, inaczej ich życie byłoby w sam raz nie do zniesienia.

Poza Haliną (w psychozabawie „Czy jesteś spontaniczną wycieczkowiczką, ciepłolubną domatorką, seksowną wampirzycą, zapracowaną pracoholiczką, fantazyjną wichrzycielką, niepoprawną globtroterką, grubą świnią czy przecenioną, mrożoną pangą z Kerfura…” nie miała wątpliwości: jedyna poprawna odpowiedź to oczywiście „niepoprawna globtroterka”) i małą metalową dziewczynką w mieszkaniu stara się egzystować jeszcze babka – osowiała staruszka na wózku inwalidzkim, nieustannie wspominająca barwne czasy jesieni 1939. Jeszcze wtedy chodziła na nogach (Boże, jak ona chodziła!). „Przed wojną to się chodziło, że aż hej. Do kina, na wafle, na ptifury, nad rzekę. Po piasku, po ziemi, nad rzekę. Po trawie, po fiołkach puszystych, nad rzekę, w upalne dni, gdy jej gruba, czysta, porżnięta promieniami słońca jak jaka karafka, tafla… (…) Kąpać się, opalać, marzyć, śnić sen najpiękniejszy, najświętszy sen młodości, czysty jak łzy, co po policzkach…” Wojna wybuchła akurat, gdy wtedy-jeszcze-nie-babcia wracała znad Wisły w sukience w róże, tylko z  torebką, a dzień był całkiem upalny. Mała metalowa dziewczynka dowiaduje się dopiero na samym końcu, że osowiała staruszka w ciągle przywoływanym bombardowaniu zginęła  i „nie dość, że jej ukochana babcia zmarła w bombardowaniu, to jeszcze jej matka z tego względu też prawdopodobnie się nigdy nie urodziła, więc nie dość, że jest sierotą, to jeszcze sama nawet też nie istnieje, ani nigdy nie istniała i tak jest lepiej dla nich wszystkich,  a zwłaszcza dla wszystkich innych wszystkich”.

Oprócz triady głównych bohaterek na scenie – klaustrofobicznym  mieszkaniu zjawiają się także postaci z telewizora:  reżyser filmowy, twórca znakomitej produkcji „Koń, który jeździł konno” (Michał Jaros), uzależniony od seksu, alkoholu i kokainy aktor, odtwórca głównej ludzkiej roli Jaśka we wspomnianym wcześniej „Koniu...” (Adam Szarek), plastykowa prezenterka telewizyjna, robiąca wywiad o aktorstwie w Polsce „czasu przemian i buszującego kapitalizmu, naszego małego tu i teraz, naszego małego tam i na pewno nie wcześniej, niż w 2045, naszego małego a na Zachodzie to już, a tutaj nie, naszego małego jak ja nienawidzę tych kaczorów, naszego małego a ja hops do mojej pościółki w prosiaczki i chra – pśśś” (Magdalena Walach) oraz rekompensująca sobie finansowo własną bezużyteczność i powierzchowność, czyniąca dobro poprzez kupowanie dobrych cukierków, które z nerwów i przejęcia kondycją świata współczesnego zje jeszcze w samochodzie kobieta sukcesu – Edyta (Urszula Grabowska). Oczom widza ukazuje się świat nie tyle nawet oniryczny, co koszmarny, koszmarnie prawdziwy. To świat „Nie Dla Ciebie”, świat nie do wytrzymania. Świat wzbronień, regulacji, obłudy, blichtru, powierzchowności, brudu. Ludzie poddają się odkształcającej ich modzie, o czym opowiada zresztą wspominany, przejmujący obraz kinowy. „Film \'Koń, który jeździł konno\' utrwala i kandyzuje w klajstrze pseudoszczęścia stereotypiczne role kobiety, uprzedmiatawia ją, zwęża, poszerza i odbiera jej naturalny pępek”.

Pępek urasta w przedstawieniu do rangi symbolu człowieczeństwa. I słusznie – ta jedyna, naturalna ludzka blizna staje się w antropologii kulturowej synonimem więzi międzyludzkich, relacji z innymi ludźmi, „dekonspiruje nasz pierwotny brak indywidualności” (por. szerzej: M. Zielińska: „Jestem szczęśliwa, że mam takie miejsce. O obecności plakatu \'Blizna po matce\' w przestrzeni miasta”. W: „Kobiety w kulturze popularnej”. Red. E. Zierkiewicz i I. Kowalczyk, Wrocław 2002). W „Między nami dobrze jest” aspekt wspólnotowy podkreślony jest już w tytule, ważność grupy zaznacza się w każdej niemal scenie – przy czym zgromadzenie nie ma na celu wspólnego świętowania: zamiast sakralizacji proponowana jest reifikacja. Powracające echem pytanie o to, co by było, gdyby przyszła znowu II wojna światowa zostaje sprowadzone do absurdu. Odebranie człowiekowi racji bytu, niweluje jakiekolwiek wartości i prawa. To prawda tak trudna, formująca świat tak niemożliwy, że mała metalowa dziewczynka musi się nigdy nie narodzić. „Tak jest lepiej dla nich wszystkich, a zwłaszcza dla wszystkich innych wszystkich”.

Teatr Bagatela zaprosił widzów na premierę sztuki trudnej – włożony trud jednak się opłacił. Widza ściska, uwiera, swędzi, piecze i podrażnia to, co dzieje się na scenie, która na czas dwóch godzin trwania przedstawienia staje się axis mundi. Artyści rozbijają kandyzowane wzory życia, odzierają twarz świata z makijażu, który już dawno jest przemienił się de facto w charakteryzację. Takiego zaangażowania trzeba, aby między nami było dobrze.

*Wszystkie nieoznaczone cytaty pochodzą z wydania: D. Masłowska: „Między nami dobrze jest”, Warszawa 2008.

Anna Gębala
Dziennik Teatralny
22 czerwca 2011

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia