Warsztat teatralny

"Szewcy" - reż. Justyna Sobczyk - Narodowy Stary Teatr w Krakowie

Aktor to nie tylko większa bądź mniejsza rola (bycie z przodu sceny z własnym monologiem, bądź powtarzanie nic nie znaczących czynności w półmroku drugiego planu). Aktorstwo to także konieczność zmierzenia się z nieustanną oceną talentu i konfrontacja z mitem „aktorstwa wybitnego", który rodzi się tylko wokół nielicznych artystów.

Od pewnego czasu – nie tak krótkiego, żeby to było odkryciem, ale też nie wystarczająco długiego, żeby nikogo to nie dziwiło – na scenach teatralnych zaczynamy dostrzegać nie tylko rolę, ale przede wszystkim aktora, jako osobę obecną tu i teraz, świadomą swojej obecności w takim a nie innym miejscu i okolicznościach, a przede wszystkim zadającą pytania o to kim jest i jak jest. Oczywiście na pytania te nie da się udzielić jednoznacznych odpowiedzi, ale nie o odpowiedź tu chodzi, a raczej o samo ich zadawanie, uwypuklające podmiotowość osoby, której pracą jest stawanie przed dziesiątkami ludzi i przyjmowanie na siebie ich skupionej uwagi. Problem ten leży także u podstaw „Szewców" Justyny Sobczyk z Teatru Starego w Krakowie (premiera: 11 marca 2017), ale od razu trzeba powiedzieć, że nie jest łatwo wgryźć się w to co dostajemy.

Po kolei. Z Witkacego zostaje tytuł i fragmenty tekstu, na których szkielecie twórcy spektaklu budują własną, osobistą narrację (celowo unikam mówienia o „narracji reżyserki", bo trudno nie zauważyć, że prawo głosu ma tu nie tylko sama Sobczyk, ale i ci, na których patrzymy podczas dwugodzinnego spektaklu). Nie oznacza to jednak, że nie jest on wykorzystany umiejętnie. Wręcz przeciwnie – dostrzeżono w nim szereg zależności i stosunków, które jak się okazuje, doskonale nadają się jako narzędzie przy próbie tematyzowania zjawiska teatru i aktorstwa. Wszak hierarchizacja, kierownictwo czy nawet rzemiosło (bynajmniej nie rozumiane pejoratywnie, a raczej jako proces wytwarzania-tworzenia) to pojęcia, które równie dobrze pasują do warsztatu (choćby szewskiego), co do teatru, układu ludzi, funkcjonujących w strukturze instytucji a paradoksalnie zajmujących się aktywnością, która zdają się wszelkim strukturom uciekać. Na Nowej Scenie Teatru Starego aktorzy „trzecioplanowi" („dla których nie ma nawet kategorii na Oskarach") zderzają się więc z protagonistami, jak czeladnicy z Sajetanem; a protagoniści z innymi protagonistami, jak Sajetan ze Squrvym.

Pomysł ten nie szokuje i wydaje się być dość prosty, jednak to tylko początek – pierwsza warstwa, na której twórcy nie poprzestają i wchodzą głębiej w refleksje nad fenomenem aktorstwa. Wraz z upływem czasu przed oczami publiczności zarysowuje się kolejny element układanki. Widzimy wyraźnie sformułowaną diagnozę – aktor to nie tylko większa bądź mniejsza rola (bycie z przodu sceny z własnym monologiem, bądź powtarzanie nic nie znaczących czynności w półmroku drugiego planu). Aktorstwo to także konieczność zmierzenia się z nieustanną oceną talentu i konfrontacja z mitem „aktorstwa wybitnego", który rodzi się tylko wokół nielicznych artystów. Nie przypadkiem jednym z czeladników jest Małgorzata Krzysztofik – nowa twarz na scenie Teatru Starego, o bynajmniej nienowym i niezwykle znaczącym dla tego miejsca nazwisku. Staje się ona symbolem napięcia między aktorem świeżo upieczonym, dopiero pracującym na swoją pozycję; a otoczonym nimbem „wielkości" artystą, którego samo nazwisko wywołuje w słyszącym je westchnienie uznania. Obecność „ducha wielkich aktorów" jest dodatkowo wzmocniona przez umieszczenie, w zaaranżowanym na scenie warsztacie szewskim, butów, w których odgrywane były największe role Teatru Starego. Sajetan raz po raz je unosi i z nabożnością wypowiada imię i nazwisko właściciela stopy, która je zakładała.

Najmocniejszym punktem „Szewców" jest jednak pojawienie się na scenie aktorów niepełnosprawnych. Poprowadzono ich po mistrzowsku, co ujawnia ogromne doświadczenie Justyny Sobczyk. W ich obecności nie ma ani grama pretensji, a i brak jest również protekcjonalizmu, którym zwykle otaczamy osoby z zespołem Downa. Są pełnoprawnymi aktorami, uczestnikami tego przedstawienia, a nawet, jak się dowiadujemy, członkami zespołu własnego teatru. Z drugiej strony ich pojawienie się (z jednej strony jako obserwatorów, z drugiej uczestników eksperymentu, którego przedmiotem jest aktorstwo) otwiera zupełnie nową przestrzeń do eksplorowania zjawiska jakim jest bycie aktorem na scenie i poza sceną. Udaje się jednak osiągnąć efekt niezwykły – trwające rozważania nad istotą artystów scenicznych, nie zaczynają być prowadzone w oparciu o kontrast między aktorami zawodowymi i naturszczykami, ale raczej we wspólnym procesie tworzenia, w którym nic nie stoi na przeszkodzie, żeby fotele czeladników zajęli nowoprzybyli. I tak będzie już do końca – bez względu na to czy będziemy obserwować rozmowę o zarobkach czy eksplozję kumulowanej od początku przedstawienia energii (rytmiczne wybijanie rytmu na maszynach do szycia), aktorzy niepełnosprawni w niczym nie będą ustępować swoim kolegom z Teatru Starego.

Udany jest również finał „Szewców", którego głównym bohaterem staje się Krzysztof Globisz. Spotykają się w nim w zasadzie wszelkie aspekty aktorstwa, które zostały poruszone wcześniej. Oto staje przed nami legenda Starego, twórca ról, które przeszły do historii polskiego teatru, który w chwili obecnej, znajduje się niejako na początku drogi powrotnej do pełnej sprawności i walczy o to w każdym wypowiadanym słowie; zupełnie tak, jak młody aktor walczy o wypracowanie pozycji w zespole i rozwinięcie swoich umiejętności. Symboliczność tej sceny jest wręcz porażająca, a niezwykła osobowość Globisza, porusza chyba każdego, nawet tych sceptycznych wobec „Szewców" Sobczyk.

Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że na Nowej Scenie Teatru Starego poruszane są kwestie niezwykle istotne w kontekście współczesnego, autotematycznego teatru. Postawione pytania bez wątpienia powinny być zadawane i to nie tylko w formie dyskursu akademickiego, ale właśnie w kształcie refleksji artystycznej. „Szewcy" stanowią zatem dowód na to, że Teatr Stary jest obecny w dyskusji na najbardziej aktualne tematy i mimo, że przedstawieniu nie udaje się uciec przed niedoskonałościami to na Jagiellońską warto się wybrać, choćby po to żeby zobaczyć, jak na scenie cudownie dopełniają się zupełnie różni, ale w żadnym razie nie odmienni aktorzy.

Maciej Guzy
Dziennik Teatralny Kraków
20 marca 2017
Portrety
Justyna Sobczyk

Książka tygodnia

Muzyczne narracje o kochankach z Werony
Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Mikołaja Kopernika
Małgorzata Pawłowska

Trailer tygodnia

Dziadek do orzechów
Jurij Grigorowicz
W wielu krajach nie ma Bożego Narodze...