Warto się nie zniechęcać

"Oskar i pani Róża" - reż.: Grzegorz Kempińsky

Powieść Erica - Emmanuela Schmitta pt. "Oskar i Pani Róża" przypomina mi "Czwarte piętro" Antonio Mercero. Film hiszpańskiego reżysera, opowiada o chorych na raka kości kilkunastoletnich chłopcach, ale nie popada w łzawy sentymentalizm.

Bohaterowie podglądają dziewczyny, urządzają wyścigi na wózkach inwalidzkich, onanizują się przy dźwiękach "Marsza Radetzky\'ego". Swój stosunek do śmierci najdobitniej wyrażają w geście, wystawionego do góry środkowego palca, utrwalonym na wspólnym zdjęciu rentgenowskim. W tym świecie jest miejsce zarówno na głupie dowcipy, jak i na pierwszą miłość. 
Z tekstem Schmitta z kolei zetknąłem się po raz pierwszy, oglądając spektakl w wykonaniu aktorów Teatru Współczesnego w Szczecinie. Zamknięci w pleksiglasowych klatkach bohaterowie, rozmawiali o sprawach ostatecznych, a odtwórca roli Oskara - Wojciech Brzeziński - wcale nie udawał dziesięciolatka. Bohater był po prostu rówieśnikiem aktora. Oskar, pytający, dlaczego rodzice boją się z nim rozmawiać, równie dobrze mógł umierać na AIDS. Anna Augustynowicz wyreżyserowała spektakl, w którym mówiono o gasnącej rzeczywistości zupełnie serio - bez żadnej zgrywy, efektów, czy odwracających uwagę od tekstu gadżetów.

To właśnie nadmiar gadżetów zabija pierwszą część katowickiego przedstawienia. Ubrany w piżamę ze Snoopym bohater, biega po scenie z plastikowym mieczem (w tle - muzyka z "Gwiezdnych wojen"), na głowie ma okulary do nurkowania. Jeździ na deskorolce, by po chwili wejść pod łóżko lub schować się pod kołdrę. Z wściekłością rozsypuje po scenie tabletki lub pochłania go bez reszty gra w Game Boya. O wiadrze na głowie, szczotce, czy dłubaniu w nosie, już nie wspomnę. Nadmierna ruchliwość Oskara, jakoś nie pozwala mi uwierzyć w jego chorobę nowotworową. Pomijam fakt, że zupełnie nie przekonuje mnie Marek Rachoń - trzydziestolatek, usiłujący grać małego chłopca. Nie wierzę mu, gdy pada zemdlony na podłogę lub nagle zwija się z bólu na łóżku. I nawet łysa głowa aktora nic tu nie pomoże. W tym świecie nawet płacz brzmi sucho i nieautentycznie. Z kolei Pani Róża w wykonaniu Aliny Chechelskiej miałaby szansę stać się kimś w rodzaju Małgorzaty Stolarskiej, gdyby nie fakt, że aktorka wciela się również w resztę postaci - Pop Corna, Bekona, Sandrine, Peggy Blue, a nawet . doktora Dusseldorfa. W efekcie gdzieś gubi się postać samej wolontariuszki. Mecz koszykówki, rozgrywany niewidzialną piłką, można traktować jako aluzję do sceny, zamykającej "Powiększenie" Antonioniego.

Muzyka również jest takim mrugnięciem do widza - tłem dla opowieści o pojedynku Dusicielki z Langwedocji jest "Eye Of The Tiger" (piosenka znana ze zwiastunów wszelkich walk bokserskich), z kolei Oskarowi, przekradającemu się do gabinetu doktora Dusseldorfa, towarzyszy melodia z "Mission Impossible". Sam tekst w pewnych momentach zmieniono. W efekcie Oskar rzuca się na materac, powtarzając "Gówno, dupa, cycki", a Pani Róża faktycznie "brzydko mówi" po wdepnięciu w psią kupę ("cholerę" zastąpiono "kurwą"). Brzmi to ostrzej, bardziej współcześnie, tylko po co? 
Warto jednak się nie zniechęcać i wrócić po przerwie na widownię Sali Kameralnej. Teraz rozjaśnienia stają się coraz krótsze. Oskar mówi coraz mniej. Czasem jest to tylko jedno zdanie. Mimo tego jest wiarygodny, gdy w histerii wyrywa kartki ze słownika medycznego, pytając, czemu nie ma tam odpowiedzi na uniwersalne pytania: o Życie, Śmierć, Wiarę i Boga. I wreszcie najmocniejszy fragment w całym przedstawieniu - oprawiona granatowym, stroboskopowym światłem - scena kąpieli. Niczym z koszmarnego snu. Doskonale obrazująca walkę obojga bohaterów ze starym, zmęczonym i coraz bardziej obolałym ciałem Oskara. W jej kontekście można wybaczyć reżyserowi, pełniącą rolę klamry, łopatologiczną metaforę - Oskara idącego w stronę światła. 

Na koniec słów kilka o specyficznej, szkolnej publiczności. Nie powinno się zabierać uczniów szkół podstawowych na tego typu spektakle - nie tylko z racji trudnego tematu. Nie będę przytaczał wszystkich komentarzy pod adresem aktorów, jakie słyszałem za plecami, siedząc w pierwszym rzędzie. Teatr to nie kino, gdzie można do woli jeść i rozmawiać. Jeśli przyszliście na spektakl, to przynajmniej udawajcie zainteresowanie. Jeśli wam się nie podoba, moi drodzy barbarzyńcy - tam są drzwi. Powieść Erica - Emmanuela Schmitta pt. "Oskar i Pani Róża" przypomina mi "Czwarte piętro" Antonio Mercero. Film hiszpańskiego reżysera, opowiada o chorych na raka kości kilkunastoletnich chłopcach, ale nie popada w łzawy sentymentalizm. Bohaterowie podglądają dziewczyny, urządzają wyścigi na wózkach inwalidzkich, onanizują się przy dźwiękach "Marsza Radetzky\'ego". Swój stosunek do śmierci najdobitniej wyrażają w geście, wystawionego do góry środkowego palca, utrwalonym na wspólnym zdjęciu rentgenowskim. W tym świecie jest miejsce zarówno na głupie dowcipy, jak i na pierwszą miłość. 

Z tekstem Schmitta z kolei zetknąłem się po raz pierwszy, oglądając spektakl w wykonaniu aktorów Teatru Współczesnego w Szczecinie. Zamknięci w pleksiglasowych klatkach bohaterowie, rozmawiali o sprawach ostatecznych, a odtwórca roli Oskara - Wojciech Brzeziński - wcale nie udawał dziesięciolatka. Bohater był po prostu rówieśnikiem aktora. Oskar, pytający, dlaczego rodzice boją się z nim rozmawiać, równie dobrze mógł umierać na AIDS. Anna Augustynowicz wyreżyserowała spektakl, w którym mówiono o gasnącej rzeczywistości zupełnie serio - bez żadnej zgrywy, efektów, czy odwracających uwagę od tekstu gadżetów.

To właśnie nadmiar gadżetów zabija pierwszą część katowickiego przedstawienia. Ubrany w piżamę ze Snoopym bohater, biega po scenie z plastikowym mieczem (w tle - muzyka z "Gwiezdnych wojen"), na głowie ma okulary do nurkowania. Jeździ na deskorolce, by po chwili wejść pod łóżko lub schować się pod kołdrę. Z wściekłością rozsypuje po scenie tabletki lub pochłania go bez reszty gra w Game Boya. O wiadrze na głowie, szczotce, czy dłubaniu w nosie, już nie wspomnę. Nadmierna ruchliwość Oskara, jakoś nie pozwala mi uwierzyć w jego chorobę nowotworową. Pomijam fakt, że zupełnie nie przekonuje mnie Marek Rachoń - trzydziestolatek, usiłujący grać małego chłopca. Nie wierzę mu, gdy pada zemdlony na podłogę lub nagle zwija się z bólu na łóżku. I nawet łysa głowa aktora nic tu nie pomoże. W tym świecie nawet płacz brzmi sucho i nieautentycznie. Z kolei Pani Róża w wykonaniu Aliny Chechelskiej miałaby szansę stać się kimś w rodzaju Małgorzaty Stolarskiej, gdyby nie fakt, że aktorka wciela się również w resztę postaci - Pop Corna, Bekona, Sandrine, Peggy Blue, a nawet . doktora Dusseldorfa. W efekcie gdzieś gubi się postać samej wolontariuszki. Mecz koszykówki, rozgrywany niewidzialną piłką, można traktować jako aluzję do sceny, zamykającej "Powiększenie" Antonioniego.

Muzyka również jest takim mrugnięciem do widza - tłem dla opowieści o pojedynku Dusicielki z Langwedocji jest "Eye Of The Tiger" (piosenka znana ze zwiastunów wszelkich walk bokserskich), z kolei Oskarowi, przekradającemu się do gabinetu doktora Dusseldorfa, towarzyszy melodia z "Mission Impossible". Sam tekst w pewnych momentach zmieniono. W efekcie Oskar rzuca się na materac, powtarzając "Gówno, dupa, cycki", a Pani Róża faktycznie "brzydko mówi" po wdepnięciu w psią kupę ("cholerę" zastąpiono "kurwą"). Brzmi to ostrzej, bardziej współcześnie, tylko po co? 

Warto jednak się nie zniechęcać i wrócić po przerwie na widownię Sali Kameralnej. Teraz rozjaśnienia stają się coraz krótsze. Oskar mówi coraz mniej. Czasem jest to tylko jedno zdanie. Mimo tego jest wiarygodny, gdy w histerii wyrywa kartki ze słownika medycznego, pytając, czemu nie ma tam odpowiedzi na uniwersalne pytania: o Życie, Śmierć, Wiarę i Boga. I wreszcie najmocniejszy fragment w całym przedstawieniu - oprawiona granatowym, stroboskopowym światłem - scena kąpieli. Niczym z koszmarnego snu. Doskonale obrazująca walkę obojga bohaterów ze starym, zmęczonym i coraz bardziej obolałym ciałem Oskara. W jej kontekście można wybaczyć reżyserowi, pełniącą rolę klamry, łopatologiczną metaforę - Oskara idącego w stronę światła. 

Na koniec słów kilka o specyficznej, szkolnej publiczności. Nie powinno się zabierać uczniów szkół podstawowych na tego typu spektakle - nie tylko z racji trudnego tematu. Nie będę przytaczał wszystkich komentarzy pod adresem aktorów, jakie słyszałem za plecami, siedząc w pierwszym rzędzie. Teatr to nie kino, gdzie można do woli jeść i rozmawiać. Jeśli przyszliście na spektakl, to przynajmniej udawajcie zainteresowanie. Jeśli wam się nie podoba, moi drodzy barbarzyńcy - tam są drzwi.
(ah)

Tomasz Klauza
Dziennik Teatralny
28 października 2007

Książka tygodnia

Street Art. Wielcy artyści i ich wizje
Wydawnictwo ARKADY
Alessandra Mattanza

Trailer tygodnia