Wędrówka wielkiego czuba

10. Międzynarodowy Festiwal Gombrowiczowski

Żeby po dalekiej podróży móc podjąć normalne życie we własnym domu, żeby po długiej nieobecności móc się po starych kątach krzątać jak kiedyś, jak gdyby nigdy nic, po prostu normalnie - trzeba wszystko na nowo uruchomić. Zamontować korki pod elektrycznym licznikiem, odkręcić zawór wody, odkurzyć pokrętła kuchenki gazowej, otworzyć okna, przepłukać popielniczkę, nastawić wodę na kawę. Tak trzeba. Lecz najpierw należy ściągnąć prześcieradła z mebli, bo niby jak zacząć istnieć normalnie, kiedy nie ma na czym usiąść, nie ma do czego marynarki schować, nie ma na czym filiżanki postawić i nie ma na czym się położyć.

Podobnie w teatrze. Tyle że tutaj uruchamianie sztucznego życia z reguły zaczyna się na długo przed przyjściem widzów. O 19.15 iluzyjny świat już jest jak świeżo narodzony. Z reguły. Lecz bywa inaczej. Czasem bywa dokładnie tak, jak w prologu wyreżyserowanej przez Izabellę Cywińską w warszawskim Teatrze Polonia „Zbrodni z premedytacją” Witolda Gombrowicza.

Mrok na scenie i w mroku – wielki sen wszystkich sprzętów pod kolosalnymi płachtami czarnego sukna. Totalny ambalaż świata przedstawionego. Wojciech Malajkat jako śledczy H. wchodzi na scenę z widowni. Wełniane nauszniki, zadziorne okularki niezawodnego prymusa, rudawe palto za kolana, na ramionach koronkowa, cokolwiek gejowska chusta z frędzlami – w sumie nie dziwota, przecież zimno jest jak jasny gwint, on telegram, że przyjeżdża, wysłał, a oni karety na dworzec nie przysłali, więc musiał wlec się przez mróz innym pojazdem. Psioczy więc. Lezie, walizy taszczy i psioczy. Wchodzi na scenę, rzuca bagaże i w wątłym świetle, co się pojawiło tak, jak by dał światłu znak dotykając nogą rampy – ściąga z czegoś ogromne czarne prześcieradło. Ukazują się drzwi. Właśnie tak. Burzy pierwszy z brzegu element ambalażu. Ściąga prześcieradło, żeby mieć w co zapukać. Stwarza sobie drzwi, by mu otworzono. Zaraz spadnie reszta czarnej materii, przyjdzie światło mocne, jasne, objawią się wszystkie klocki iluzji. Kandelabr, stół i krzesła w jadalnym, krawiecki manekin jako wieszak na odzież, sofa w żółciach, drzwi do salonu pana, kolosalna rama od obrazu, żeliwne łóżko zasłane kocem i drugie podobne, jak się okaże – z trupem pod białym prześcieradłem. Ale nie ma się czego bać, to w istocie nie trup – to kolejny manekin, lalka w mogilnym garniturze. Tak, pan H. jest nie tylko śledczym. Pan H. jest reżyserem, jakimś prowincjonalnym, tanim Prosperem. Stwarza sobie iluzję świata, stwarza teatr, by w nim jako aktor główny przed samym sobą odegrać z bogu ducha winnymi postaciami własną swoją szajbę kolosalną.

Cywińska nie ukrywa mechaniki sztuczności teatru, nie udaje, że nie udaje. Pokazuje strukturę gry, obnaża iluzję, bawi się operetkowością tej Gombrowicza opowiastki, śmiesznej diabelnie i jak to w jego słowach bywa – w finale wpadającej w ciemność zupełnie nie śmieszną. Ale też nie byłoby tej „Zbrodni z premedytacją”, nie byłoby takiej „Zbrodni...”, gdyby nie było takiego pana H. Malajkat... tańczy. Lepszego słowa nie potrafię znaleźć. I to jak!

Wszystko – spłoszony chód, palce niczym motyle, zestaw grymasów, wariactwa intonacji, dziwaczne akcentowanie słów, rechot zdumiewający i nagły, sto innych tików i opętańczych maniactw – wszystko, z czego ulepiony jest pan H., pląsa z nieludzką precyzją i nieludzką dyskrecją, tworząc indywiduum wybitnie smakowite, chyba największego upierdliwca świata, który przybył tutaj, aby fakty, rzeczy i ludzi, ba, karalucha nawet, nagiąć nieprzejednaną upierdliwością do swojej chorej wyobraźni śledczej. Bo przecież jest trup w salonie, jest trup, lecz nie ma śladów duszenia na jego szyi – a taki zestaw daje grube nieporozumienie. Co robić? Przecież świat gotów się rozpaść! Jak ocalić świat? Jest nieboszczyk, więc szajbniętemu panu H. nie pozostaje nic innego, niż wyreżyserować nieboszczykowi dusiciela. Udaje się. Panu H. szaleństwo zawsze się udaje. W finale synek (Rafał Mohr) zmarłego śmiercią naturalną zaciska palce na szyi manekina w mogilnym garniturze.

Gdyby Ewa Kraska, reżyserka i autorka scenariusza francuskiego seansu „Czekając na Nobla” Compagnie ITEK z Reims posiadła precyzję Cywińskiej i autora „Operetki”, i gdyby aktorzy – Vincent Aubert jako Witold Gombrowicz, Frederique Fricker jako Rita Gombrowicz – potrafili tańczyć tak doskonale jak Malajkat – pewnie dałoby się seans ten porównać z warszawską „Zbrodnią...”. W końcu nerw zasadniczy jest podobny: jawna teatralizacja. Teatralizacja ostatnich lat życie Witolda u boku Rity. Aktorzy są niczym figurki na wytwornej pozytywce, uruchamiani, do ponownego, widmowego istnienia powoływani przez inspicjentkę, z boku sceny czytającą beznamiętnym głosem szczegółowe didaskalia scenariusza Ewy Kraski. Referuje scenografię, wylicza przedmioty, wymienia gesty, zaprasza do kolejnych scen, kolejnych części przedstawienia. Aktorzy wchodzą i schodzą, gadają lub milczą, jedzą, piją, patrzą, odgrywają tamte, dawno zamarłe rytuały, co je  Rita i Witold celebrowali w swoim domu na francuskiej riwierze. Jest cały tamten ich teatr codzienny. Jest mowa o psie, co się wabił Psina. Są ich ulubione rekwizyty, choćby lornetka i fajka Witolda. I recytowane są ich niegdysiejsze słowa, które sobie recytowali w końcówce lat sześćdziesiątych, czekając na literackiego Nobla dla Witolda, które okazało się czekaniem na śmierć Witolda.

Owszem, dałoby się z tej niestety potwornie rozwlekłej i z każdą kolejną minutą coraz bardziej mętnej nostalgii wykroić zgrabny, nawet wzruszający obraz, lecz Kraska musiałaby precyzyjnie wiedzieć, gdzie kroić, a zwłaszcza – gdzie skończyć swą opowieść. Raczej nie wiedziała, więc „Czekając na Nobla” trwa i trwa, choć spokojnie skończyć by się mogło czterdzieści minut przed chwilą, w której rzeczywiście się skończyło. Czyli dokładnie odwrotnie niż sprawa z finałem ma się w „Zbrodni...” Gombrowicza i przedstawieniu Cywińskiej. Palce synka na szyi manekina. Ciemność. Po czym pan H., czub nad czubami, okutany jak na początku i ze słowami na wargach tymi samymi, co wtedy, gdy jednym gestem stworzył sobie drzwi – znów rusza w drogę, by w innym domu innych niewinnych dopaść i kolejny raz ocalić świat, reżyserując swoją starą, wierną szajbę kryminalną.

Paweł Głowacki
Dziennik Teatralny
26 października 2012

Książka tygodnia

Carroll, Baum, Barrie. (Mito)biografie i (mikro)historie
Wydawnictwo Universitas
Maciej Skowera

Trailer tygodnia

14. Międzynarodowy Fes...
14 Międzynarodowy Festiwal Teatrów La...