Wersje samego siebie

"Kaligula" - reż. Robert Czechowski - Teatr Polski we Wrocławiu

Świat potrafi być okrutny, chyba nikt nie ma co do tego wątpliwości, po prostu niektórzy potrafią radzić sobie z nim lepiej, a inni gorzej. Z jednej strony mamy tragizm i niedopasowanie się ludzi wrażliwych i wyjątkowych, a z drugiej zadowolenie i pewność siebie ludzi prostych lub nawet podłych. Dlaczego człowiek nie może samodzielnie i bez poczucia winy wybrać drugiej opcji.

Niestety wrażliwość spada na człowieka czy tego chce czy nie. W spektaklu „Kaligula" reżyser Robert Czechowski wziął na warsztat sztukę Alberta Camusa, opowiadającą właśnie o wrażliwości. Młody chłopak nie mogąc pogodzić się ze światem, postanawia zmienić to jak wygląda jego życie. Historia jakich wiele, ludzie młodzi zazwyczaj miewają takie egzystencjonalne rozterki, ale tutaj jest to coś nieco innego. Życie widziane oczami bohatera, zdaje się tak bardzo nienawistne, że jest to bolesne nawet dla widza. Jedynym wyjściem jest więc samobójstwo, ale świat odbiera mu nawet tę ostatnią cząstka decyzyjności i umieszcza w ośrodku dla obłąkanych, gdzie nic nie zależy już od niego. Nie mogąc umrzeć i nie mogąc żyć dalej, przywdziewa maskę Kaliguli, okrutnego cesarza, terroryzującego swoich podwładnych.

W tej nowej rzeczywistości, nie jest już zwykłym, nieszczęśliwym człowiekiem, ale potęgą, której nawet bogowie powinni oddawać pokłon, wystarczy tylko, że „zrówna się z nimi w okrucieństwie". By tego dokonać musi wyjść poza siebie, stać się kimś innym, a zamiast tego staje się kilkoma wersjami siebie samego. Jako człowiek, nie był poważany, jako cesarz, ma zawsze rację. Wchodzi z podwładnymi w polemikę, która zawsze kończy się jego zwycięstwem. Wszystkie te zachowania są punktem wyjścia dla pytań, jakie sobie stawia. Jaki jest sens życia człowieka, co powoduje, że niektórym przychodzi ono tak łatwo, a dla drugich jest pasmem nieszczęść. Dlaczego niektórzy nie mogą się pogodzić ze śmiercią i rozstaniem ze światem, a inni nie mogą się tego doczekać. Z jednej strony jest to altruistyczny niepokój o losy świata, a z drugiej pełne egoizmu skupienie na sobie. Są to dwie postawy niemożliwe do pogodzenia.

Świetny okazał się pomysł obsadzenia w głównej roli dwóch aktorów, nic tak jak ten zabieg nie oddaje rozpadu wewnętrznego bohatera i jego zupełnie różnych osobowości. Aktorzy zostali bardzo dobrze dobrani do tej roli, nawet wypowiadając te same kwestie nadawali im zupełnie różny wydźwięk. Niestety słabym aspektem tego spektaklu były sceny tańca. Miały one towarzyszyć bohaterowi i pokazywać w jak dziwnym środowisku się znalazł, ale mnie zupełnie nie przekonywały. Miotające się po scenie postacie, sprawiające wrażenie, jakby ktoś raził je prądem, były przesadzone.

Warto przy tej okazji wspomnieć o muzyce. Mroczna, zapętlona linia melodyczna na początku tworzy niezwykłą atmosferę, jednak już po chwili zaczyna męczyć. Być może jest to wina tego, że jest zbyt głośna, niekiedy zagłusza nawet wypowiedzi bohaterów. W pewnym momencie, główny motyw muzyczny zastąpiony zostaje innym, przypominającym piosenki grupy Depeche Mode, jednak już po chwili wraca dobrze nam znana melodia i pozostaje już do końca. Muzyka jest tak naprawdę świetnie dobrana do sztuki i może gdyby towarzyszyła temu co dzieje się na scenie, a nie narzucała się, jej odbiór byłby nieco lepszy.

Myślę, że gdyby premiera odbywała się w towarzystwie publiczności, najgłośniejsze owacje dostałby Pan Mariusz Kiljan, grający Helikona. Co prawda jego rola była na tyle ekscentryczna, że sama z siebie pozostaje w pamięci, ale aktor na pewno tchnął w tę postać coś swojego. Helikon jest postacią nieoczywistą z powodu wciąż działającego dość sprawnie w chorej duszy umysłu. Sprawia wrażenie wariata i rzeczywiście nim jest, ale potrafi wypowiadać przemyślane i trafne myśli, „Gdybym mógł wybrać sobie ojca, pewnie nigdy bym się nie urodził." Ogólnie rzecz biorąc, obsada jest w tym spektaklu jedną z najmocniejszych stron. Kreacja Pana Piotra Chomika jest nie do zapomnienia, potrafił on zagrać nienawiść do cesarza, mimo, że słowami wypowiadał mu poddanie. Całe jego ciało zdawało się buntować wypowiadanym słowom. Był też jedyną postacią, która potrafiła powiedzieć Kaliguli, że postępuje nieprawidłowo, zrobić to z pełną odwagą, a jednocześnie w taki sposób, żeby widz odczuwał jego wewnętrzny lęk.

Zazwyczaj po wyjściu z teatru, widzowie wspominają jakieś jego aspekty, które szczególnie zapadły w pamięć, dla mnie jest to właśnie rola Helikona, oraz spokojny, opanowany głos aktora grającego Kaligulę. Obaj artyści odgrywający tę postać wypadli dobrze, ale abstrahując od samej gry aktorskiej, to głos Huberta Kowalczysa pozostał w mojej głowie. W teatrze często spotykałam się z przesadą w wypowiadaniu ważnych kwestii, były one wykrzykiwane bardzo głośno, ze specyficzną intonacją, co sprawiało wrażenie, jakby aktor nie miał pomysłu jak je wymówić i zaakcentować w taki sposób, żeby widz zwrócił na nie uwagę. Ten aktor prawie wszystko mówi chłodno i statycznie, podnosząc głos tylko w tych momentach, kiedy naprawdę jest to konieczne. Ciekawe czy był to jego pomysł czy wskazówka reżysera, ale w efekcie, najuważniej słuchałam właśnie jego kwestii.

Końcowa, niezwykle emocjonalna scena zamykająca, okazała się najlepszym podsumowaniem prawie dwugodzinnej sztuki. Jest to apogeum udręk bohatera, a jednocześnie moment wyzwolenia. Strój Kaliguli jest jakby alegorią krępujących go pęt, z których się wyzwala.

Jeśli ktoś jeszcze miałby wątpliwości czy warto ten spektakl polecić, to one je wszystkie rozwiewa.

Teresa Wysocka
Dziennik Teatralny Wrocław
3 kwietnia 2021

Książka tygodnia

Piękne zielone oczy
Wydawnictwo Czarne
Arnošt Lustig

Trailer tygodnia