Wesele Figara pachniało stypą

"Wesele Figara" - reż: Laco Adamik - Opera Krakowska

Opera Mozarta to pełna radości życia perełka. Jej krakowskiej wersji zupełnie brak lekkości.

Miałem nadzieję, że tym razem się w końcu uda. Po pierwsze Mozart, po drugie "Wesele Figara", po trzecie Laco Adamik jako reżyser i Mariusz Kwiecień w roli hrabiego Almavivy. Nadzieje okazały się płonne. Komiczne arcydzieło Mozarta zostało zamienione w przyciężką, smutną ramotę. 

W tym przypadku trudno odmówić krakowskiej Operze pewnej zadziwiającej konsekwencji. Oglądając kolejne, koturnowe adaptacje legendarnych oper, czuję się jak w latach 80. XX w. Tak jakby w myśleniu o teatrze operowym nie nastąpiły żadne zmiany, obowiązywała XIX- wieczna umowa, opierająca się na poczciwej solenności w traktowaniu partytury i w prowadzeniu śpiewaków. Tej manierze uległ także wytrawny inscenizator, Laco Adamik.

Posępna scenografia Barbary Kędzierskiej przypomina raczej oprawę dla "Łaskawości Tytusa" czy "Don Giovanniego" Mozarta niż roześmianego "Wesela Figara". Również Tomasz Tokarczyk przynajmniej na premierowym przedstawieniu prowadził orkiestrę nieuważnie. Co najmniej kilka razy miałem wrażenie, że soliści zostali pozostawieni samopas. Wokalnie najlepiej poradziła sobie Iwona Socha w roli Zuzanny, perfekcyjna zwłaszcza w pięknej arii z IV aktu, jasnym punktem przedstawienia był także Figaro - Robert Gierlach. Największa gwiazda, baryton Mariusz Kwiecień, tym razem poniżej oczekiwań. Jedynym pomysłem na obsadzenie Mariusza Kwietnia w towarzyszącej jednak roli Almavivy było uczynienie zeń wytwornego pijanicy- w niemal każdym wejściu Kwiecień ma w dłoniach kielich z winem. Posunięcie zagadkowe, niekoniecznie w dobrym stylu. 

Na scenie niby dzieje się sporo, a mimo to oglądaniu "Wesela Figara" towarzyszypogłębiający się efekt znużenia. Śpiewacy, z wyjątkiem wspomnianej, cudownie rozwibrowanej, komicznej sopranistki, Iwony Sochy, głównie obnoszą klasyczny kostium oraz różnej klasy możliwości wokalne. Słuchamy opowieści o romansach, erotycznych skandalach, w których pobrzmiewają dalekie echa "Snu nocy letniej", ale niewiele z tego wynika. Bohaterowie "Wesela Figara" Mozarta są w nieustannym ruchu, krążą po korytarzach, plotkują, zwierzają się, intrygują, natomiast na scenie krakowskiej Opery dominuje tonacja serio. Jest wzniosie, smutno, niezbyt błyskotliwie. Owszem, również w "Weselu Figara" znajdziemy piękne liryczne pasaże, ale w operze dominuje radość życia. Krakowskiemu przedstawieniu brakuje natomiast cechy najważniejszej lekkości i zwiewności. Opera Mozarta skrzy się przecież seksem. To w gruncie rzeczy historia o chwilowym erotycznym spełnieniu oraz zmysłowej ambiwencji (nieokreślona seksualność Cherubina). Domyślam się, że stylistycznym orężem Adamika było konserwatywne weto reżysera wobec coraz ostrzejszych, również ocierających się niekiedy o pornografię, wersji "Wesela Figara". Postawiono zatem na drobnomieszczańską ostrożność. Powstał bezpieczny spektakl dla każdego, czyli de facto dla nikogo. Nie ma nagości, nawet Cherubin (mezzosopran Anna Bernacka) wydaje się postacią aseksualną, a spektaklowi brakuje finezji. Zadanie odfajkowane, do szybkiego zapomnienia. "Weselu" blisko do stypy.

Łukasz Maciejewski
Polska Gazeta Krakowska
20 czerwca 2012

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia