Wesele Jana Klaty

"Wesele" - reż. Jan Klata - Narodowy Stary Teatr w Krakowie

Tytuł, który nadałam temu artykułowi w dwa lata po premierze, jest raczej przewrotny. Jak to wesele, skoro to spektakl na pożegnanie byłego dyrektora Narodowego Starego Teatru w Krakowie. Jak się cieszyć, skoro w tle obecny był zawód i niepokój spowodowany niepewną przyszłością.

Jednak niegdysiejszą praktyką polskich wesel było to, że trwały przez kilka dni i cały czas goście bawili się równie dobrze jak na początku, i do tej właśnie tradycji spektakl zdaje się nawiązywać. To „Wesele" Jana Klaty wciąż trwa i wcale nie zamierza się kończyć. A nawet jego uczestnicy z dnia na dzień bawią się z wciąż rosnącym impetem i radością.

Jednym ze zwyczajów weselnych są oczepiny, w których trakcie Panna Młoda rzuca swoim bukietem, zaś Pan Młody muchą. Te osoby, które złapią bukiet i muchę, mają pewność, że w ciągu najbliższego roku wyjdą za mąż. W „Weselu" Jana Klaty nie mamy co prawda wplecionego tego obrzędu, jednak takie pary, które mogłyby się połączyć węzłem małżeńskim w ciągu najbliższego roku, wyłaniają się jakby samorzutnie.

Jedną z nich mógłby stworzyć Poeta, problem jednak w tym, że nie ma on skonkretyzowanych preferencji i nie może się zdecydować, czy swoją wybranką uczynić spowitą w zwiewną czerń oczytaną i rozpoetyzowaną Rachel, czy może szaloną i frywolną Marynę (Jaśmina Polak). Poeta nie ma przekonania w swoich zalotach, jego wypowiedzi w stosunku do kobiet są podszyte zniechęceniem i pewnością, że z tego i tak nic nie będzie, ale nie zaszkodzi pogadać, żeby nie było, że nie próbował.

Zresztą podobnie wybrzmiewają słowa dziennikarza zwracającego się do Zosi i Haneczki, w których nie ma miejsca na choćby nutkę szczerości czy rzeczywistego odniesienia do dziewczyny, której prawi komplementy. Z góry widać, że to sztampowy, przygotowany misternie tekst, wykorzystywany już wielokrotnie w podobnych sytuacjach.

Zosia i Haneczka zostały ubrane w takie same hipnotyzujące stroje, sprawiając tym samym dosyć przerażające, psychodeliczne wrażenie. Zwłaszcza w scenie z chłopakami zapraszającymi je na siano – kiedy mówią dziwnie zestrojonymi głosami, brzmią jakby przybyły wprost z piekieł. Nie ma w tych młodzieńczych igraszkach żadnej prostoty, naiwności, czy tym bardziej radości z weselnych inicjacji. Wszystko maluje się zbyt poważnie i demonicznie. Z jednej strony pojawia się kuszenie, a z drugiej usilne lawirowanie w celu spełnienia swoich pożądań. Nie ma miejsca na czułostki.

Podobnie jest między Panną Młodą a jej wybrankiem. W ich wzajemnych relacjach widać dużo figlarności, kuszenia i kokieterii, jak w scenie ściągania przyciasnych bucików, jednak niewiele namysłu nad przyszłością swoją, czy noszonego pod sercem dziecka. Panna Młoda zdaje się wręcz pełna zdziwienia, zarówno gdy patrzy na gości, ich tańce, Pana Młodego, jak i na siebie samą. Jakby pytała: jaki jest cel tego wszystkiego? Co też ona właściwie tu robi?

Zapewne nieprzypadkowo w scenie rozmowy z Poetą, przy słowach „a to Polska właśnie" wskazują nie na serce, jak mogłoby wynikać z treści dramatu, ale na brzuch Panny Młodej, gdzie kiełkuje nowe życie, jakby Poeta chciał skierować jej myśli ku nienarodzonemu dziecku, które przecież będzie przyszłością narodu.

Wygląda na to, że na tym weselu niewiele jest miłości, a dużo prymitywnych, prostych instynktów, których uosobieniem zdaje się być, znajdujący się często w centrum zabawy, Czepiec.

Nie przeszkadza to aktorom Starego Teatru grać koncertowo i z nie malejącą energią. Dużą rolę odgrywa niesamowita, dynamiczna choreografia, która wymaga od aktorów miejscami dosyć skomplikowanych akrobatycznych umiejętności, jednak z drugiej strony mnóstwo jest w niej powtarzalnych gestów i kroków, które wykonują wszyscy aktorzy monotonnie i bezrefleksyjnie. Jest to, co prawda chocholi taniec, prowadzący uczestników wesela do zguby i upadku, jednak oni zdają się tego nie dostrzegać, gdyż od pierwszych dźwięków spektaklu, aż do samego końca zawierzyli swoje losy demonom (muzycy „Furii"), poruszając się w rytm granych przez nich dźwięków i na ich komendy („Wstawać trupy, koniec spania!/dalej trupy, będziem latać!").

Przy okazji nie sposób nie dodać, że ta demoniczna muzyka pozostaje bardzo atrakcyjna i dynamiczno-radosna, zwłaszcza w początkowej części spektaklu. Jednocześnie wprowadza jednak mroczny, niepokojący, black metalowy klimat, tworząc pewien rozdźwięk pomiędzy tym, co słychać, a beztroskim, szaleńczym tańcem na scenie.

Wszyscy aktorzy tego spektaklu ubrani są po same zęby w wymyślne stroje i przebrania, co symbolizować może całkowite zamknięcie się ich postaci na świat zewnętrzny. Jedyne osoby dramatu, które wnoszą do treści cokolwiek szczerości, to duchy.

Drugi akt przechodzi w klimat zadumy i niepokoju. Jego oniryczny charakter, wspierany jest przyciemnieniem świateł i wówczas wchodzą na scenę postaci, które widzą i wiedzą więcej. Wśród nich na szczególną uwagę zasługuje Małgorzata Gorol, której rozpaczliwe nawoływania i rozkazy wywołują niesamowite, przerażające wrażenie. Kto tak skrzywdził Rycerza, kto wprawił go w taką szaleńczą rozpacz? Kto dał mu tą ogromną hipnotyzującą siłę?

Dużo smaku wnoszą do spektaklu przechodzące przez weselną izbę Radczyni (Anna Dymna) oraz Klimina (Elżbieta Karkoszka). Spokój ich dojrzałych lat i wypowiedzi daje szczególną przeciwwagę dla królującej w ciżbie bezmyślnej zabawy.

Kiedy ostatnio widziałam „Wesele", zwróciła moją uwagę gra Czepca (Krzysztof Zawadzki) w ostatnich chwilach spektaklu. Na scenie znajdują się wówczas bodajże wszyscy aktorzy i wszyscy wyczekują nadejścia obiecanego wsparcia. Jednak jedynie Czepiec wypatrywał tak, jakby rzeczywiście spodziewał się, że pomoc w każdym momencie może ukazać się na horyzoncie. Każdy jego nerw pozostawał napięty do granic wytrzymałości. On czekał naprawdę, był ucieleśnionym czekaniem.

I wówczas okazuje się, że jednak wszystko zostanie po staremu, bo Jasiek zgubił złoty róg. Chocholi taniec będzie trwał, a kosy pozostaną bezużyteczne, zaś weselnicy pozostaną wierni swoim dotychczasowym bożkom.

Ten żal i zawieszenie powodują, że o „Weselu" trudno zapomnieć i że pozostaje wciąż spektaklem tak samo żywym i aktualnym.

Ostatnim razem widziałam spektakl 9 maja 2019 roku w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie, godz. 20.00.

Adriana Szczęśniak-Majcher
Teatr Legalny
22 maja 2019
Portrety
Jan Klata

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia

Roxana Songs
Krystian Lada
Lada wybrał na miejsce nagrania „Roxa...