Widowisko i telewizja

Jerzy Stuhr po Festiwalu "Dwa Teatry" w Sopocie

- Z tego, co mi się skarżyli kamerzyści, realizatorzy, co trochę sam widziałem - można wyciągnąć wniosek, że zanika sztuka realizacji widowiska telewizyjnego. Ci ludzie tego po prostu nie umieją robić. I trudno się dziwić. Kiedy się filmuje na co dzień i przez cały czas dwóch polityków wzajemnie się naparzających, to zatraca się umiejętność artystycznego ustawienia kadru - mówi Jerzy Stuhr po Festiwalu "Dwa Teatry" w Sopocie.

Szybko przebrzmiał ważny festiwal słuchowisk radiowych i sztuk telewizyjnych "Dwa Teatry" w Sopocie. Miał się tam sprawdzić pomysł z równoległym przedstawianiem jednoaktówek Fredry w telewizji: z Katowic, z Krakowa i z Warszawy. Festiwal zostawił na Panu jakiś ślad?

Jak te wszystkie kontrplany będą, to powstanie z tego film telewizyjny. Pamiętam, że taki zarzut wysunął Maciej Prus, na tymże właśnie festiwalu w Sopocie przed kilku laty, gdy był przewodniczącym jury - pod adresem wybitnego przedstawienia Waldemara Krzystka "Wizyta starszej pani", w którym miałem zaszczyt brać udział z Krystyna Jandą, z Marianem Opanią i z wieloma innymi aktorami.

To miasteczko upadłe, w którym rzecz realizowaliśmy, ono samym swoim wyglądem opowiadało o degradacji, o tym, że się ci mieszkańcy zaprzedali z nędzy, z biedy, zaprzedali się w zbrodnię. Czy to uwłaczało wymowie, że Alfred Jill, grany przeze mnie biegał jak oszalały podcieniami tego zrujnowanego miasteczka, a za nim było słychać strzały, jak na polowaniu? Przecież to miało być polowanie!

Dla mnie widowisko telewizyjne polega li tylko na dwóch rzeczach: na dłuższych ujęciach aktorskich i nieznacznym zawężeniu kadru. To wszystko. Bo ja, widz muszę mieć poczucie, że aktorzy istnieją nie na ujęcie, a na scenę. Na scenę mają obliczony swój tempo i rytm.

I zawsze, jak robiłem widowiska telewizyjne, to zmuszałem aktorów, prosiłem usilnie, sam siebie zmuszałem... do zagrania całej sceny.

Nie było mniejszego odcinka do zagrania, niż wrażenia. Z tego, co mi się skarżyli kamerzyści, realizatorzy, co trochę sam widziałem - można wyciągnąć wniosek, że zanika sztuka realizacji widowiska telewizyjnego. Ci ludzie tego po prostu nie umieją robić. I trudno się dziwić. Kiedy się filmuje na co dzień i przez cały czas dwóch polityków wzajemnie się naparzających, to zatraca się umiejętność artystycznego ustawienia kadru. Realizatorzy sami się skarżyli. Dobrze, że w mojej jednoaktówce siedział koło mnie taki artysta, jak pan Adam Sikora, który wszystkim dyrygował: i światłem, i ustawieniem kadru.

I tak naprawdę po festiwalu nie ma się szczególnie czym chwalić, bo zobaczyliśmy gołym okiem, jak realizacja telewizyjna zbliża się do transmisji ze spektaklu. Dlatego się boimy też pokazać "32 omdlenia" w telewizji na żywo, żeby nie zrobiono transmisji ze spektaklu. Zbyt sobie go cenimy, zbyt jest dla nas ważny.

Jak ja bym to robił, to by to z tydzień trwało. Żeby każdą naszą reakcję było widać. Żeby te kadry były artystyczne. Kontrplany prawdziwe, a nie "po skosie", bo z tyłu jest ściana i nie można postawić kamery.

Oczywiście, natychmiast odzywają się w takim momencie ci, którzy nie rozumieją na czym polega teatr telewizji i mówią, że scena. Natomiast w filmie gram "do ujęcia". Skupiam się na takim odcinku. To jest więc zupełnie co innego. Ale tak byłem nauczony przez dawnych kolegów, Staszka Zajączkowskiego, Irenę Wollen, Józia Słotwińskiego. A także Olgę Lipińską, jak graliśmy "Skiza", z debiutującą wtedy Joasią Szczepkowską, z Jurkiem Kamasem i Hanką Polony, która nagrodę teraz dostała w Sopocie za całokształt.

Cztery razy z nią występowałem. I debiutowałem przy niej, w sztuce "Panna bez posagu". Grałem jej narzeczonego.

To jest według mnie istotą teatru telewizji. Natomiast jeśli tylko naturalny obieg, długie jazdy kamer mogą pomóc w atmosferze sztuki wystawianej, to proszę bardzo - nie może być jednak takiego zarzutu, że to jest film. Ja też, jak miałem w "Szkole żon" ogromny monolog na początku, to chciałem go w jednym ujęciu odbyć. Chodziło o to, aby złapać rytm mówienia, krok, rytm sceny. W filmie moglibyśmy sobie robić duble i ciąć montażowo "na słupku".

Ale teatr telewizji jest czym innym. Mówię o tym, wciąż przypominając, że właśnie przed laty Kraków był tym największym ośrodkiem teatru telewizyjnego. To my mieliśmy najlepszy teatr. A mówię o tym w czasie przeszłym. Przykro...

Maria Malatyńska
Polska Gazeta Krakowska
24 czerwca 2013
Portrety
Jerzy Stuhr

Książka tygodnia

Cyrk w świecie widowisk
Warsztaty Kultury w Lublinie
redakcja Grzegorz Kondrasiuk

Trailer tygodnia