Widzowie głosują nogami

rozmowa z Robertem Talarczykiem

Mijający sezon, a był to sezon naprawdę pracowity, bo 120., czyli jubileuszowy, pokazał jednak, że głównie chodzą do nas bielszczanie. Nie dlatego, że staliśmy się modni, tylko dlatego, że nasze propozycje ich zaciekawiają - mówi Robert Talarczyk, dyrektor Teatru Polskiego w Bielsku-Białej

Henryka Wach Malicka: Czy to prawda, że w ciągu kilku ostatnich lat frekwencja w Teatrze Polskim wzrosła o 100 procent?

Robert Talarczyk: Prawda. Niemal wszystkie spektakle gramy przy pełnej widowni; można to sprawdzić w raportach kasowych. I znacznie nam się wydłużył czas grania poszczególnych tytułów. Na przykład "Żyd" dobiega już setnego przedstawienia.

To rzeczywiście osiągnięcie, które nie zawsze udaje się nawet w miastach większych niż Bielsko-Biała. Ale może to jest tak, że tę frekwencję podbijają wam widzowie z innych miast. Teatr Polski, wiem to z własnego doświadczenia, stał się w ostatnich sezonach po prostu modny wśród teatromanów.

To źle?! Jeśli cieszymy się z naszych sukcesów, to sukces poza granicami miasta tylko satysfakcję podwaja. Mijający sezon, a był to sezon naprawdę pracowity, bo 120., czyli jubileuszowy, pokazał jednak, że głównie chodzą do nas bielszczanie. Nie dlatego, że staliśmy się modni, tylko dlatego, że nasze propozycje ich zaciekawiają. Wiemy to, bo często z widzami dyskutujemy.

Gdyby w krótkich słowach miał pan określić swoją politykę repertuarową, to...?

To porównałbym nasz teatr do nobliwej damy, która wie, jak nosić krynolinę i prowadzić intelektualną dyskusję, ale w głębi duszy zachowała też młodzieńczy temperament i skłonność do przekory. Wyznaję najstarszą z możliwych definicji teatru: ma uczyć, zachowywać wierność tradycji, ale też pobudzać do dyskusji, a od czasu do czasu bawić; szczerze i bez zadęcia. Tajemnica tkwi w proporcjach i w tym, żeby każdy znalazł coś dla siebie. Niby proste to do bólu, ale trudne do zrealizowania. Widzowie, jak to się mówi, głosują nogami, czyli do teatru przychodzą albo nie. Do nas przychodzą.

Także dlatego, że prócz "Zemsty" i "Rewizora" macie na afiszu na przykład spektakl pt. "Mistrz and Małgorzata Story"... ... a prócz "Szalonych nożyczek" także "Bitwę o Nangar Khel".

Tak, współczesny widz ma do wyboru tyle różnych propozycji artystycznych, że warto pokusić się o pokazanie czegoś, co go zaintryguje i skutecznie wciągnie do rozmowy. Z drugiej strony wyrosło pokolenie bardzo młodych miłośników teatru, które domaga się na scenie innej estetyki i innej, bardziej ekspresyjnej, formy inscenizacji. Jeśli nie chcemy zgubić tych ludzi z pola widzenia, musimy liczyć się z tym, że oni chętnie oglądają klasykę dramatu, ale zrealizowaną współczesnymi środkami. Teatr, jak każde zjawisko społeczne, nie stoi w miejscu. Powiem więcej: teatr skostniały to nieszczęście!

W repertuarze Teatru Polskiego, prócz klasyki, sporo jest także sztuk współczesnych. Tym się jednak różnicie od innych scen, że to są dramaty pisane na zamówienie, specjalnie dla was.

Współpracujemy przede wszystkim z Arturem Pałygą, choć oczywiście nie tylko. Najpierw miałem przeczucie, teraz mam pewność, że sztuka musi dotykać widza bezpośrednio, korespondować z tym, co go otacza. I nie chodzi o to, żeby wszystkie pisane dla nas dramaty działy się wyłącznie w Bielsku. To by się szybko znudziło i sensu by nie miało. Chodzi raczej o ten teatralny słuch, dzięki któremu nasz spektakl "Tak wiele przeszliśmy, tak wiele przed nami" cieszy się ogromnym powodzeniem. A cieszy się, bo dotyka sentymentów i oceny życia w PRL-u. A to dotyczy połowy naszych widzów. Dlaczego nie mielibyśmy z nimi o tym pogadać?

Krytycy podkreślają, że skutecznie udało się wam uniknąć w tych propozycjach nadmiaru dydaktyki i dokumentalnego charakteru inscenizacji. Także poprzez język, teatralny wprawdzie, ale komunikatywny i bliski rzeczywistości.

Przykładamy bardzo dużą wagę do tego, żeby sceniczny dialog w tych sztukach nie był wydumany, bo wtedy nie ma żadnej siły rażenia. Każda epoka ma swój język i swój styl wypowiedzi, trudno budować ozdobne konstrukcje zdaniowe, gdy mówimy o codzienności. Co innego, gdy gramy klasykę, wtedy nasi aktorzy używają zupełnie innych środków.

Jak duży ma pan zespół?

Razem ze mną, bo ja też jestem aktorem, to 20 osób.

Mało...

Ale jacy zdolni! Poważnie zaś mówiąc, chętnie zapraszamy kolegów z innych teatrów na gościnne występy. To poprawia artystyczne "krążenie krwi" i podoba się naszym widzom. I tak będzie, obiecuję, również po zakończeniu uroczystości jubileuszowych.

Henryka Wach-Malicka
Polska Dziennik Zachodni
18 maja 2011
Portrety
Robert Talarczyk

Książka tygodnia

Krew z mojej krwi. Wiosna komisarza Ricciardiego
Oficyna Literacka Noir Sur Blanc
Maurizio de Giovanni

Trailer tygodnia