Wieczne rozpoznawanie

pisze Maria Malatyńska

O Krzysztofie Miklaszewskim mówi się, że jego komputer pełen jest Kantora. Bo mieszczą się tam wszystkie książki o tym artyście, które Miklaszewski kiedykolwiek napisał, właśnie pisze i jeszcze napisze (ostatnio PIW wznowił jego doskonałego "Kantora od kuchni". I to samo się dzieje, jeśli chodzi o filmy

Wszystkie przeszłe, obecne i przyszłe filmowe opowieści o Kantorze, które dokumentalista Miklaszewski nakręcił lub jeszcze nakręci ze swoim wiecznym bohaterem w roli głównej - wszystkie zamknięte są w jego komputerze. W stosownym momencie trzeba więc tylko ten komputer otworzyć...

Nie ma żadnej przesady w tej anegdocie. W listopadzie i grudniu ubiegłego roku na różnych specjalnych pokazach pojawił się dziesiąty już film dokumentalisty nazwany nowocześnie i stosownie: "tadeusz.kantor@europa.pl." Jest to, jak opisał rzecz sam Miklaszewski, "rekonstrukcja Kantorowskiej drogi poprzez świat. Od Wielopola Skrzyńskiego via Kraków i do Paryża. A stąd do Niemiec (Norymberga) i Włoch (Florencja, Mediolan) i na Wyspy Brytyjskie (Edynburg, Londyn) ". Imponująco wiele materiału filmowego zgromadził Miklaszewski o swoim bohaterze. Imponująco wiele przeszedł z Nim dróg, imponująco wiele z tych wędrówek zapamiętał i udokumentował. Był aktorem u Kantora przez 14 lat (1974-87), jeździł z jego przedstawieniami, ale wciąż i na szczęście bywał przy tych okazjach także dziennikarzem i dokumentalistą. Jego ostatni film jest pod tym względem doskonały. Są w nim nie tylko fragmenty światowych występów Kantora i jego aktorów, ale są wypowiedzi ludzi, którzy naszego artystę wspominają. Ciepło, serdecznie, z humorem i świadomością jego geniuszu oraz jego słabości. I to nie byle jacy odbiorcy jego sztuki, bo mecenasi i sponsorzy, propagatorzy jego sztuki w Edynburgu i Norymberdze. Ludzie, którzy przeżywali ją i uznali, że jest doskonała, dlatego ponieśli ją dalej, do swoich odbiorców. Wtedy, gdy Kantor potrzebował kontaktu z nowymi środowiskami, to z nim byli, gdy potrzebował publicity - to ją zapewniali, a dzisiaj, 15 lat od śmierci artysty, wspaniale się o nim wypowiadają.

Ale nie, źle mówię - Kantor nie potrzebował kontaktu z nowymi środowiskami. On je zdobywał. Po prostu. Czyż nie powiedział w tym filmie, że zdobywać pozycję na Zachodzie, to znaczy atakować go? Tak było. Bo, jak powiedział, politycy robią w różnych miejscach na świecie dużo zamieszania, ale ostateczny głos i tak należy do sztuki. A więc to sztuka ma atakować.

Tadeusz Kantor był barwną postacią, niekonwencjonalną w zachowaniach i gwałtowną w reakcjach. Ktoś, kto chciałby go filmować, musiałby wiele od niego "wycierpieć". Te zbyt gwałtowne reakcje nie ominęły nawet największych artystów, jak Andrzej Wajda, który stworzył piękny film o Umarłej klasie, ale sam Kantor nie do końca się z nim zgodził.

Krzysztof Miklaszewski był nie tylko okazjonalnie - ale stale - obok Kantora. Wszystko widział, wszystko wie, a przede wszystkim rozumie to, że jest dokumentalistą, ma notować fakty, nastroje, sytuacje, krajobrazy. Może dlatego w jego filmie tak dużo samego Kantora, jego wypowiedzi na temat sytuacji, miejsca, spektaklu. Jak ta, że w swoich spektaklach szedł tylko polskimi drogami, ale nieraz przedłuża te drogi na Francję. I to, że Paryż jest jego drugą ojczyzną - choć przy tej okazji pada z ekranu piękna anegdota o przygodzie Kantora w Centrum Pompidou, gdzie nie wystarczyło huknąć "Kantor jestem", bo cieć-służbista i tak nie wpuścił artysty na jego własną wystawę, skoro nie miał identyfikatora. I to, że aktor musi pracować w dzień, a jeszcze bardziej w noc, bo wtedy lepiej służy wyobraźnia. A także i to, że spektakl jest dla niego (Kantora) ostatnią potrzebą przed śmiercią. Dlatego zawsze obecny jest na scenie razem z aktorami. Itd., itp.

Ten film o Kantorze jest przepiękny, pełen tego niekonwencjonalnego artysty, ale i - jak powiedział z ekranu jego najsławniejszy uczeń z krakowskiej ASP Igor Mitoraj - "człowieka magnetycznego", który nigdy nie uczył nas sztuki, ale uczył patrzeć na sztukę. Wychodząc z kina, jesteśmy Tadeuszem Kantorem przepełnieni i trudno nawet uwierzyć, że od 15 lat go już nie ma. Dobrze, że jest więc taki film - najpełniejszy ze wszystkich dotychczasowych filmów Miklaszewskiego o Kantorze. Powinno się go regularnie prezentować młodym i starszym pokoleniom. Bo to nieprawda, że my szanujemy i zachowujemy tradycję. Sam Kantor mówi z ekranu, że jest coraz więcej takich rzeczy, które "zapomnieliśmy zachować". Oby nie stało się tak z samym Kantorem. Choć pewnie Krzysztof Miklaszewski szykuje jeszcze sporo o nim opowieści.

Maria Malatyńska
Kraków
3 marca 2012

Książka tygodnia

Sztuka aktorska Aleksandry Śląskiej
Uniwersytet Gdański
Marta Cebera

Trailer tygodnia