Wieczny bal masek

"Maskarada" - reż. Nikołaj Kolada - Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie

Festiwal Kolady w Teatrze Studio przechodzi już do historii. Został zakończony po mistrzowsku - spektaklem „Maskarada" w wykonaniu zespołu Teatru im. Słowackiego w Krakowie, mającego swoją premierę niemal przed rokiem. Pozytywny odbiór krytyki nie powinien nikogo dziwić, bo to, co zaprezentowano przed warszawską widownią było niezwykle udane. W jaki sposób Rosjanin mówi o rzeczach ważnych oraz jakie prawdy o ludziach zawarte zostały w inscenizacji?

Nikołaj Kolada często na swój warsztat bierze wielkich klasyków. Jak sam podkreślił w wywiadzie, przeprowadzonym przez Tomasza Szczepanka, aby powstała dobra sztuka - „(...) musi być wydarzenie wyjściowe, poczucie humoru, konkretna myśl, umiejętność posługiwania się słowem, precyzyjny opis charakteru (...)". Nic bardziej trafnego. Właśnie to, co wylicza znany reżyser, zamknięte w prostej fabule, otrzymujemy w dramacie Michaiła Lermontowa. W pięciu aktach dowiadujemy się, jak niebezpieczne może być zwyczajne zagubienie bransoletki. Gra intryg, romans, wielka zazdrość, wpisane w komiczną formę, przestają bawić, kiedy absurd spotęgowany zostaje do maksimum. Wówczas, sceny komiczne przepełnia coraz bardziej duszna atmosfera, a tragedia zaczyna dominować. To właśnie umiejętność „żonglowania" przez Koladę nastrojami sprawdza się w „Maskaradzie". Na przemian serwuje on publiczności śmiech i łzy.

Od samego początku spektakl opiera się na kontraście. Uwidocznione jest to na wielu płaszczyznach – biel kostiumów na tle czarnej sceny, patos i kicz, prostota i subtelność, muzyka poważna zderzona z klubowym bitem. Te proste zabiegi nadają szerszego znaczenia rozgrywającej się na deskach historii. Uwypuklają ludzkie przywary, a także dzięki nim, sztuka nabiera uniwersalnego charakteru. Dokładnie takie same mechanizmy rządziły człowiekiem w XIX wieku, jak i teraz. Chyba właśnie to Kolada starał się nam przekazać. Wypowiadane słowa oraz gesty są tak przeteatralizowane, jakby siłą zaciągnięte z kabaretu. Utrzymane jednak pod kontrolą, stają się spójnym narzędziem, dzięki któremu groteska wybrzmiewa w pełni. Dzięki nim jeszcze bardziej podkreślony zostaje fałsz, zakłamanie i nieszczere zachowania bohaterów. Ale „Maskarada" to nie tylko traktat o upadku moralności. Kiedy na scenę wkracza Arbienin, w tej roli doskonały Radosław Krzyżowski, widzimy w jego oczach samotność, brak zrozumienia dla otaczającej rzeczywistości. W swoim zachowaniu przypomina inną postać – Alcesta, tytułowego „Mizantropa" Moliera. Prześmiewcza poza oraz pogarda, której nie szczędzi nawet swojej żonie, stanowią tak naprawdę maskę dla ukrycia własnej słabości i cierpienia. Z jednej strony nie chce podążać za niemoralnym korowodem, z drugiej jednak to on okazuje się bezdusznym i najbardziej upadłym z bohaterów.

Niestety nikt w tej historii nie jest pozbawiony maski, jednak każdy uczestnik balu dokonuje pewnej przemiany. Nina, wybranka serca Arbienina, dopiero w najtragiczniejszym momencie, zdecydowanie za późno, odkrywa swoją ludzką naturę. Agnieszka Judycka, wcielająca się w tę postać wspaniale odnajduje się w konwencji wymyślonej przez reżysera. Początkowo gra szaloną, irytującą oraz zasługującą na politowanie wariatkę, na koniec zaś, w duecie z Radosławem Krzyżowskim, zmienia oblicze swojej bohaterki, budując scenę pełną napięcia i bólu.

Na wielkie uznanie zasługuje również Dominika Bednarczyk. To jej Baronowa Sztral, wielka intrygantka, kiedy się tylko pojawia, skupia na sobie uwagę widza. Wyróżniona odmiennym, bardzo charakterystycznym strojem, gra w sposób ekspresyjny, narwany, podkreślając tym samym cechy swojej bohaterki. Wraz z Rafałem Szumerą, którego widzimy w roli księcia Zwiezdicza, stanowią zgraną parę, a scena kąpieli za ich sprawą wywołuje śmiech i zarazem podziw. Monolog o sensie istnienia, włożony w usta pustej kobiety w trakcie mycia ciała potęguje komizm i absurd sytuacji.

„Maskarada" jest spektaklem bardzo widowiskowym. To tak naprawdę ciągły bal, przeplatany muzyką klasyczną i popową. Widzowie mają okazję usłyszeć m.in. nową wersję piosenki Britney Spears. Sceny zbiorowe są fantastyczne, a choreografia osiąga najwyższy poziom. Wykonywane przez aktorów układy taneczne zbudowane są na tych samych środkach, dzięki czemu obraz staje się spójny i domknięty w jedną całość. W szalonym tańcu ukryta jest dzikość, zwierzęca i pożądliwa strona natury człowieka, a także podporządkowanie wobec większości, w końcu każdy wykonuje te same ruchy, co inni. Widoczna jest w tym wszystkim precyzja oraz dopracowanie najmniejszego szczegółu. Dzięki dynamice oraz atrakcyjnej formie, siedząc przez trzy godziny w fotelu, ani razu nie miałam ochoty spojrzeć na zegarek.

Kolada stworzył spektakl kapitalny. Umiejętnie połączył to, co na pozór niepołączalne. Zestawiając humor i grozę oraz korzystając z estetyki kiczu, wyciąga rękę do widza, jakby chciał go ostrzec, że zabawa niekiedy kończy się tragicznie. „Maskarada" z jednej strony, to sztuka lekka i przyjemna w odbiorze, a jednak poruszająca istotne sprawy. Sposób, w jaki ten tekst wybrzmiewa ze sceny podkreśla pozy, jakie ludzie przyjmują. Przewijający się motyw danse macabre oraz wieńczący przedstawienie korowód, który zamyka kobieta w czerni, zmusza każdego do refleksji.

Wychodząc z Teatru Studio, natrafiłam na taki oto napis: „(...) robię spektakle dla ludzi. Pragnę robić spektakl tak, żeby widz począwszy od takiej Maszy z Uralu, a na kompetentnym literacie skończywszy, rozumiał treść i przekaz." Dokładnie taka jest „Maskarada", dlatego warto na swojej liście zaznaczyć Teatr im. Słowackiego w Krakowie i zobaczyć to na własne oczy.

Spektakl prezentowany w ramach Festiwalu Kolady 2014, którego współorganizatorem był Teatr Studio im. St. I. Witkiewicza w Warszawie.

Aleksandra Furmanowicz
Dziennik Teatralny Warszawa
10 grudnia 2014
Portrety
Nikołaj Kolada

Książka tygodnia

Gilliamesque
Wydawnictwo Planeta
Terry Gilliam

Trailer tygodnia