Wieczór dwóch Carmen

"Carmen" - reż. Laco Adamik - Opera Krakowska

Premiera najnowszej inscenizacji popularnej opery Georges\'a Bizeta przejdzie do historii Opery Krakowskiej jako wydarzenie, na którym odcisnęła swoje piętno nagła choroba solistki Małgorzaty Walewskiej - prosto ze sceny trafiła do szpitala

Pierwszy akt z udziałem Małgorzaty Walewskiej w partii tytułowej Cyganki przebiegał bez żadnych zakłóceń. Dwie popisowe arie: "Habanera" i "Sequidilla", wypadły w jej wykonaniu bardzo dobrze, i wszystko wskazywało na to, że będziemy świadkami kolejnej w jej karierze kreacji, która na długo pozostanie w pamięci.
Niestety, stało się inaczej! Podczas przerwy artystka zemdlała i odwieziono ją do szpitala, a na scenę w trybie nagłego zastępstwa zaproszono Monikę Ledzion, która miała być bohaterką drugiej premiery. Miała jedynie tyle czasu, by założyć kostium i ucharakteryzować się, o rozśpiewaniu nie mogło być już mowy.
Mimo że w pierwszej scenie II aktu paraliżowała ją trema, co przejawiało się nadmierną wibracją w głosie, to jednak z każdą chwilą czuła się pewniej! Wibracja została opanowana, głos nabierał blasku, a tworzona postać - charakteru, głębi i psychologicznej prawdy. Wypada tylko mieć nadzieję, że raczej jasny z natury mezzosopran Moniki Ledzion nabierze z czasem większej jeszcze miękkości, ciepłego, zmysłowego brzmienia, szczególnie w dolnych rejestrach. Przyznaję jednak, że jej Carmen to kobieta dumna i pewna swojego uroku, któremu żaden mężczyzna się nie oprze.

Partię Don Josego, który wyznawał uczucia dwóm różnym Carmen, śpiewał tego wieczoru Arnold Rutkowski. Młody artysta obdarzony tenorem o niezwykłej barwie i brzmieniu, a przy tym prowadzący głos z dużą swobodą, zaśpiewał z młodzieńczą pasją i ogromną ekspresją. Niezbyt przypadł mi do gustu Martin Bibjak w partii Escamilia - torreadora, który zauroczył Carmen. Zbyt często "uciekały" mu wysokie dźwięki, ponadto jego pozbawiony blasku głos ma płaskie, nieciekawe brzmienie. Podsumowując, była to kreacja nijaka wokalnie i aktorsko. Podobała mi się natomiast Katarzyna Trylnik w partii subtelnej Micaeli. Jej kreacja miała wiele uroku i wdzięku, a wokalnie stała na wysokim poziomie.

Reżyseria Laco Adamika była sprawna, jej mocną stronę stanowiły pełne wewnętrznej dynamiki sceny zbiorowe oraz wyraziste prowadzenie bohaterów dramatu. Nie wszystko jednak w tej inscenizacji zasługuje na pochwałę. Nie bardzo wiem, czemu miała służyć grupa mimów pojawiająca się na początku I i IV aktu, która niczego nie wnosiła do treści i akcji. Równie dyskusyjne jest wprowadzenie w ostatniej scenie grupy turystów "coś" zwiedzających w chwili, kiedy na deskach "dogrywał się" dramat głównych bohaterów. Rozbijało to dramaturgię tragicznego finału. Podobało mi się natomiast zastosowanie filmowej stop-klatki; podnosząca się kurtyna odsłaniała nieruchomy obraz ożywający pod wpływem muzyki. To robiło wrażenie! Podobnie jak utrzymana w czerwonej poświacie projekcja filmowa walki byków w chwili, kiedy Carmen i Don Jose śpiewają swój ostatni duet. Adamik wiedzie opowieść o miłości, zazdrości i potrzebie wolności w interesującej plastycznie scenografii i efektownych, stylizowanych na hiszpańskie kostiumach Barbary Kędzierskiej.Tadeusz Kozłowski, dla którego "Carmen" to niemal chleb powszedni, i tym razem dał popis precyzji w prowadzeniu ansambli i scen zbiorowych. Czarowna muzyka Bizeta pod jego batutą ujmowała melodyjnością, temperamentem i świetnie rozplanowaną dynamiką.

Podsumowując, była to udana premiera interesującej inscenizacji, która z pewnością cieszyć się będzie dużym powodzeniem.

Georges Bizet "Carmen", kier. muzyczne: Tadeusz Kozłowski, reżyseria: Laco Adamik, scenografia: Barbara Kędzierska, premiera: 5 marca 2010 r.

Adam Czopek
Nasz Dziennik
10 marca 2010

Książka tygodnia

Słownik miejsc wyobrażonych
Państwowy Instytut Wydawniczy
Alberto Manguel, Gianni Guadalupi

Trailer tygodnia