Wieczór wadliwego pędzenia

"Mały światek Sammy Lee" - reż. A.Kękuś-Poks - 9. Przegląd Teatrów Jednego Aktora

Nie chodzi o śliwki. Chodzi o to, czy ze śliwek potrafisz wyczarować godną śliwowicę. W Łącku - potrafią. A na przykład we Wdzydzach - nie.
Wyznania szczerego entuzjasty teatru

Z grubsza ze wszystkim tak jest. Z winogronami, ziemniakami, pestkami owoców w miarę egzotycznych, bądź z odczuciami i rzeczami, co są pomysłem, materiałem przyszłej sztuki teatralnej. "Śliwki" Kena Hughesa, autora telewizyjnego monodramu "Sammy", przez tegoż Hughesa na filmowy scenariusz "Mały światek Sammy Lee" przełożonego, proste są. Mała samotność, duży lęk i telefon z czarnego ebonitu. Coś się tutaj przypomina... 

Zanim stworzył monodram "Ostatnia taśma Krappa" - Samuel Beckett miał przed sobą małą samotność, duży lęk i magnetofon szpulowy. Nie, w żadnym wypadku nie zamierzam teraz snuć przykrych dla Hughesa porównań. Dajcie spokój - jest za gorąco na takie łatwizny. Becketta przywołuję po to, by wyłożyć drugą zasadę porządnego pędzenia. Otóż, biorąc na warsztat śliwki i chcąc z nich coś zrobić - nie wolno zostawać na poziomie śliwek. Trzeba chcieć je przez wszystkie te kadzie, retorty i wężyki przepuścić właśnie po to, by przestały być wstępną surowizną. I trzeba wiedzieć, w jaki smak i barwę przeistoczyć się mają, jaki stan skupienia osiągnąć. Słowem - trzeba wiedzieć, czym mają być, gdy przestaną być tylko sobą. Inaczej, prościej mówiąc - należy chcieć śmierci śliwki. 

Cóż, od porównania jednak nie ucieknę. U Becketta samotność i lęk Krappa są wyjątkowe, nie do podrobienia, jedyne. O ich smakach, fakturach, gęstościach tomy pisać można. Szpulowy magnetofon zaś przemienia się w bolesny wehikuł pamięci. A jak sprawy się mają u Hughesa i Anny Kękuś-Poks, która "Mały światek Sammy Lee" wyreżyserowała, z Piotrem Machalicą w roli jedynej? 

Samotność przez Hughesa napisana nie ma właściwości. Ot, samotność w ogóle. Sztanca prosta, powszechnie obowiązująca foremka, coś niby woda destylowana - doskonale czysta, do cna wyjałowiona z wszelkich włókien życia. Przypomina przestrzenny model cząsteczki soli, co go z lekcji chemii znasz. Niby sól, ale spróbuj tym pomidorową posolić. Nie inaczej z napisanym lękiem. Ni ziębi, ni grzeje. Nie rodzi ani współczucia, ani zazdrości, ani radości, że dotyka nie ciebie, lecz tego, tam, na scenie. Lęk bez smaku wyjątkowego, bez barwy niepowtarzalnej, bez mocy jedynej takiej na świecie. Lęk doskonale obojętny. A telefon z czarnego ebonitu do końca jest tylko telefonem z czarnego ebonitu. Obok zaś - Machalica. 

Właśnie tak - obok. Zwłaszcza obok samego siebie. Kolejna "śliwka", która u Hughesa i Kękuś-Poks pozostała "śliwką". Postawny, powolny, widoczny z daleka i z daleka słyszalny - jest sobie Machalica na scenie. Tak, że mogłoby go nie być. 

Człapie leniwie tam i sam tylko w skarpetach, lecz nic by się nie stało, gdyby leżał, zwłaszcza że i tak sporo leży, choć równie dobrze mógłby wyjść na piwo. Nic by to nie zmieniło. Tak jak i niczego nie zmienia niespodziewany telefon. Oto on, Sammy, trochę birbant i hulaka, ptak niebieski, który całymi dniami nic nie robi, poza dziwieniem się bliźnim, że pracują od rana do wieczora - do szóstej po południu ma komuś oddać dwieście funtów. W przeciwnym razie fachowiec do drzwi zapuka, by dłużnika pociąć. I co dalej? 

To samo. Sammy brzytwę ma na gardle - a łazi i leży, jak łaził i leżał. Trochę leniwie, raczej o niebieskich migdałach, nie o brzytwie dumając, choć mógłby o żyrafach. No i dzwoni. Kilkanaście razy wykręca numery do różnych indywiduów i przez telefon handlując różnościami, kupując od jednych i sprzedając drugim wszelkiego gatunku tandetę - trochę wirtualnie ciuła te żałosne dwieście funtów. Czasem zapali sobie, innym razem łyk wody przez gardło przepuści, to lalkę z pudła wyjmie. Owszem, palcami trzymającymi peta Machalica niby gra nerwowość, ale i ona jest jak Machalicy samotność i lęk. Żadna, papierowa, martwa. 

No i tak to wszystko sobie obojętnie dla świata na widowni przez godzinkę kapie "śliwka" za "śliwką". Kapu kap, kapu kap, kapu kap... Więc ty, przyjąwszy w żyły seans cały, wychodzisz z teatru trzeźwy jak śliwka. Co tu kryć - nieprzyjemny to stan.

Paweł Głowacki
Dziennik Polski
23 lipca 2009

Książka tygodnia

Dostojewski. Portret intymny
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Alex Christofi

Trailer tygodnia