Wiedźmowisko

"Wiedźmy" - reż. Krzysztof Jasiński - Krakowski Teatr Scena STU

Kim musiał być w poprzednim wcieleniu Ryszard III, skoro zasłużył sobie na taki los? Czy Ofelia i Hamlet, to zranieni Romeo i Julia, a trzy czarownice z Makbeta to Regana, Goneryla i Kordelia? Koncepcja wędrówki dusz stała się dla Krzysztofa Jasińskiego, reżysera spektaklu Wiedźmy, konwencją myślenia o najważniejszych protagonistach z dramatów Williama Shakespeare'a.

Dla Carla Gustawa Junga ludzka psyche funkcjonuje poza nawiasem czasu, to kim jesteśmy i jak żyjemy jest bezpośrednią konsekwencją naszych wcześniejszych żywotów. Od nich karmicznie przejmujemy nie załatwione sprawy, które musimy rozwiązać. W niezawiniony sposób dziedziczymy również grzechy poprzedniego wcielenia. Dźwigamy zbrodnie popełnione w afekcie, które nas ścigają: Hamlet ma przecież na sumieniu pięć zabójstw, ale o tym się głośno nie mówi... Dla Krzysztofa Jasińskiego analizującego kolejne Shakespearowskie byty, jako kolejne etapy reinkarnacji kluczowe jest pytanie, czy można się wyrwać z tego determinującego ciągu. „Zawrzeć pokój pomiędzy wcieleniami. Dopełnić los wbrew regułom miłosierdzia... Przecież wszystkie plugawe diabły były kiedyś niewinne. Ci niegodni lokatorzy Nieba zostali potępieni przez perwersyjną zachciankę samego stwórcy."

Materia scenicznego tekstu została wzięta wprost od Shakespeare'a. To on musi opowiedzieć tę historię – skąd wzięły się te wszystkie Julie... ale nie ma miłości. I nie można mu dopisać ani jednego słowa. Wolno tylko ciąć i szarpać - tkać nowy centon wcieleń, by otworzyć przestrzeń dla peregrynacji poetyckiego ducha. Przerzucać mosty pomiędzy tekstami dramatów, gdy myśl zaczyna się w jednym, a kończy w następnym. Od dramaturgicznego kręgosłupa Burzy i Króla Leara pociągnięto nitki epizodów i charakterów. Otwierający spektakl Prospero (Andrzej Róg) przyzywa wszystkie postaci, ale to są same trupy...

Zaczęło się od „trójcy": trzy wiedźmy z Makbeta to dla Krzysztofa Jasińskiego: Regana, Goneryla i Kordelia, trzy córki Leara. Z tej triady wyprowadził losy karmiczne:
Kordelia – Julia – Ofelia – Desdemona (Joanna Pocica)
Goneryla – Lady Makbet – Hekate (Beata Rybotycka)
Regana – Anna (Agata Myśliwiec-Grząślewicz)
Trzy córki molestowane przez Leara (Andrzej Róg). Wyuzdane, zniszczone ojcowską miłością. Ladacznice, których nie nauczono, że można inaczej. Jeszcze Lady Makbet będzie wspominać lubieżne usta starca, bo wciąż tkwi w niej projekcja pamięci z poprzedniego ja. Przez setki lat wszyscy myśleli, że to Lear jest ofiarą a one są okrutne. Jak Erynie, wściekłe psice poskramiają swojego ojca, który jest już zbyt słaby, by dalej krzywdzić. Jednak w przedstawieniu Krzysztofa Jasińskiego nikomu się nie współczuje.

Tragedia Shakespeare'a zaczyna się w chwili, gdy Kordelia odmawia udziału w „konkursie recytatorskim" i zostaje skazana na wieczne dziewictwo. Wszystkie jasne bohaterki są w tym przedstawieniu grane na przecięciu niewinności. Julia już w pierwszym monologu antycypuje, że to wszystko się źle skończy. I przemienia się w wiedźmę, gdy Romeo kona w jej ramionach. Kiedy na scenie pojawia się Ofelia wszyscy widzą, że wysłać taką jak ona do klasztoru to jawna kpina. Nawet Otello dostał szału, gdy zorientował się, że nie on był pierwszy tylko „jakiś" Cassio. Dopiero on miał dość sił, by tę wiedźmę zgładzić.

„Niech wyjdzie za durnia, bo mądrzy wiedzą, w jakie potwory potrafią przemienić." – słowami Hamleta wyrażona zostaje cała shakespearowska prawda o wszystkich Juliach, Ofeliach i Desdemonach. Mężczyźni w spektaklu Jasińskiego są omotani przez kobiety ciągnące ich w topiel. Archetypiczni wariaci, kochankowie i poeci, którzy w obdartej cygance widzą Piękną Helenę. Trzem wiedźmom odpowiadają karmiczne ciągi:
Romeo – Makbet (Krzysztof Kwiatkowski)
Hamlet – Ryszard III (Dariusz Starczewski)
Otello – Klaudiusz (Radosław Krzyżowski)
Już w skrzywdzonym przez matkę Hamlecie rodzi się Ryszard III. Romeo cielęco ogłupiały pięknością swojej nietkniętej kochanki, stanie się niezdolny do jakiegokolwiek czynu. Dopiero zdecydowanie Lady Makbet pokieruje jego działaniami. Ale ciągi karmiczne potrafią też odbić się rykoszetem: obłąkanie Makbeta zabrzmi, jak refren o fiołkach Ofelii, które zwiędły po śmierci Poloniusza. Do jego sali tronowej ściągną wszystkie trupy z dramaturgii Shakespeare'a. Grono szlachetnych przyjaciół, czy potępione dusze? Piekielne opryszki z grzechami najcięższymi na sumieniach. Hamlet, duch Otella/Klaudiusza, który po zabiciu niesłusznie oskarżonej żony dla korony otruł rodzonego brata.

W takich okolicznościach szaleństwa trzeba wykończyć wszystkie nie załatwione sprawy miłosne. Bez spełnienia, bez szczęśliwego zakończenia. Tyle przysiąg w dramaturgii Shakespeare'a – wszystkie złamane. A może winny temu wszystkiemu jest Lear, który zniweczył czystość intencji? Możliwe jednak, że i on, jak reszta aktorów, był tylko duchem, którego przyzwał Prospero, ulotnym surowcem, z którego wyrabia się sny.

Scenografia (projekt Justyny Łagowskiej), została ograniczona do absolutnego minimum. Naszą literacką pamięć drażnią jedynie pozostawione na scenie: czaszka, sztylet, modlitewnik. Całość estetycznego ciężaru przejęły projekcje wideo, które współgrają z narracją aktorów. Spowici w kostiumy wędrownych skrytobójców, grają w pojedynczych snopach reflektorów, które budują siatki przestrzenne.

Krzysztof Jasiński proponuje swojemu widzowi zmyślenie, smutną krotochwilę. Dynamicznie zagrany spektakl, poskładany ze starannie wyważonych elementów. Wobec historii tak onirycznej można odnieść wrażenie, że ta finezyjnie zestrojona całość została zaprojektowana i wyreżyserowana aż nazbyt precyzyjnie. Krzysztof Jasiński stworzył pièce bien faite o potępionych duszach z dramatów Shakespeara. I niczego nie pozostawił przypadkowi. Żeby grać wielką klasykę literatury, trzeba mieć do niej protagonistów. Aktorskie indywidualności, które udźwigną Hamleta i Ryszarda III. Jeśli ma się w zespole Jerzego Trelę, to oczywiste, że ma się również Prospera... Cały spektakl został zbudowany na mocnym, wyrazistym aktorstwie. Kiedy mówi się o zespole tego teatru, często pada określenie: „Rodzina STU". Kolejne pokolenia aktorów dojrzewały tu wraz z rolami, w których byli obsadzani. Cierpliwie szlifowali warsztat tak, że dziś są, jak misternie strojone Stradivariusy: pewnie żonglują konwencjami. Potrafią dać swojemu reżyserowi każdy nastrój, intencję i niuans, jakie sobie wymarzy. W ich wykonaniu metaforyczny tekst Stratfordczyka płynie potokiem szerokiej frazy, tak swobodnie, jakbyśmy wszyscy w ten sposób formułowali myśli.

Reżyser nie pozwala na chwilę wytchnienia – ani swoim aktorom, ani swoim widzom. Trzeba podążać krok w krok za kolejnymi sytuacjami scenicznymi, by z tych urywków zdarzeń zrozumieć pełnię nowo powołanych do życia postaci. Tak wysmakowana interpretacja, drążenie i kontaminowanie, jako podstawy pracy nad dramaturgią spektaklu pochodzą jeszcze z czasów, gdy Krzysztof Jasiński przygotowywał wystawienia tekstów Stanisława Wyspiańskiego (por. słynny tryptyk: Wesele-Wyzwolenie-Akropolis). Tworzony przez niego teatr jest na wskroś nowoczesny, czerpie jednak ze źródeł czystej poezji. To w niej artyści, nie chcąc narodowo bałamucić się we współczesnych sporach, szukają materiału dla nowych kreacji. Reżyser zapowiedział już jednak gwałtowny zwrot od tej zasady. Na karnawał przyszłego roku zapowiedział premierę Kabaretu, spektaklu o tym, że w powietrzu wisi coś okropnego. Kto jednak wie, czy dzisiejsza wizja reżysera za rok będzie dalej aktualna.

Olga Śmiechowicz
Dziennik Teatralny Kraków
26 stycznia 2018

Książka tygodnia

Szekspir bez cenzury. Erotyczny żart na scenie elżbietańskiej
Wydawnictwo słowo/obraz terytoria Sp. z o.o.
Jerzy Limon

Trailer tygodnia