Wielka smuta w Starym

"Dom Bernardy A." - reż. Alejandro Radawski - Narodowy Stary Teatr w Krakowie

Dlaczego premiera "Domu Bernardy A." odbyła się o godz. 16? Pewnie dlatego, by trochę mniej widzów w jej trakcie zasnęło. Takich złośliwości po pierwszym przedstawieniu, zrealizowanym za nowej dyrekcji w Starym Teatrze, można by mnożyć i to w zasadzie byłaby najłatwiejsza rzecz do jakiej prowokuje spektakl. Tylko że tym razem nie mam na to najmniejszej ochoty.

A to z bardzo prostej przyczyny: opuszczając widownię wcale nie było mi do śmiechu. Ogarnął mnie najzwyczajniejszy pod słońcem smutek, gdyż jasno uświadomiłam sobie, co się dzieje ze sztuką, gdy zaczyna mieszać się do niej polityka. A wmieszała się ona w dniu wyboru na stanowisko dyrektora sceny Marka Mikosa. Z nadania ministerialnego miał on uciszyć emocje, jakie wywoływał teatr Jana Klaty - nowoczesny, ważny artystycznie i społecznie. I po kilku miesiącach Mikos podarował nam spektakl nie tylko zachowawczy, ale też na poziomie, który zawstydziłby przeciętny dom kultury nawet w niewielkim mieście. Ściągnięty z Argentyny Alejandro Radawski, o którym wcześniej nikt nie słyszał, w sposób bezceremonialny zaprezentował błędy warsztatowe, które studentom pierwszego roku reżyserii raczej się nie zdarzają, a jeżeli już, to szybko przestają być studentami.

Przykłady! Bardzo proszę. Zacznijmy od tekstu. "Domu Bernardy A." Federico Garcii Lorki to literatura tracąca dziś myszką. Ale bez wątpienia na tyle dobra, że można by ją ożywić, nieco przereda-gowując i wyciągając na pierwszy plan wątki, które mogą być interesujące dla współczesnego widza. Bo co tak naprawdę obchodzi nas obecnie historia wrednej wdowy z hiszpańskiej prowincji, która trzyma swoje córki w zamknięciu, co powoduje u nich coś na kształt nerwicy seksualnej, a w konsekwencji rywalizację o tego samego mężczyznę? Mnie absolutnie nic i mam wrażenie, że Alejandra Radawskiego również. A wystarczyłoby, żeby reżyser spróbował przyłożyć ten tekst do problemów, którymi żyją współczesne kobiety, do akcji #Me Too czy Czarnego Protestu, by nabrał on choć odrobinę życia.

Ale czy można aż tyle wymagać od twórcy, który tym razem jako scenograf stawia na scenie postumenty w kształcie walców, a jeden Bóg raczy wiedzieć, po co to robi? Chyba tylko po to, by pokazać, iż matka może wydrapywać się na najwyższy, córki na niższe, a służąca zostaje na ziemi. Intelektualny przekaz raczej godny przedszkola, podobnie jak oświetlanie scen dziennych reflektorami z zielonym filtrem, a nocnych z niebieskim. Zresztą za oświetlenie tego przedstawienia na miejscu grających w nim aktorek dokonałabym na Radawskim zbiorowego mordu. Na czele krwawej krucjaty powinna oczywiście stanąć tytułowa Bernarda Ewy Kolasińskiej, która w pewnym momencie jest tak oświetlona, że poszczególne części jej twarzy zaczynają przypominać jakieś dziwne zwierzątko z nadmiarem owłosienia w okolicach brwi.

O pozbawionych sensu kostiumach, idiotycznych fryzurach czy banalnej muzyce nie chce mi się nawet pisać, bo żałość aż bierze. Ale najważniejszego, czyli poziomu aktorstwa nie mogę tu pominąć. Odniosłam wrażenie, że w trakcie prób biorącym udział w tym przedsięwzięciu aktorkom nie udało się spotkać z reżyserem, więc nie miał kto ich poprowadzić, wyłuskać sensów z tego co mówią, sprowokować do dialogu, o emocjach, rytmach czy budowaniu napięcia nie wspominając. Za to mamy pięć kobiet, które podchodzą do widzów i patrząc przed siebie wypowiadają kwestie, z których nic nie wynika. C okol wiek wynika jedynie z tępego odgłosu przybijanych gwoździ do trumny, w której szczęśliwie spoczął na samym początku przedstawienia mąż Bernardy. Może dlatego, że dźwięk ten jako jedyny był zsynchronizowany z wyświetlanym na ekranie obrazem, gdyż podczas pozostałych projekcji nawet tego nie udało się reżyserowi porządnie zrobić.

A może to był zamierzony przekaz i czytelny sygnał dla widzów?

Magda Huzarska-Szumiec
Polska Gazea Krakowska
30 stycznia 2018

Książka tygodnia

Aktorki. Odkrycia
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia