Wielka "Traviata" na deskach bytomskiej Opery

"Traviata" - reż. Michał Znaniecki - Opera Śląska w Bytomiu

Tak, to pewne: spektakl "Traviaty" skrojony przez Michała Znanieckiego w Operze Śląskiej w Bytomiu nie opowiada o wielkiej, tragicznej miłości, albo nie tylko jest o wielkiej miłości, która nie może się wydarzyć, ale o wypaczonych czasach, w których żyjemy.

Czasach zakłamywanych przez sztuczny świat celebrytów, którym sterują wszechwładni menadżerowie i pieniądze, w którym żyją zwyczajni ludzie poddawani presji wymogów, którym często nie potrafią sprostać, stąd wikłają się w beznadziejne sytuacje, w uczucia, które nie mają przyszłości, ale dobrze się sprzedają na czołówkach gazet lub jako newsy internetowych portali, w którym podsyca się ciekawość i zainteresowanie życiem prywatnym, bo to cudze życie jest niedościgłe, staje się obiektem pożądania i niczym nie skrępowanych działań. Im gorzej, tym ciekawiej. Nieodłącznym elementem życia stały się media społecznościowe, w których jakże często udajemy kogoś innego, kreujemy rzeczywistość, wzbudzamy zazdrość, fałszywe zainteresowanie, chowamy prawdziwą osobowość za stworzonym obrazem samego siebie. W ten też sposób podnosimy własną samoocenę. Magiczne słowo "lajk" jest chyba najpopularniejszym i najbardziej upragnionym słowem - wyznacznikiem naszej atrakcyjności. Prywatność? Co to takiego? - niechby była najtragiczniejsza, zawsze może liczyć na "lajkowe" współczucie, na bycie zauważonym, wyróżnionym. Intymność? Miłość, choroba, śmierć - też może liczyć na łajki. Przestajemy odróżniać wykreowaną rzeczywistość od prawdziwej. Czy możliwe jest jeszcze zachowanie nieudawanej prywatności, bo czy potrafimy odróżnić ją od tej tworzonej na użytek mediów?

Kim jest dzisiejsza Violetta Valery - czy na pewno jeszcze "traviatą", czyli zabłąkaną kurtyzaną, uwikłaną w niemożliwe do spełnienia uczucie? Czas mezaliansów z czasów Verdiego minął. Kiedy Znaniecki wprowadza widzów w świat luksusu, świat haute coutur, rozkapryszonych i rywalizujących ze sobą modelek - ciał stworzonych na modłę projektanta, manekinów do prezentowania drogocennych kolekcji, w świat wielkich pieniędzy, kasyn, rozwiązłości, niczym nie hamowanych zachowań, w świat przebierańców, to czy jest w nim jeszcze miejsce na autentyczne tragedie? Fotograf - paparazzi Alfredo Germont (w tej roli pełen młodzieńczego uroku Andrzej Lampert) - jak wszyscy w tej branży poluje na sytuacje, które przyniosą mu sławę i pieniądze. Piękny, młody, niezależny - prawdziwie czy może na niby zakochany w Violetcie, jest gotów "sprawdzić" przy pomocy perfidnych zachowań prawdziwość "rzekomej" choroby Violetty, zrywając z niej różową perukę, którą włożyła na łysą głowę, kiedy chemioterapia pozbawiła ją włosów. Jednak, jak się okazało, nie udawała, by znaleźć się na pierwszych stronach gazet. A to zaczyna już być mniej ciekawe dla gazet mediów i paparazzich. Dlatego też Violetta zostaje coraz bardziej sama. Upokorzona na oczach wszystkich, na dodatek przez ukochanego, zaczyna oddalać się od swojego świata, w którym brylowała do tej pory. Po latach upajania się swą urodą, strojami, powodzeniem, stacza się na samo dno człowieczeństwa, a jej jedynym pocieszeniem staje się kroplówka i zerkanie przy pomocy Skypa na ukochanego Alfreda, a ukojenie przynosi szpitalne łóżko. Bo Traviata Znanieckiego nie umiera w zaciszu swojego buduaru ale na sali szpitalnej, jako "jedna z" jest jednym z przepadków, jednostek, chorych na raka. Dramatyczna scena, w której łóżko Violetty zostaje jednym pociągnięciem prześcieradła zamienione w pokryty czarną materią katafalk, a ona skulona jak embrion, cierpiący kawałek ciągle żyjącego człowieka, zostaje odarta z godności, to nie tylko najbardziej wzruszający moment finału, ale najbardziej sprowadzający widzów ze świata ułudy na ziemię. Prawda, którą reżyser serwuje odbiorcom jest okrutna, ale jakże prawdziwa. Nawet śmierć jest atrakcyjna, jeśli można ją wykorzystać dla popularności, ale nie trwa to zbyt długo, bo "lajkujący" i miłośnicy atrakcyjnych selfie szybko się nudzą i potrzebują kolejnych podniet (świetna scena z tłumem prześcigającym się w robieniu zdjęć smartfonami). Prawdziwa śmierć jest samotna. Gesty i ruchu powtarzane przez cienie Violetty czyli inne chore kobiety na raka, ułożone na łóżkach nieopodal niej, potwierdzają starą prawdę o równości wobec śmierci - niezależnie od statusu społecznego i majątkowego, wszystkich dotyka tak samo. Czy łatwiej umierać w objęciach ukochanej osoby? Pewnie tak, ale Violetta już się o tym nie dowie. Pozostaje sama. Zresztą Alfred choć pogrążony w smutku, chyba nie do końca wie, że jego miejsce powinno być przy kochającej go Violettcie. Więcej współczucia okazuje jego ojciec Giorgio (znakomity Stanisław Kuflyuk), który -najpierw nieświadomy tragedii Yioletty - stworzył postać tragiczną i przejmującą.

No i finał "Traviaty" - szybko nasunęło się pytanie, jak wybrnie Znaniecki z tej dramatycznej sytuacji, kiedy główna bohaterka spoczywa na łóżku - katafalku. Scena żałoby okazała się wielkim finałem. To prawdziwy pogrzeb, bez uśmiechu, bez - jak to zwykle bywa - zamaszystych gestów, ukłonów.

Jest więc w mojej ocenie najnowsza "Traviata" w bytomskiej Operze spektaklem o śmierci, bo nawet szampańskie "Libiamo me lieti calici" ("Więc pijmy za miłość") w świetle błyszczącej za oknem paryskiej Wieży Eiffela wydaje się nieco karykaturalne wobec pięknej, przejmującej "Prendi, queste Timaghi Tiagine" w wykonaniu Violetty. Bo finałowa scena w szpitalu wywraca dotychczasowe nasze wyobrażenia o "Traviacie", jako operze o tragicznej, niemożliwej miłości. Pozostaje jednak dziełem na wskroś werystycznym - lecz nie opisującym czasy bliskie jej twórcy, lecz współczesnego reżysera i dzisiejszego odbiorcy.

Dramatyzmu bytomskiej "Traviacie" dodaje wspaniała pod każdym względem odtwórczyni partii Violetty - Joanna Woś: piękny sopran, perfekcja wykonania a także predyspozycje aktorskie pozwoliły jej na stworzenie wybitnej kreacji - od kobiety wyniosłej, pełnej radości życia, zakochanej w pięknym paparazzi po skamlającą o okruch miłości i życia ludzką drobinę. Wielka rola tej znakomitej śpiewaczki! Wtórowali jej równie znakomicie wykonując powierzone im zadania Andrzej Lampert (Alfredo) i Stanisław Kuflyuk (Giermont). Trzeba też wspomnieć o Annie Boruckiej w partii Flory, Tomaszu Dziwiszu w roli Gastona de Letorieres czy Anilinie - Annie Noworzyn-Sławińskiej i Kamilu Zdeblu jako Douphofu. Ponadto w spektaklu wystąpili Bogdan Kurowski (doktor Grenvil), Michał Bagniewski (kamerdynaer) i Wojciech Paczyński (posłaniec). Kierownictwo muzyczne spektaklu sprawował perfekcyjnie i niezawodnie Bassem Akiki.

Całość wspomagała interesująca scenografia - zwłaszcza przestrzenna architektura wnętrza sali balowej, która optycznie poszerzała skromną przestrzeń bytomskiej sceny. Atutem spektaklu są też kostiumy - kolekcje modowe prezentowane w poszczególnych częściach spektaklu - od dominującej w pierwszym akcie czerwieni, poprzez biel i czerń. Podobnie balet wspomagany tancerzami z kieleckiego Teatru Tańca znakomicie na swój sposób komentował poszczególne sceny dramatu. Taniec w końcowej partii przerodził się w kłębowisko tragicznych postaci, które mają dość udawania kogoś innego niż są w rzeczywistości i zrzucają z siebie wszystkie tego oznaki. Bo żadna sztuczność nigdy nie będzie w stanie udawać prawdziwego życia, bo ono nie toczy się na ekranie monitora, na zdjęciach pospiesznie wykonywanych i wrzucanych do otchłani, jaką jest sieć Internetu. W chwili prawdziwej tragedii pozostajemy sami ze sobą - a to najtrudniejszy w obliczu śmierci egzamin z życia dla prawdziwie bliskich osób.

Wiesława Konopelska
Śląsk
8 lutego 2019

Książka tygodnia

W trzech zdaniach. Notatki z lat 2018-2019
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski

Trailer tygodnia

„Viva La Mamma" - reż....
Roberto Skolmowski