Wielością dramatów Edith Piaf można by obdzielić nie jedno życie

Rozmowa z Janem Szurmiejem

Każda inscenizacja jest inna ze względu na energię zespołu, na osobowość wcielającej się w Piaf aktorki, a i ja wprowadzam nowe pomysły inscenizacyjne. W spektaklu z Zielonej Góry zbudowałem taką klamrę odwołującą się do piosenki Piaf „Brawo dla klauna". A jest i epilog, rodzący na widowni łzy. Pewnie otrę się o megalomanię, ale dodam, że nie było spektaklu, którego nie kończyłaby owacja na stojąco.

Z Janem Szurmiejem, reżyserem spektaklu Piaf" w Lubuskim Teatrze w Zielonej Górze, rozmawia Wacław Krupiński z Dziennika Polskiego.

Wacław Krupiński: Jak policzyłem, spektakl „Piaf" reżyserował Pan już osiem razy, tyle samo, ile najbardziej z Panem kojarzonego „Sztukmistrza z Lublina".

Jan Szurmiej: - To tylko w Polsce; ponadto wystawiłem „Sztukmistrza..." przed ośmiu laty w Tel Awiwie, w Idishpiel Theatre, i to w jidysz, języku, w jakim napisał swą powieść Singer. Dostałem za tę inscenizację izraelskiego Oscara za najlepszy spektakl.

Za „Sztukmistrza..." z 1986 roku, od którego zaczynał Pan pracę reżysera, też zebrał Pan nagrody - Złotą Statuetkę Fredry za najlepszy spektakl roku we Wrocławiu i Grand Prix na festiwalu w Geottingen.

- A zaczynałem, co zawsze podkreślam, dwa lata wcześniej od współreżyserii „Skrzypka na dachu" w Teatrze Muzycznym w Gdyni, którą zaproponował mi Jerzy Gruza. To Jurek otworzył mi drogę do kariery reżysera.

Lubi Pan wracać do tych samych tekstów?

- Wymuszają to na mnie głównie dyrektorzy teatrów. Widząc, że dany spektakl jest hitem, proponują kolejną realizację, bo to zmniejsza ryzyko artystyczne, a tym samym także finansowe. Mój „Skrzypek na dachu" grany jest w Teatrze Muzycznym w Łodzi już 19. sezon.

Pan, syn legendarnego dyrektora Teatru Żydowskiego, Szymona Szurmieja, związki z tą kulturą ma oczywiste. A co spowodowało, że sięgnął Pan po sztukę Pam Gems o Piaf?

- Byłem wtedy dyrektorem dwóch teatrów jednocześnie - Operetki Dolnośląskiej we Wrocławiu, której zmieniłem formułę na teatr muzyczny i przywróciłem przedwojenną nazwę Capitol, oraz Operetki Warszawskiej, w której również poszerzyłem formułę o wszystkie gatunki muzyczne. I tak, kursując pomiędzy Wrocławiem a Warszawą, dostałem propozycję z Teatru im. Jana Kochanowskiego w Opolu, by zrealizować w nim spektakl. I wbrew panującej w Polsce tendencji, że w teatrze dramatycznym nie wypada wystawiać musicali, zaproponowałem „Piaf". Przecież prapremiera tej sztuki odbyła się w Royal Shakespeare Company. Kilka miesięcy później, w tym samym 1993 roku, powtórzyłem „Piaf" w kierowanej przez siebie Operetce Warszawskiej, gdzie w tytułową postać także wcielała się Agnieszka Matysiak.

O powodzeniu tej sztuki decyduje w dużej mierze właśnie aktorka grająca Piaf. Pan zawsze szczęśliwie dobierał wspaniałe odtwórczynie.

- Faktycznie, to były i są znakomite aktorki. I wspomniana już Agnieszka Matysiak, i następnie: Bożena Krzyżanowska, Justyna Szafran, Anna Sroka, Dorota Lulka, wreszcie, w Zielonej Górze, Anna Haba, która zaczynała u mnie w „Ani z Zielonego Wzgórza". Ma wspaniałe warunki; drobniutka, ale tak frapująca i tak energetyczna, że kiedy wchodzi na scenę, jej talent natychmiast rozbłyska i skrzy się przez trzy godziny. Wróżę Ani dużą karierę.

I też nierzadko były to role nagradzane.

- Bo do tej roli trzeba mieć wspaniałe warunki, i wokalne, i aktorskie. Przecież ta rola obejmuje życie Piaf od młodości aż do śmierci, a zatem wymaga wielkiej metamorfozy fizycznej i psychicznej, bo tak układał się tragiczny los tej artystki. Umierała w wieku niespełna 48 lat, schorowana, po wielu operacjach, uzależniona od narkotyków, alkoholu... A wielością jej dramatów można by obdzielić nie jedno życie.

Tragedią największą była śmierć wielkiej miłości Piaf, Marcela Cerdana, boksera, który zginął w katastrofie samolotowej.

- Oczywiście leitmotiv tej miłości powraca w spektaklu, ale również chcemy pokazać problem szerszy - samotności wielkich gwiazd, immanentnie wpisany w kulturę świata; ileż jest przykładów, jak choćby Marylin Monroe...

To jej mąż, Arthur Miller, mówił, iż „sława jest formą samotności".

- Bo te gwiazdy jakże szybko spalają się... Chorują na potrzebę wielkiej miłości, której zaznają co najwyżej raz w życiu, a kiedy skończy się, i one gasną przedwcześnie.

Co, Pana zdaniem, jest atutem tej sztuki?

- Niesamowita energia. I sama biografia Piaf, która jakże szybko weszła na ring życia i musiała walczyć.

- I pewnie jej nieśmiertelne piosenki.

Na Zachodzie wystawiano „Piaf" w języku danego kraju, ale piosenki zostawiano po francusku,. Ja postanowiłem, że będą śpiewane po polsku, z nowymi, świetnymi tekstami Andrzeja Ozgi.

Dużo jest tych piosenek?

Kilkanaście, poza tym za zgodą Pam Gems wprowadziliśmy z Andrzejem Ozgą piosenki artystów, którzy w spektaklu spotykają się z Piaf - Marleny Dietrich, Yvesa Montanda, któremu w karierze Piaf ogromnie pomogła, Charlesa Aznavoura...

Od pierwszej Pana inscenizacji „Piaf" w Opolu współpracuje Pan z Andrzejem Zaryckim.

- Ten wybitny krakowski kompozytor był wtedy kierownikiem muzycznym Teatru im. Kochanowskiego i nie tylko opracował wspaniałe aranżacje piosenek, ale również napisał piękną, metafizyczną akordeonową muzykę, która w filmowy sposób towarzyszy nam w spektaklu, oddając upływ czasu. I tak dzięki „Piaf" nasza zawodowa przyjaźń z Andrzejem trwa.

Ostatnia inscenizacja, w Teatrze Lubuskim, też dostała nagrody.

- Skoro zachęca Pan, bym się pochwalił, to powiem, że została spektaklem roku, że nagrodziła ją publiczność, a tytułowa rola przyniosła Ani Habie uznanie i popularność.

W ciągu tych lat Pana „Piaf" bardzo się zmieniła?

- Każda inscenizacja jest inna ze względu na energię zespołu, na osobowość wcielającej się w Piaf aktorki, a i ja wprowadzam nowe pomysły inscenizacyjne. W spektaklu z Zielonej Góry zbudowałem taką klamrę odwołującą się do piosenki Piaf „Brawo dla klauna". A jest i epilog, rodzący na widowni łzy. Pewnie otrę się o megalomanię, ale dodam, że nie było spektaklu, którego nie kończyłaby owacja na stojąco. Pewnie dlatego te moje „Piaf" są potem grane latami, jak inscenizacja z Gdyni, której premiera odbyła się w roku 2005.

„Piaf" zostanie zagrana w Centrum Kongresowym na rzecz Stowarzyszenia Krakowski Komitet Zwalczania Raka, i nie będzie to Pana pierwszy z nim kontakt.

- Zaproszony przez jego dyrektorkę, panią Magdę Chuderską, gościłem w Krakowie już w roku 2015, biorąc udział w wieczorze poświęconym mojemu ojcu, który odszedł rok wcześniej. Muzykę żydowską prezentowali wtedy młodzi artyści z Rzeszowa. Bardzo podziwiam działalność tego stowarzyszenia i jego zaangażowanie w niesienie pomocy osobom doświadczonym przez tę chorobę. Dlatego chętnie wspieram tego typu akcje, licząc zawsze, że przyjdzie na spektakl maksymalnie dużo osób, co wpłynie na wysokość kwoty, jaka zasili konto stowarzyszenia.

Zdradzi Pan, nad jakim nowym projektem obecnie Pan pracuje?

- Z grupą zaprzyjaźnionych scenografów przygotowujemy inscenizację inspirowaną postacią i twórczością Bruno Schulza, którego okrągłe rocznice urodzin i śmierci przypadną w tym roku. Mam nadzieję, że nasz wizyjny, oniryczny spektakl będzie mógł wystawić właśnie Lubuski Teatr im. Leona Kruczkowskiego, a ja będę miał znów okazję do pracy z tym świetnym zespołem.

___

Bilety na „Piaf" Spektakl „Piaf" zostanie pokazany w Centrum Kongresowym ICE w sobotę, 11 lutego, o godz. 17.00. Bilety - cegiełki do nabycia na www.eventim.pl oraz w INFO KRAKÓW ul. św. Jana 2, plac Wszystkich Św. 2 i Centrum Kongresowe

 

Wacław Krupiński
Dziennik Polski
19 stycznia 2017
Portrety
Jan Szurmiej

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia