Wierność i piękno

"Zbrodnia i kara " - reż. Małgorzata Bogajewska - Teatr im. Aleksandra Fredry w Gnieznie

Teatr karmi się literaturą i bywa, że literatura okazuje się niestrawna albo ciężkostrawna, a teatr kompletnie sobie z nią nie radzi. Bywa, że to nie problem materii literackiej, a reżysera, który wierzy, że łatwo przełożyć język powieści na język dramatu. Z tego powodu adaptacje są chyba trudniejsze niż realizowanie tekstu napisanego od zera przez dramaturga dla konkretnego zespołu i konkretnej sceny. Niemniej arcydzieła zawsze są kuszące - i tak "Zbrodnia i kara" Fiodora Dostojewskiego, powieść wprost kanoniczna, skusiła Małgorzatę Bogajewską i zespół Teatru im. Aleksandra Fredry w Gnieźnie.

Bogajewska jest także autorką adaptacji powieści i dramaturgiem widowiska. Na uwagę zasługuje więc fakt, że ze sceny nie padają żadne słowa, które pochodziłyby spoza oryginalnego tekstu. Nie ma tu w ogóle jakże ostatnio modnych, dopisanych monologów, odniesień do obecnej sytuacji społeczno-politycznej. Powieść Dostojewskiego jest czymś więcej niż tylko pretekstem dla rozważań - jest materią twórczą. W adaptacji zachowane zostają wszystkie najistotniejsze wątki, brakuje wyłącznie postaci Lizawiety, zamordowanej razem z Aloną Iwanowną, pominięto też końcowe partie powieści dotyczące katorgi i ostatecznej przemiany Raskolnikowa. Skróty te pozostają jednak bez wpływu na rozumienie treści, Bogajewska nie tylko szanuje Dostojewskiego, lecz także utrzymuje spektakl w równym, choć niespiesznym tempie, umiejętnie rozkłada punkty napięcia. Przedstawienie trwa aż trzy godziny, ale mimo tego udaje się uniknąć dłużyzn.

W roli Raskolnikowa obsadzono debiutanta, studenta PWSFTViT - Wojciecha Lato. To bardzo ryzykowny krok - w inscenizacji Bogajewskiej Raskolnikow niemal wcale nie schodzi ze sceny, prowadzi długie monologi, buduje dookoła siebie właściwie cały spektakl. Kiepska gra mogłaby więc rozłożyć cały spektakl, tak się na szczęście nie dzieje, ale młodemu aktorowi brakuje pewnego pogłębienia psychologicznego, większego zróżnicowania emocji. Zgodnie z programem spektaklu i materiałami publikowanymi przez teatr Raskolnikow ma być osobą zagubioną w świecie i w swoich wizjach, nie umiejącą sprostać wizji, która mu towarzyszyła. W istocie Lato zdradza czasami oznaki zagubienia między wątkami, wynikają one jednak raczej z trudności, jakie nastręczać może czysto psychologiczna interpretacja dramaturgiczna.

Kluczem jest tutaj bowiem psychologia. Pozostałe postaci prezentują więc także pogłębione emocje, choć nie są w tym jednorodne. I tak Mariusz Saniternik (w roli gościnnej) grający Swidrygajłowa ma w sobie rys komiczny, wręcz rubaszny. Martyna Rozwadowska jako Marmieładowa buduje z kolei przejmujący obraz szaleństwa i rozpaczy, potęgowany przez towarzyszące jej sine lalki, wyobrażające dzieci. Porfiry w wykonaniu Wojciecha Kalinowskiego to śliski typ, nieprzyjemny, ma wyraźną przewagę emocjonalną nad rozdygotanym już Raskolnikowem.

Próżno szukać odniesień bardzo aktualnych, ale paradoksalnie to tylko podkreśla uniwersalność Dostojewskiego. Stroje, klasyczne w kroju, mogą przywodzić na myśl realia rosyjskich mieszczan drugiej połowy XIX wieku, ale już scenografia niesie znacznie szersze konteksty - nad przestrzenią gry góruje rama kształtem przypominająca dom, wskazuje ona na rozpad tradycyjnie pojmowanego domu, rodziny, międzyludzkich relacji. Wszyscy stąpają po białym puchu przypominającym śnieg, ale też relatywizm moralny - pod nim Raskolnikow chowa siekierę, a Marmieładow wódkę. Spektakl Bogajewskiej jest więc bardzo rzetelny, bardzo klasyczny, ale nie jest to w żaden sposób wadą. Przeciwnie - rzadko w polskim teatrze, niekiedy opętanym wprost manią dekonstrukcji, zdarzają się tak wierne i piękne adaptacje.

Ewelina Szczepanik
Teatr dla Was online
26 kwietnia 2016

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia