Wieś Warszawa śpiewa i tańczy

Op!era Folk Festival - Opera i Filharmonia Podlaska w Białymstoku

Jeśli o jakimś polskim zespole można powiedzieć, że jest naprawdę znany na całym świecie, od Meksyku po Japonię, to właśnie o Kapeli ze Wsi Warszawa. Jeśli jest jakiś polski zespół, który w USA nie gra dla Polonii, tylko dla Amerykanów zafascynowanych brzmieniem, które do tej pory kojarzyli najwyżej z Karaibami, albo Dalekim Wschodem, to jest to właśnie Kapela ze Wsi Warszawa. W piątek będzie gwiazdą koncertu w amfiteatrze, w ramach HalfWay Festival - Op!era Folk Festival.

Dowodzą, że jest w polskiej muzyce ludowej absolutnie wszystko: jazz, blues, punk rock, reggae, a nawet hip-hop. Nie tylko najtańszy pop, czy broń Boże kawałki w rodzaju „Majteczki w kropeczki”, albo „Wolność i swoboda”. Nie boją się sięgnąć do korzeni tej muzyki. Mógł to oczywiście zrobić każdy, warunek był tylko jeden, nie można tych korzeni szukać w okolicach Cepelii, która sztukę ludową całkowicie zinfantylizowała, ani w skansenach, jakimi są od dawna tzw. zespoły ludowe. Kapela ze Wsi Warszawa miała odwagę, żeby to zrobić i okazało się, że to muzyka, która ciągle pulsuje życiem.

Na scenie uwodzą temperamentem, energią, agresywnym rytmem bębnów i absolutnie wariackim tempem skrzypiec, ale przede wszystkim magnetycznymi głosami wokalistek, operujących tzw. śpiewem białym tak, jakby niczego innego przez całe życie nie robiły. Nie mizdrzą się do słuchaczy jak dziesiątki zespołów, które grają ludową muzykę tak, żeby nikt nie miał wątpliwości, że to tylko tak… dla pieniędzy, bo naprawdę stworzeni są do rzeczy wyższych. Muzycy Kapeli są w polskim (przede wszystkim mazowieckim) folku zakochani i nie kryją tego.

Swoją muzyką wpisali się w popularność nurtu world music. Grają na największych festiwalach tej muzyki na świecie i w najbardziej prestiżowych salach koncertowych. Już zrobili dla polskiego folku tyle dobrego co Oskar Kolberg, ożywiając na powrót muzykę skazaną na zapomnienie, a są na najlepszej drodze, żeby dla jej popularyzacji na świecie zrobić równie wiele dobrego co Fryderyk Chopin.

Uwodzą nawet swoją nazwą. Ten (ta?), kto wpadł na pomysł, żeby nazwać zespół Kapela ze Wsi Warszawa, jednym precyzyjnym zdaniem nazywając to co robią, a jednocześnie ironią rozbrajając wszelkie antywarszawskie grymasy, był geniuszem. Ale na świecie Kapela robi karierę jako Warsaw Village Band. To jeszcze jeden dowód, że na sukces zapracowali ciężką i uczciwą praca. Bo angielska nazwa nie ma nawet cienia tego wdzięku, co Kapela ze Wsi Warszawa.

Wystąpią wespół zespół, z serbską grupą wokalną Constantine rodem z miasta Niš (ma w repertuarze etno, pop, rock, jazz, a także muzykę filmową) oraz z orkiestrą Opery i Filharmonii Podlaskiej.  Repertuar jest tak ułożony, że o relaksacyjnym wieczorze możemy zapomnieć. Jeżeli na początku jest trzęsienie ziemi czyli Taniec Węgierski nr 5 Brahmsa, a potem napięcie rośnie – o co zadbał Bela Bartók z Rumuńskimi Tańcami Ludowymi i Wojciech Kilar, komponując niezwykle żywiołową, inspirowaną góralską kapelą Orawę na orkiestrę kameralną –  melomani mogą być pewni, że czekają ich gorące momenty.  Szczególnie kiedy orkiestra zagra Rytualny Taniec Ognia z  baletu „Miłosne czary” Manuela de Falli.  Kompozytor dbał o to, żeby wtapiać podstawowe cechy muzycznego folkloru Hiszpanii w swoje kompozycje. 

Fabułę do libretta baletu "El amor brujo" (1915 rok) zaczerpnął z cygańskiej legendy, a altową wokalną partię pisał dla cygańskiej śpiewaczki i tancerki Pastory Imperio. Będzie o miłości – ona kocha jego, on kocha ją, ale potem pojawia się ten trzeci, a nawet ta czwarta – więc musi być gorąco.

Beata Maciejewska
Materiały OiFP
30 czerwca 2012

Książka tygodnia

Straszny Dwór, czyli sarmackie korzenie Niepodległej
Państwowy Instytut Wydawniczy
Jacek Kowalski

Trailer tygodnia