Wigilie i sylwestry Andrzeja Grabowskiego

rozmowa z Andrzejem Grabowskim

ANDRZEJ GRABOWSKI nagrał pod choinkę debiutancki album "Mam prawo czasami banalnie". Rozmawia na niej z Bogiem, a Jackowi Cieślakowi opowiada w Rzeczpospolitej o swoich wokalnych wpadkach.

Rz: Ulega pan jeszcze magii Bożego Narodzenia?

Andrzej Grabowski: To czas, kiedy tęsknię za dzieciństwem. Im jestem starszy - tym bardziej. Za domem rodziców, za bliskimi, bo się porozjeżdżali albo odeszli. Za dobrym miesiącem grudniem, który zaczynał się od Mikołaja. Moje dzieciństwo przypadło na koniec lat 50., dlatego święta miały specjalny smak - wyjątkowo dobrego jedzenia, którego brakowało przez cały rok. Chociażby szynki.

Uśmiecha się pan.

- Do czekoladowych cukierków, bo nie jadłem ich na co dzień. Dania wigilijne można wykonać i dziś, ale człowiek dorosły odczuwa inaczej. Pozostały wspomnienia. Zawsze są piękniejsze od rzeczywistości.

Jak pan spędzi tegoroczne święta?

- Będzie Wigilia, może pójdę na pasterkę, jak dotrwam. A potem siedzenie przy stole. Niestety. I czekanie, aż się skończy jedzenie bez końca. Myślenie, żeby przyszedł powszedni dzień. Może to się zmieni, jak urządzę pierwszą Wigilię w moim drewnianym domu, który buduję. A może znowu się rozczaruję?

Zawsze może pan się pocieszyć piosenką "Rozmowa z Bogiem" z debiutanckiej płyty. Jaka to rozmowa?

- To jedyny mój tekst na płycie i pewnie rozmawiam z Bogiem tak jak wszyscy. Dla jednych to jest Jezus, dla innych Allah, Jahwe albo Demiurg. Osobiście staram się wierzyć w Pana Boga katolickiego. Lubię o nim rozmawiać z księżmi, wśród których mam wielu przyjaciół. Sam byłem pilnym ministrantem i chciałem zostać osobą duchowną, ale jak dojrzałem - zmieniłem zainteresowania. Bóg też się zmienia w zależności od księdza, z którym się rozmawia. Ksiądz Tischner powiedział, że nie zna nikogo, kto by stracił wiarę po przeczytaniu Marksa i Engelsa, a są tacy, którym się to przytrafiło po kazaniu proboszcza. Sam też nie jestem ideałem. Pamiętam moją rozmowę z dominikaninem, profesorem Kłoczowskim. Wyznałem, że nie chodzę do spowiedzi, ponieważ są grzechy, których nie żałuję, a przecież to jest warunek rozgrzeszenia. Zmartwił się i na drugi dzień przekazał mi przez znajomą następującą wiadomość: jeżeli żałuję, że nie żałuję - to już jest dobrze!

A cieszy pana sylwester?

- Tak jak kochałem święta, sylwestra nie lubiłem nigdy. Zawsze się dziwiłem, dlaczego ludzie tak bardzo się cieszą, że są o rok starsi. Sylwester to zabawa na rozkaz: proszę się weselić! Melduję, że nie potrafię! Jeżeli zdarzyła się udana zabawa, to nie ze względu na pożegnanie z rokiem, tylko dlatego, że znalazłem się w fajnym gronie.

A muzyka nie poprawiała panu humoru?

- Nie. Zawsze denerwowało mnie wielkie zbiorowisko ludzi nieznanych, tańczących, spoconych, obściskujących się. W idiotycznych kapelusikach i czapeczkach. To nie mój kostium.

A jakiej słuchał pan muzyki poza salą balową?

- W dzieciństwie The Beatles, The Rolling Stones, Czerwonych Gitar i Czesława Niemena. Głównie z radia, bo w mo-jej rodzinnej Alwernii nie było sklepu płytowego. Na studiach w Krakowie polubiłem Wysockiego i Okudżawę.

To są klimaty z pana płyty.

- A lubię też Paola Contego, Toma Waitsa, Leonarda Cohena.

Jaka była pana pierwsza płyta?

- Słuchałem namiętnie pocztówek, które produkował ojciec kolegi - "Je t\'aime" Jane Birkin, Dalidy, Freda Buscaglione. I wie pan Wstyd mi mówić

Panu wszystko wybaczą!

- Jak powiem, że lubię muzykę klasyczną - ludzie i tak mi nie uwierzą.

Dlaczego?

- To wpływ Ferdynanda Kiepskiego na odbiór mojej osoby. A przecież lubię Mozarta, Haydna, Janačka i Strawińskiego. Byłem członkiem eksperymentalnego teatru MW2, który grał niezwykle trudną muzykę konkretną - Cage\'a, Ramireza, Schaeffera i Kaczyńskiego. Występowałem ja, a także Jan Peszek, mój brat Mikołaj, Andrzej Kierc.

Chodzi pan na koncerty?


- Jestem zbyt zajęty, a poza tym boję się tłumu. Zaczepiają mnie, oczywiście w związku z Ferdkiem. Wtedy bywam niemiły. Potem tego żałuję, bo cóż ludzie są winni, jak nie rozumieją filmu.

Na szczęście nie wszyscy.


- To prawda. Pokazuję polskie wady - ksenofobię, pijaństwo, obżarstwo, głupotę, i ludzie się z tego śmieją. Z samych siebie się śmieją. I to jest cenne w narodzie, jeśli zna swoje największe przekleństwo opisane przez Norwida: "Polak jest olbrzym, a człowiek w Polaku karzeł".

Pan nie ma powodu czuć się aktorskim karłem. Kiepski to świetna rola.

- Zdarzają się chwile satysfakcji. W "Bożych skrawkach" Jurka Bogajewicza grałem z Dafoe. Pierwszego dnia rozmawiałem z wielkim Willemem Dafoe. Ale drugiego dnia był już zwykłym Willemem i tyle. Podczas przerwy w Nowym Sączu zobaczyliśmy, jak grupa statystów biegnie w naszą stronę z notesikami po autografy. Odsunąłem się, myśląc, że do Willema. A oni do mnie. Dafoe zauważył: "Musisz tu być sławny". Powiedziałem, żeby obejrzał w telewizji "Kiepskich". Obejrzał i wyznał: "Nic z tego nie zrozumiałem, ale śmiałem się cały czas"

Przekroczył pan barierę dźwięku niczym Chaplin. A nie brak panu teatru?

- Pamiętam czas, kiedy był tylko teatr. Nie zapraszano mnie do telewizji i do filmu. Teraz jest inaczej. Ale nie zrezygnowałem ze sceny. Niedługo znowu będę grał w Teatrze im. Słowackiego główną rolę w "Chorym z urojenia" Moliera. Jednak nie chcę niczego robić na siłę. Miałem propozycję zagrania króla Leara w krakowskim Teatrze STU. To jest marzenie aktorów. Ale mieszkam w Warszawie, a rola trudna i fizycznie wyczerpująca. Zaczęliśmy nawet próby z Krzysztofem Jasińskim, potem doszedłem do wniosku, że przy moim braku czasu - nie dam rady. Przecież nie występuję tylko w serialach. Prowadzę razem z poetką Agnieszką Wolny-Hamkało program "Hurtownia książek" w Jedynce.

Kiedy?


- W sobotę o godz. 8.30, ale można nagrywać albo oglądać na portalu TVP. To dla mnie wyzwanie. Przez dwa tygodnie muszę przeczytać sześć książek. Polecić lub odradzić. Na święta polecam "Drogę" Cormaca McCarthy\'ego, "Aleję Niepodległości" Krzysztofa Vargi oraz "Balladyny i romanse" Ignacego Karpowicza o niebie, w którym jest Facebook, kebab oraz takie pary jak Jezus i Atena.

Czy udział w zeszłorocznym koncercie na gdańskim Targu Węglowym "Jest dobrze - piosenki niedokończone" Himilsbacha i Maklakiewicza był pana estradowym debiutem?

- Tak. Miałem jedną próbę i wywaliłem się wokalnie kilka razy.

Teraz, promując recitalem w Warszawie debiutancką "Mam prawo czasami banalnie", dmuchnął pan w alkomat i pokazał, że jest pan czysty. Dlaczego?


- Bo wielu internautów napisało, że Grabowski śpiewa na wspomaganiu. Chyba mnie nie lubią, a alkomat wykazał 0,00 alkoholu. Mówiąc serio, też czułem ogromny stres, wykonując nowe piosenki z pięknymi tekstami Jana Nowickiego, Jana Wołka, Andrzeja Poniedzielskiego i Krzysztofa Nowaka. Pozostałe zaproponował Krzysiek Niedźwiecki, kompozytor muzyki różnorodnej - bluesa, reggae, rapu i tanga.

Jacek Cieslak
Rzeczpospolita
28 grudnia 2010

Książka tygodnia

Wybór poezji
Wydawnictwo Ossolineum
Zbigniew Herbert

Trailer tygodnia