Wilczyca na tropie nowych wyzwań

Rozmowa z Iwoną Bielską

- W życiu jest wiele bardzo ważnych rzeczy. Oczywiście zawód, który się uwielbia i wykonuje z pasją też, ale liczy się rodzina, dom, psy, zdrowie, przyroda, świat, w którym żyjemy - przekonuje Iwona Bielska, wybitna aktorka teatralna i filmowa, nagrodzona Orłem za rolę Wojnarowej w "Weselu" Wojciecha Smarzowskiego.

Pani Iwono, gdzie pani teraz jest?

- W swoim warszawskim mieszkaniu. Szykuję się do wyjścia na spotkanie towarzyskie. W czwartek i w piątek mam zdjęcia do serialu. Jednocześnie jesteśmy teraz z mężem Mikołajem Grabowskim w trakcie prób do "Operetki" Gombrowicza, którą robimy w prywatnym teatrze IMKA Tomka Karolaka.

Na co dzień jednak mieszkają państwo w Rudnie, ale tym małopolskim. Bo jest jeszcze Rudno niedaleko Ostródy.

- Jest kilka miejscowości o podobnej nazwie. Do Rudna - przepięknej podkrakowskiej wsi - przeprowadziliśmy się kilkanaście lat temu. Znaleźliśmy swoje miejsce na Ziemi, nasz raj.

Dlaczego zdecydowali się państwo przeprowadzić na wieś?

- Myśmy zawsze marzyli, żeby uciec z Krakowa. W latach 80. panowała obsesja czystego powietrza. Mówiło się, że usytuowany w niecce Kraków jest zadymiony. Ponieważ chcieliśmy mieć dziecko, świeże powietrze bez smogu i niebezpiecznych związków stało się dla nas bardzo ważne. Kiedy udało nam się w końcu wybudować dom na wsi, okazało się, że syn jest już dość duży (śmiech), ale bardzo się cieszył z przeprowadzki. Codziennie rano, budząc się w Rudnie, dziwimy się, że udało nam się coś takiego stworzyć. Okoliczności przyrody są nadzwyczajne. Dom stoi w środku lasu, Z okien widzimy ruiny XIII-wiecznego zamku... Bajkowe miejsce.

Łatwo pewnie nie było, zważywszy, że godzą państwo życie prywatne z bogatym życiem zawodowym.

- Nasze życie prywatne splata się z życiem zawodowym. Większość spektakli przygotowujemy razem i najczęściej gram w sztukach, które reżyseruje mój mąż. Najmniej występowałam u niego, kiedy przez 10 lat był dyrektorem Starego Teatru w Krakowie. Z całą pewnością potrafimy wspólnie wieść to życie.

Urodziła się pani i wychowała w Łodzi. Niedawno odwiedziłam to miasto. Oglądałam murale artystów z Polski i zagranicy. Chociaż akcja jest świetna, samo miasto nie zrobiło na mnie najlepszego wrażenia. A jak pani wspomina dzieciństwo w Łodzi?

- Mam wspaniałe wspomnienia, ale mniej wiążę je z samym miastem, a bardziej z ludźmi, których zachowuję w pełnej miłości pamięci: z dziadkami, rodzicami, przyjaciółmi ze szkoły... Mimo że w Łodzi spędziłam mniejszą część swojego życia, sentymentalnie do niej wracam. Kiedyś nie była tak przykra. Chociaż wszystkie miasta w Polsce były do siebie podobne, jednakowo komunistycznie smutne. Ku mojemu zmartwieniu, teraz Łódź bardzo odstaje. Wydaje mi się, że jej degradacja postępuje w zastraszający sposób. Swego czasu odrestaurowano ulicę Piotrkowską, przeniosło się tam życie, ale po remoncie Manufaktury Piotrkowska znowu podupadła. Bezrobocie i stopień chorób społecznych typu alkoholizm występują tam pewnie na większą skalę niż w Warszawie. To bardzo przykre.

Pamiętam spacery z dziadkiem przez park Poniatowskiego. Wisiał tam wielki, zbudowany z monumentalnych liter napis: Niech żyją wlókniarki łódzkie - awangarda przemysłu lekkiego. Rzeczywiście, wtedy było to miasto, w którym kobiety pracowały, mężczyźni może rzadziej, a w tej chwili zdaje się nie pracują ani kobiety, ani mężczyźni... Dochodzą do mnie głosy, że rozwija się jakaś strefa ekonomiczna pod Łodzią, ale samo miasto powoli umiera. Kiedy od czasu do czasu je odwiedzam, to widzę, że zakątki położone z dala od centrum nic się nie zmieniły, odkąd Łódź opuściłam.

No i włókniarką pani jednak nie została...

- Nigdy nie marzyłam o włókniarstwie (śmiech). Nie było takiej tradycji w rodzinie i miałam raczej humanistyczne zainteresowania.

Dlaczego chciała pani zostać aktorką?

- Decyzję podjęłam jako dorosła osoba, bardzo siebie świadoma. Nie byłam dzieckiem, które się przebiera i marzy o występach na scenie. Zrozumiałam, co sprawia mi przyjemność w liceum, kiedy zajmowałam się pisaniem i reżyserowaniem akademii szkolnych. Okazało się, że bezpośredni kontakt z odbiorcą jest sposobem komunikacji, który najbardziej mnie interesuje. Recytowane przeze mnie słowa lub śpiew wywołują pewną reakcję widza i w ten sposób powstaje dialog. Do dziś mnie ten proces fascynuje.

Na egzaminach do szkoły teatralnej trzeba mieć więcej talentu, czy szczęścia?

- Jedno i drugie trzeba mieć.

Co przesądziło o tym, że pani się dostała?

- To nie było takie proste. Jako łodzianka zdawałam do łódzkiej filmówki i... nie zostałam przyjęta. Stwierdzono, że mam nieuleczalnie chory głos. Miałam jednak plan awaryjny. Jako laureatka olimpiady polonistycznej mogłam iść bez egzaminów na polonistykę. Po dwóch latach studiów na Uniwersytecie Łódzkim zorientowałam się, że to jednak nie na mój temperament. Myślałam trochę o dziennikarstwie, ale ostatecznie pojechałam na egzaminy do szkoły teatralnej do Krakowa. Wiedziałam, że w Łodzi nie mam się co pokazywać, a do Krakowa miałam przynajmniej dobre połączenie. Zresztą łączył mnie z tym miastem również ogromny sentyment, bo w dzieciństwie, kiedy regularnie jeździliśmy z siostrą i rodzicami na wakacje do Bukowiny Tatrzańskiej, przesiadaliśmy się w Krakowie na autobus. Podczas tej przesiadki spędzaliśmy kilka godzin w Krakowie. Obowiązkowa była wizyta na rynku. Mam wspaniałe zdjęcia z gołębiami jako kilkuletnie dziecko, rok po roku... Może wtedy wydawało mi się, że w Warszawie nie mam szans, że to zbyt wielki świat dla mnie? W każdym razie tak się stało, że dostałam się do krakowskiej szkoły. Również z perypetiami, bo tym razem stwierdzono, że mam fantastyczny głos, ale za to chorą dykcję. Na szczęście nie było to aż tak wielką przeszkodą i bez punktów za dykcję zostałam warunkowo przyjęta. No i w Krakowie już zostałam. Większość mojego życia wiąże się z tym miastem. Zawsze o sobie mówię, że jestem krakowianką z Łodzi,

Mnie radzono pić i palić, żeby głos obniżyć. U pani odwrotnie...

- (śmiech) Naprawdę tak pani radzono?! Może to jest jakaś metoda... Proszę spróbować!

Pani dużo pali?

- Różnie bywa.

A od czego to zależy?

- Teraz już chyba od warunków - jak można gdzieś palić, to palę. Jak nie, to nie (śmiech). Wszystko się zmienia...

...a pani się temu przygląda. Przecież już prawie 40 lat spędziła pani na scenie.

- Już 40 lat? Niemożliwe! Wszystko zaczęło się w 1977 roku, więc czterdzieści minie w 2017- To rzeczywiście już niedługo, psiakrew. Nie myślę o sobie w kategoriach czasowych, bo czuję się bardzo młodo. Więc jak mi ktoś uświadamia, że minęło już tyle lat, jestem trochę przerażona...

Ojej, to w takim razie przepraszam!

- Nic nie szkodzi, przecież to naga prawda.

Dużo mówi się teraz o tym, że trzeba wrócić do teatru klasycznego, że źle się dzieje w Starym Teatrze. A może za kolejnych 40 lat okaże się, że przełom był potrzebny?

- Nie myślę o teatrze w kategoriach przełomu. Bardziej w kategoriach pewnej ewolucji. Miałam to szczęście, że niewiele miałam do czynienia z teatrem klasycznym. Czym on zresztą tak naprawdę jest? Definicja tego pojęcia niesie ze sobą strasznie dużo skojarzeń. .. Natomiast bardzo dużo grałam u młodych reżyserów, a teatr Lupy czy Grabowskiego klasycznym określić trudno. Zawsze chodziło im o poszukiwania. Współczesne nazwałabym raczej pseudoposzukiwaniami, gonitwą, wyścigiem na efekty bardzo często pozbawione tego, co w teatrze jest najważniejsze, a mianowicie myśli. Efekt zabija treści, albo pokazuje się rzeczy tak błahe, że nie warto o nich mówić w teatrze.

Poza tym zauważyłam jeszcze jedną rzecz charakterystyczną dla nowego teatru. Jego przedstawiciele niejednokrotnie wierzą w to, że tylko oni mają prawo do jakiejś ideologii i tłuką w głowę głupiemu widzowi, że tylko ta ideologia warta jest uwagi. Natomiast mnie się wydaje, że teatr wciskający ideologię czy prawdę staje się teatrem płytkim, płaskim i nachalnym. Powinien raczej pobudzać do myślenia. I to w tym upatruję zagrożeń dla współczesnego teatru. Nie jestem, broń Boże, zwolenniczką klasycznego teatru w obiegowym znaczeniu tego słowa: że aktorzy powinni być ubrani w kostiumy i recytować tekst podany przez autora. Jestem natomiast zdecydowaną przeciwniczką teatru głupiego, któremu nie chodzi o nic innego, tylko o to, żeby zabić widza efektem i pomysłem, który nie ma nic wspólnego z jakąkolwiek myślą.

Nie tylko w teatrze ufa pani młodym reżyserom. Przyjmuje pani propozycje ról w filmowych debiutach. Wystarczy wymienić "Nędzę" Filipa Rudnickiego.

- Nie było żadnych przeciwwskazań, żeby nie spróbować. Filip Rudnicki to pasjonat, który zobaczył we mnie swoją bohaterkę. Jeśli chodzi o teatr, najbardziej dumna jestem z ról u Pawła Miśkiewicza, który młody już nie jest, ale jak zaczynaliśmy współpracę - owszem - był młodym, nieznanym nikomu człowiekiem.

Mówi się że stworzyła pani najlepszą Lady Makbet w historii polskiej sceny...

- Nie... Kto tak mówi?

Krytycy. Zresztą wydaje mi się, że jest pani obsadzana w rolach kobiet władczych, charyzmatycznych, które wstrząsnęły niejednym cherlawym mężczyzną.

- Chyba nie jest tak do końca. Chociażby wspomniany Paweł Miśkiewicz widział we mnie kompletnie inne kobiety W pierwszej jego sztuce pt. "Ona" Rafała Maciąga w Teatrze Słowackiego grałam nieszczęśliwą, samotną kobietę, skrzywdzoną przez los. Właściwie, taką biedaczkę (śmiech). Potem mnie obsadził w"Niewinie" Dei Loher, gdzie grałam chorą na cukrzycę kobietę, której po kawałku odcinali nogi. Ale była to podobno bardzo zabawna postać... Następnie grałam Teresę w "Auto dafe" Canettiego. Bardzo miło wspominam tę rolę, dostałam za nią wiele nagród, lecz ponownie wcieliłam się w postać bardzo nieszczęśliwej i - co tu dużo mówić - bardzo głupiej kobiety, która miała o sobie kompletnie inne wyobrażenie. Zresztą, książka Canettiego jest fantastyczna, więc i materiał do grania był wspaniały. Paweł widział we mnie tę drugą stronę - kobietę słabą, kruchą, komiczną niejednokrotnie. A władcza może byłam jako Elżbieta I w "Królowej i Szekspirze"? Ale to też przecież kobieta odchodząca już z tego świata, niespełniona, pełna wątpliwości w stosunku do wiary, do sensu życia. Różnie bywa. Nawet władcze kobiety mają przecież swoje problemy, które sprawiają, że nie są do końca silne.

Jak zatem określiłaby pani rolę w "Wilczycy"?

- (śmiech) Bardzo daleko pani sięga. To był straszny czas. Myśmy kończyli zdjęcia do tego filmu w stanie wojennym, więc najbardziej pamiętam swoje ostatnie, samotne podróże maluchem z Krakowa do Żerkowa. Kręciliśmy w pałacu odwiedzanym przez Adama Mickiewicza, ale chyba bardziej makabryczne sceny rozgrywały się w rzeczywistości niż przed kamerą - patrole przy wylotówkach z ogniskami, z kontrolami...

Wydaje mi się, że charakteryzacja do niektórych scen musiała trwać dosyć długo.

- Szczególnie wtedy, kiedy mnie charakteryzowali na rozkładające się zwłoki (śmiech). Ale dłużej na pewno trwala charakteryzacja do filmu "Na srebrnym globie" Andrzeja Żuławskiego. Pamiętam, że wstawaliśmy o czwartej nad ranem. Na twarzach przez 3-4 godziny malowano nam freski, potem kładziono mleczko, a właściwie gumę, która imitowała zmarszczki, żebyśmy wyglądali staro. Pamiętam to znacznie wyraźniej niż charakteryzację do "Wilczycy". Widocznie w niewielu scenach musiałam być tak potwornie ucharakteryzowana.

Skoro jesteśmy przy filmie... w 2004 roku za rolę w " Weselu " Smarzowskiego dostała pani nagrodę Orła. Ostatnio ponownie zagrała pani u tego reżysera w filmie "Pod mocnym aniołem". To nie jest praca łatwa. Aktorzy mówią o wielkim wysiłku fizycznym i psychicznym na planie. Bohaterka, w którą się pani wcieliła, próbuje popełnić samobójstwo.

- Mój udział w tym filmie jest znikomy. Oczywiście wielką przyjemnością są spotkania z kolegami przed kamerą, ale na ekranie pojawiam się epizodycznie. Rzeczywiście, nakręciliśmy scenę, w której moja bohaterka podejmuje próbę powieszenia się, ale ponieważ nic w życiu jej się nie udaje, żyrandol, na którym miała to zrobić, urywa sięi uderza ją w głowę. Ale ta scena nie weszła do filmu. Wojtek ucina ją w momencie, kiedy wchodzę na krzesło i zakładam sobie pętlę na szyję. Pytanie pozostaje więc otwarte: powiesiła się, czy nie? Próba samobójcza miała być retrospekcją z życia postaci. Nastąpiła jeszcze przed leczeniem alkoholowym kobiety, która nie zorientowała się, kiedy urodziła cztery córki, bo była wiecznie pijana. Myślę, że to totalny dramat człowieka. Wojtek zmontował jednak film w ten sposób, że nie ma linearnego czasu, nie ma konsekwencji i historie każdego z członków grupy terapeutycznej, którą stanowimy w tym filmie, są bardzo szybko opowiedziane.

Seriale telewizyjne to kolejny element pani pracy zawodowej. Wydaje mi się, że "Przepis na życie" Agnieszki Pilaszewskiej to produkcja z fajnym pomysłem, podobnie jak "Aida" Czym kieruje się pani przy wyborze ról serialowych?

- Swego czasu długo myślałam, że w ogóle nie będę grała w serialach. Potem o przyjęciu każdej propozycji decydowało coś innego. Jedną z pierwszych ról zagrałam w produkcji "Adam i Ewa" z 2002 roku. To był bardzo głupi serial (śmiech). Zadzwoniła do mnie żona Jurka Radziwiłłowicza i powiedziała, że jest w pewien sposób zamieszana w scenariusz, że z myślą o mnie pisze postać złej teściowej. Wtedy o przyjęciu roli zadecydowały więc sprawy towarzyskie. Potem pojawił się scenariusz do serialu "Przepis na życie". Po przeczytaniu materiału wydawało mi się, że spróbujemy odmienić stereotypowe myślenie o polskim emerycie. Nie musi on siedzieć w kapciach przed telewizorem. Może mieć przyjaciół, doznawać przyjemności, które dotyczą młodych ludzi, może mieć swoje zainteresowania, pasje. Czasem decydowała też osoba reżysera. Podczas pracy nad serialem "Aida" bardzo się cieszyłam ze współpracy z Xawerym Żuławskim, synem Andrzeja, u którego debiutowałam. Bardzo miło wspominam tę współpracę. Spotkaliśmy się ponownie na planie serialu "Krew z krwi". Teraz wdałam się w nowy serial, który zostanie wyemitowany chyba na początku marca. Tym razem poszłam mocno towarzyskim nurtem, bo grają w nim Tomek Karolak, Iza Kuna, Czarek Kosiński, Wojtek Mecwaldowski, czyli osoby, z którymi lubię się spotykać nie tylko w pracy, ale i prywatnie. Nie ma więc reguły. Oczywiście, że wolałabym grać w samych wielkich produkcjach filmowych, ale zdaję sobie sprawę, że nie ma głównych ról dla kobiet w moim wieku.

To trzeba taką rolę napisać!

- Może i tak. Ale wydaje mi się, że nie zdążę już przejść tych wszystkich korowodów związanych ze scenariuszem i zdobywaniem pieniędzy na zdjęcia. Kolejka jest tak długa, że z jej końca doczłapałabym się do mety już mocno nieruchawa.

Ma pani ogromny dystans do siebie.

- Staram się. Bo w życiu jest wiele bardzo ważnych rzeczy Oczywiście zawód, który się uwielbia i wykonuje z pasją też, ale liczy się rodzina, dom, psy, zdrowie, przyroda, świat, w którym żyjemy. Teraz śledzę na bieżąco wydarzenia na Ukrainie z gęsią skórką. Staram się swoje zainteresowanie i uwagę rozdzielać pomiędzy wszystko to, co mnie otacza, i nie skupiać się na sobie. Myślę, że zawsze tak było i mam nadzieję, że tak już zostanie.

O niej

Iwona Bielska urodziła się w 1952 r. w Łodzi. Studia i życie zawodowe związała z Krakowem. W 1977 r. ukończyła krakowską PWST i zadebiutowała na scenie Teatru Słowackiego w roli Hanki w "Moralności pani Dulskiej" Zapolskiej w reżyserii Jerzego Krasowskiego. Przez 37 lat występowała na deskach m.in. Starego Teatru i STU w Krakowie, Teatru Rozmaitości w Warszawie. Jej debiutem na dużym ekranie miała być rola Marty w filmie "Na srebrnym globie" Andrzeja Żuławskiego, do którego zdjęcia rozpoczęto w 1976 r. Produkcja została przerwana i ostatecznie obraz wszedł na ekrany w 1989 r.. Z tego powodu widzowie zobaczyli najpierw film "Znaki zodiaku" w reżyserii Gerarda Zalewskiego. Szczyt kariery filmowej aktorki przypada na pierwszą połowę lat 80. XX wieku. Zagrała główne role w filmach: "Próba ognia i wody", "Ćma", "Grzechy dzieciństwa", "Okno" oraz "Wilczyca". Przełom tysiącleci to epizodyczna rola u Barbary Sass w dramacie "Jak narkotyk" (1999), występ u Andrzeja Wajdy w telewizyjnym filmie "Wyrok na Franiszka Kłosa" {2000). Najgłośniejszą rolą ostatnich lat jest nagrodzona Orłem kreacja Wojnarowej w "Weselu" Wojciecha Smarzowskiego. W 2014 roku ponownie zagrała u Smarzowskiego w filmie "Pod mocnym aniołem". Znalazła się również w obsadzie filmu "Wałęsa. Człowiek z nadziei" Andrzeja Wajdy. Mężem aktorki jest Mikołaj Grabowski, aktor i reżyser.

Małgorzata Szwarc
Gazeta Olsztyńska
25 lutego 2014
Portrety
Iwona Bielska

Książka tygodnia

Amantka z pieprzem
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Grażyna Barszczewska, Grzegorz Ćwiertniewicz

Trailer tygodnia