Wina niezawiniona

Czy za błędy rodziców powinny odpowiadać dzieci?

Jeśli nie, to czemu tak często to robią? A jeśli tak, to dlaczego i w jakim stopniu? Spektakl „Dzieci księży" nie odpowie na te pytania. On je tylko świadomie przed widzem postawi.

Po opublikowaniu w sieci filmu braci Sekielskich, publiczna dyskusja na temat podwójnego życia polskich księży rozpętała się na dobre. Wbrew pozorom społeczeństwa nie oburza fakt, że duchowni nie zachowali celibatu i spłodzili potomków. Irytuje to, co dzieje się później. Zmiana parafii, odseparowanie od jakże godnej wiecznego potępienia kobiety czy zakaz kontaktu z „rodziną" to tylko kilka metod, które mają „problematyczną sytuację" rozwiązać. A czego chce ów ksiądz? Krytycy oskarżają instytucję Kościoła o dokonywanie zbrodni na ludzkiej psychice w biały dzień i w białych rękawiczkach. Do debaty publicznej na ten temat dołączyła Daria Kopiec, która z pomocą Elżbiety Chowaniec przeniosła na deski warszawskiego Teatru Dramatycznego książkę reporterki Marty Abramowicz o kontrowersyjnym tytule „Dzieci księży. Nasza wspólna tajemnica".

Reżyserka, mimo pracy z dziennikarskim materiałem, unika dosłowności i nie epatuje jadem. Dzięki temu widz otrzymuje sztukę podaną w bardzo interesującej formie. Nie wszystko jednak da się wyrazić słowami. Za pomocą przemyślanego ruchu scenicznego i bardzo dobrej muzyki Natalii Czekały i Krzysztofa Guzewicza, a także dzięki improwizacjom aktorskim, wchodzimy w umysł dziecka księdza: dowiadujemy się, co ono czuje, jak odbiera świat, jakie ma plany na życie, czego chce, czego się boi i, co ciekawe, czy w ogóle wierzy w Boga i Jego miłość. Do głosu dopuszcza się także ich matki, które zostały pozbawione szans na stworzenie „normalnej" rodziny, a w swoich głowach musiały podejmować decyzje, o których trudno mówić głośno: urodzić czy usunąć? Powiedzieć mu o dziecku czy nie powiedzieć? Aktorzy wcielają się w role konkretnych osób z książki, opowiadają historię danego bohatera, po czym wycofują się z bycia tym człowiekiem. Dlaczego? Być może ma to obrazować problem z własną tożsamością.

Zespół aktorski poradził sobie z tym tematem bardzo dobrze, nie było zagrywania się i niepotrzebnego patosu, który nie współgrałby z konwencją, bądź co bądź, scenicznego reportażu. Największe emocje wywołują momenty sparafrazowania modlitwy „Ojcze nasz...", terapii oddechowej oraz próba wypowiedzenia słowa „tata". Na uwagę niewątpliwie zasługuje początkowy monolog Modesta Rucińskiego, wydaje się beztrosko gawędzącego z publicznością o tym i o tamtym. Warto docenić także kreację aktorską Marcina Wojciechowskiego, który prowadził swoją postać w szczególnym skupieniu od początku sztuki aż do jej końca, konsekwentnie skupiając na sobie uwagę przez cały czas jej trwania.

Trafionym pomysłem było wykorzystanie trzymanych przez aktorów tablic z hasztagami, które były jednocześnie oskarżeniami rzucanymi na księży i ich dzieci: w końcu, zgodnie z psychologią, im dziecko głośniej krzyczy, tym nieporadniej domaga się uwagi rodzica.

A w tym przypadku musi wrzeszczeć, bo ojca często nie widać nawet na horyzoncie.

Malwina Dutkiewicz
Dziennik Teatralny Warszawa
16 września 2019
Portrety
Daria Kopiec

Książka tygodnia

Słownik miejsc wyobrażonych
Państwowy Instytut Wydawniczy
Alberto Manguel, Gianni Guadalupi

Trailer tygodnia