Wisielcy i truskawki

"Exportowcy" - reż. Agnieszka Błońska - Bałtycki Teatr Dramatyczny w Koszalinie

"Exportowcy" Jacka Papisa - rzecz o Polakach w Londynie - to sztuka nie kryjąca publicystycznych intencji. Unika się tu wielkiej, narodowej metafory, raczej z niej drwi. Mówiąc o Polakach-swojakach, którzy dumę z jakości polskiego piwa łączą z pogardą dla Murzynów, lecz i o zasiedziałych w Albionie Polonusach, którzy obnoszą się ze zrodzoną z kompleksów wyższością wobec nowej emigracji, a i całego świata.

Ale za tą drwiną, za ostrym tonem scenicznego kolażu-reportażu słychać Chopina (cytowanego zresztą z dosłownością ciężkiego symbolu - w tle muzycznym i scenicznym, gdy rozsuwa się ściana, a za nią - fortepian w mgielnych oparach i flaga biało-czerwona) i Wyspiańskiego - z "A to Polska właśnie...". Bo "Exportowcy", mówiąc o naszej tandetnej inwazji na Wyspy, chcą mówić o nas, Polakach, w ogóle.

Pojawia się jednak pytanie, kiedy wychodzi to spektaklowi ha dobre? Czy wtedy, gdy się do tego niechętnie przyznaje i pokrywa drwiną gorycz serio, czy wówczas, gdy próbuje ująć widza rangą problemów i skalą zagadnienia?

Odpowiedź wydaje się łatwa: przedstawienie zyskuje, gdy dotyka nas - dotycząc nas - szyderstwem, ironią, gdy śmieje się ze stereotypu Polaka, ale i stereotypu ukazywania tego stereotypu, traci zaś, gdy próbuje banalną czasem, zbyt podniosłą pointą podsumować przygody nowej emigracji.

Rzecz w tym, że "Exportowcy" najsłabiej chyba radzą sobie ze znalezieniem dla siebie odpowiedniej tonacji, w efekcie nie zawsze wiadomo, kiedy żart przechodzi w żal, gdzie kończy się prowokacja, a zaczyna edukacja; gdzie polonez, a gdzie oberek.

Oczywiście, najlepiej by było, gdyby te tonacje przenikały się, ale wątła, ułożona z fragmentów dramaturgia spektaklu na to nie pozwala. Za wiele tu uogólnień, za mało, wbrew pozorom, indywidualnych doświadczeń i dramatów.

Papis i reżyserka spektaklu Agnieszka Błońska - absolwentka, co ma pewnie swoje znaczenie, School of Physical Theatre w Londynie - proponują nam wprawdzie panoramę, lecz tworzą ją z elementów troszkę zbyt oczywistych: paru reporterskich wątków, kilku obyczajowych obserwacji, dowcipów, odrobiny socjologii. Tak układa się z tego obrazek wyrazisty, ale dość jednowymiarowy.

Angielska Polska to w "Exportowcach" Polska prowincji, prymitywna nie dlatego nawet, że prymitywna, ale dlatego, że zakochana w sobie i rozmiłowana w swoim prymitywnym widzeniu świata. Bohater Papisa to już nie zagapiony w Wielki Świat prostaczek, który jeszcze niedawno z otwartą gębą na malowane wrota zachodniego raju patrzył, ale znudzony światem tępak, ów wieczny Marian (w roli wielokrotnego, a zawsze jednakiego Mariana - Leszek Żentara), co i w Reichu pracował, i w Londynie sobie robotę znajdzie, ale damula, co walizami wozi do Londynu kupiony w Ojczyźnie schab, bo tańszy i lepszy niż u Angoli.

Przygnębiający portret Polaczków madę in Londyn (a raczej londyńczyków madę in Poland) - jakby z ducha Pchełki, żałosnego, żenującego, lecz i tragicznego bohatera "Antygony w Nowym Jorku" Głowackiego - zatrzymuje się jednak na samej kresce. Dynamicznej, lecz powierzchownej. Bolesna i prawdziwa karykatura zastępuje przez to portret, nie sięgając jego głębi, a i nie znajdując bogatszego tła.

W tak skonstruowanym przedstawieniu aktorzy mają zadanie trudne: ich losy są wprawdzie częścią zbiorowego losu Polaków, lecz stanowią raczej zestaw anegdot niż dramaturgicznych miniatur. Wymieniają się zresztą rolami, postaciami, sytuacjami, z których ów zbiorowy portret ma się ułożyć. Mimo to udaje się na scenie opowiedzieć kilka historii prywatnych, a zarazem o wymiarze szerszym niż reportażowe story czy symboliczna przypowiastka. Na uwagę zasługuje np. epizod Żanetty Gruszczyńskiej-Ogonowskiej jako żony samobójcy, na którą spada wina za tę śmierć.

Opowieść o tym samobójstwie, a dokładniej: dwóch Polakach, którzy jednej nocy powiesili się na "truskawkowym polu" (kryminalny reportaż z rzeczywistości kojarzy się - czy to przypadek? - ze słynnym motywem z piosenki The Beatles o "Strawbeery Snów"), nie mogąc znieść - no, właśnie: czego? - szarego życia, miałkiej polskości, wykorzenienia? - zda się być jednym z motywów przewodnich spektaklu. Który szuka w tej historii tajemnicy, niepokojącej i bolesnej, ale nie znajduje jej tam chyba. Nie staje się więc ona mottem na tyle uniwersalnym, by można było pod nim zapisać nie tylko współczesnych Polaków historię własną, a i pulsujący w jej głębi dramat bezdomności i utraty tożsamości w ogóle.

Przy wszystkich tych uwagach trzeba jednak przyznać, że spektakl koszaliński - grany na małej scenie, w umownej, ascetycznej przestrzeni będącej poczekalnią, biurem, redakcją, domem - blisko widza to inscenizacja żywa i warta refleksji.

Korzystając z formuły widowiska o cechach dokumentalnej telenoweli łączącego laboratoryjną, zimną teatralność (brutalne, prowokujące komentarze Blogera [w tej roli Jacek Piotrowski] pojawiającego się na telebimie - w wielkim zbliżeniu na same usta) z kabaretowym szaleństwem i poetycką ekspresją, szuka kontaktu z widzem, zaprasza go do rozmowy. Świadom języka, w którym ta rozmowa ma się toczyć.

Robi wrażenie finał, gdy spod sufitu na sznureczkach opuszczane są pomarańcze - symbol naiwnych, tanich, ale wymownych tęsknot polskich - sztuczne, ale Jak żywe". A radosne tony muzyki podkreśla rozpylana wokół woń cytrusowego aerozolu. Jest śmiesznie i gorzko... Choć pomarańcze to jednak nie truskawki, więc ten strawbeery-orange snów nie zapada w nas jednak zbyt głęboko.
(mi)

Artur D. Liskowacki
Kurier Szczecinski
14 maja 2009

Książka tygodnia

Gilliamesque
Wydawnictwo Planeta
Terry Gilliam

Trailer tygodnia