Wisielczy humor. Nie zostawiać po sobie wrażenia, że coś po nas pozostaje

16. Genius Loci

Jednocześnie pomysł na zaanektowanie przeróżnych przestrzeni do działań w mieście tak silnie zamkniętym na projekty performatywne i eksperymentatorski ferment jest wspaniały, powinien być kontynuowany z bardziej radykalnym scenariuszem, większą świadomością potencjału i używanych narzędzi.

Pamiętam, że

Na placu Szczepańskim (moim ulubionym w Krakowie) przez tydzień stała instalacja z białymi ścianami, odzwierciedlająca krakowskie mieszkanie Jakuba Skrzywanka, czekająca na zapiski przechodniów. Reżyser wraz z Kamilem Tuszyńskim, Mateuszem Atmanem i Marcinem Chlandą postawili nie na miejsce, ale na ludzi. Wypowiedzi odwiedzających instalację złożyły się w wielogłos, który oddaje w niezwykle ciekawy sposób ich znudzenie, kryjącą się pod nim euforię oraz dziwnie małomiasteczkowy, depresyjny charakter miejsca, i podkleja go pod obrazek wideo, który rejestrował rozbiórkę pomazanych ścian. Nagrane słowa skompilowały się z tekstami spisanymi z żywej rzeźby. To była bardzo dobra intuicja, najciekawszy pomysł na osobiste podejście do tematu festiwalu. Prostota, otwarcie na dialog sprawiły, że końcowy efekt "Leave the city // Live the city", z obrazkiem deszczowego placu, odsłaniał dużą część bardziej toksycznej i smutnej strony Krakowa. Oddał przedziwne zawieszenie, nierzeczywistość i wciągającą magmowość miasta. Jedni w popłochu się pakują i narzekając uciekają, inni z niezapisanymi kartkami w głowach przyjeżdżają, zajmując mieszkania i przestrzenie pierwszych.

Mielizna

"Rejs" Bartosza Szydłowskiego chciałoby się przemilczeć, udać, że nic się nie wydarzyło, ale chyba nie da się "odwidzieć" rzeczy już zobaczonych. Spektakl otwierał festiwal, był reakcją na pustkę powszechnie klepanych fraz z "Wesela", bo nie tylko tegoroczne narodowe czytanie dramatu pokazało, że nie jesteśmy w stanie porozumieć się ze Stanisławem Wyspiańskim. To był naprawdę dobry pomysł, ale realizacja "Narodowego czytania Rejsu" w Teatrze im. Juliusza Słowackiego z udziałem amatorów stała się samodiagnozującym się wydarzeniem. Pokazała dobitnie, że zasiedziana "krakowskość" jest tylko starannie pielęgnowanym i powielanym, a dawno nieistniejącym fantazmatem spod kurtyny Henryka Siemiradzkiego. Lub inaczej, jest szminkowaniem trupa, czynnością żywą wśród abonamentowych środowisk (stanowiących ułamek mieszkańców Małopolski), które oddzielone mentalną kreską od pozostałych, próbują urządzać miniseanse i zajmować się nieistniejącą fałdą rzeczywistości. Nie jestem w stanie przyjąć na serio płytkiej metafizyki i samozadowolenia z łatwego diagnozowania sytuacji w kraju, które to samopoczucie pulsuje w głowach osób zajmujących się "krakowskością" pod pokrywą smogu. Utwierdza ono w murach teatru ich wyższość nad ludźmi nie biorącymi udziału w sztuce. Kończy się to podobnie jak z utyskiwaniem na niski poziom czytelnictwa w Polsce - bez świadomości społecznej i politycznej, a przede wszystkim bez zetknięcia się ze źródłem problemu, czyli rozwarstwieniem społecznym. Podkładanie głosu polityków PiS pod wyświetlane na scenie fragmenty filmu Marka Piwowskiego kończyło się bezrefleksyjnym zaśmiewaniem się widowni. Jednocześnie rozdawano jedzenie z grilla i rozprawiano się z grillującymi Polakami-działkowiczami. Idąc na "Rejs", minęłam obok teatru cykliczną akcję "Zupa na plantach", czyli rozdawanie posiłków bezdomnym. Ot, niedziela w teatrze.

Narysuję wam landszaft

Punktem wyjścia do portretowania krakowskiej specyfiki w "Landszafcie. Lekcjach anatomii" (na zdjęciu) była choroba jako metafora i próba dokonania sekcji zwłok miasta, w którym powietrze dosłownie zabija, a wszyscy od wieków licytują się wyjątkowością swoich chorób. Bardzo lubię popękane, niegotowe, procesualne spektakle Katarzyny Kalwat. Jej przedsięwzięciu klimat zapewniła przestrzeń Zakładu Patomorfologii Klinicznej i Doświadczalnej Uniwersytetu Jagiellońskiego Collegium Medicum. Wisielcze i trupie poczucie humoru kryło się za charakterystycznymi frazami tekstu Weroniki Murek. Tania atmosfera kiczowatego sanatorium, rozochocone swoją wyjątkową chorobową melancholią postaci i urocze słowne przegadywanki dały szmirowaty pejzaż miasta z jego majaczącą legendą w tle. Aktorki i aktorzy (Sandra Korzeniak, Iwona Budner, Błażej Peszek, Karol Kubasiewicz, Bartosz Ostrowski) z czułą ironią obracali w dłoniach role. Hipnotyczna końcowa scena nawiązywała do happeningu Tadeusza Kantora "Lekcja anatomii wedle Rembrandta". Tak jak podczas sekcji zwłok zacierają się podziały między żywym a martwym, przedmiotem a performerem, tak Kalwat udało się nakłuć i z różnych stron podważyć urojoną depresyjność i wyjątkowość, która wydaje się być właściwością najbardziej "site-specific" Krakowa. To wypełzająca z trupiego ciała historia chorób wenerycznych, psychicznych czy obiegowych płynów ustrojowych, przydająca miastu urojonej intensywnej artystyczności. Landszaft zaświadczył sam przez się o martwocie i paraliżu, o trupie i płytkości krakowskiej legendy, której strasznie się boimy, ale jednocześnie jej samobójczą aurę chętnie odświeżamy.

To nie jest historia o Simonie Kossak

"Simona, gdzie jesteś?" działa dzięki ciekawemu scenariuszowi i wspaniałym aktorkom - Lidii Bogaczównie, Agacie Grobel, Elżbiecie Karkoszce i Marcie Walderze. Reżyser i autor scenariusza, Tomasz Cymerman, historię Simony, która miała być "czwartym Kossakiem", a wyrzekła się rodowej tradycji, traktuje jako tło do postawienia pytania o styczne kobiecości, polityczności, natury i wzorców społecznych. Rewizja ról kulturowych jest przeprowadzana z dużą świadomością złożoności tych procesów. Tematy kłębią się wokół Kossaków: powielanie kalki symbolu mężczyzny na koniu z naturą w tle, opresyjność zarówno patriarchatu jak i matriarchatu względem dzieci jak i samych siebie, silne kobiety, które stawiają wszystko na jedną kartę i znajdują siłę, żeby odciąć się od toksycznych wpływów, aż po nielegalną wycinkę Puszczy Białowieskiej. Między tymi płaszczyznami przebiegają niezgrzytające połączenia, montaż jest na tyle sprawny, by nie mówiąc pewnych rzeczy, uświadomić je widzowi na końcu spektaklu. Kornelia Dzikowska bardzo ciekawie wykorzystała medium wideo, rozsuwając w czasie sytuacje, które działy się na dwóch ekranach. Przesunięcie czasowe pomogło jeszcze bardziej rozbić narrację, oddalić poczucie, że potencjał polityczny przedsięwzięcia tonie w przeestetyzowanej warstwie wizualnej.

Historia "Ognia" jest taka

Wiwisekcja mitu Podhala, rozpracowywanie kultu żołnierza wyklętego Józefa Kurasia "Ognia" miały ogromny potencjał ze względu na przestrzeń: parking przy zakopiańskim Rondzie Solidarności, Giewont, tło w postaci billboardu z reklamą zakopiańskich term o wiele mówiącym haśle "Keep calm and relax", naprzeciwko wielka reklama sieci komórkowej z plastikowymi twarzami Goni i Radka Majdanów. W tym wszystkim przystanek autobusowy z graffiti, czerwona budka-sklepik z figurą Maryjki i kolorowymi światłami, w której Dominik Strycharski na żywo miksował muzykę.

Przedsięwzięcie pokazało jak bardzo trupy majaczą w naszym ponowoczesnym świecie i że w tym zlepku rzeczywistości nie da się wytropić jednej wersji historii. Pośród tęsknot do pióropuszy, strzelanek i wyciąganych spod podłogi bohaterów, mitycznych "Czterech pancernych", nawet po dokładnym przestudiowaniu materiału historycznego i tak będziemy skazani na alternatywne historie, na wersje spiskowe, tylko po to, by ludobójców, antysemitów i gwałcicieli przykroić do rozmiarów bohaterów narodowych produkowanych na szybko. Jest popyt, trzeba wyciągać, grzebać w trupach. Są wątpliwości, naoczni świadkowie? Tam się przytnie, tu doklei, tu przywdzieje biało-czerwony płaszcz przeciwdeszczowy z orzełkiem, a jak trzeba, to odsłoni pomnik, przyjdą chłopcy z ONR-u i Młodzieży Wszechpolskiej. I tak interes się kręci.

Szkoda, że przestrzeń była ogrodzona metalowymi barierkami i przechodnie wychodzący z siatami z dookolnych sklepów mogli zatrzymywać się tylko na chwilę. Wizja reżyserska Wojtka Klemma rozjechała się ze scenariuszem Mateusza Pakuły, poprzetykanym ożywczymi, ale jednak osłabiającymi potencjał polityczny przedsięwzięcia, historiami fauny i flory Podhala, co sprawiło, że spektakl utonął w metaforach. A była szansa na zrobienie naprawdę głośnej wypowiedzi i sprowokowanie dyskusji. Klemm chciał radykalnie pacyfistycznym gestem zdyskredytować temat, a Mateusz Pakuła zbudować dialog, by nie przekonywać kolejny raz przekonanych. Z jednej strony, rosnący w Gorcach owadożerny tłustosz pospolity, który choć przeprowadza fotosyntezę, przyciąga lepkim śluzem nieświadome ofiary i je pożera, by zrekompensować niedobór azotu w glebie. Z drugiej, znaleziony na tych terenach bumerang sprzed trzydziestu tysięcy lat. Nie wiem, czy to pocieszająca perspektywa dla faszyzującej rzeczywistości, która przemieniła się w widmowy taniec z trupami, że w naturze nie ma luk, śmierć jest wszechobecna, wszystko wraca i z perspektywy kilkudziesięciu tysięcy lat kwestia niemocy w opowiedzeniu świata blednie.

Beka z Krakowa

"Inwazja" Piotra Ratajczaka może poszczycić się mianem największego zmarnowanego potencjału, a starała się bardzo zatrzeć granicę między rzeczywistością i fikcją. Dawał o sobie znać brak dobrego, pogłębionego i świadomego krytycznych zabiegów scenariusza. Zdarzenie odgrywało się na płynącej po Wiśle "Nimfie". Za scenografię służyło miasto, oświetlane ze statku wielkimi reflektorami. Na pokładzie święcono wieczór kawalerski Terry'ego, jego przyjaciołom spod Liverpoolu (Anna Sandowicz, Tomasz Augustynowicz, Krzysztof Piątkowski, Radomir Respondek, Rafał Szumera) Kraków przybliżali przewodnicy (Katarzyna Zawiślak-Dolny i Antoni Milancej). Na bulwarach grupowe scenki odgrywali statyści. Robiło to niesamowite wrażenie, miało szansę rozbrojenia wszystkich mitów pozornie jednoczących krakowian w niejasno zdefiniowaną wspólnotę. Jednocześnie na tym metaforycznym statku pijanym, płynącej donikąd urojonej polskości, stykały się rzeczywistości od Podgórza po Salwator. Wystarczyło podkręcić poziom krytycyzmu i dać sobie dużo więcej czasu na przygotowanie. Miałam wrażenie, że krążymy koło wielu tematów, pod które wystarczy podłożyć zapałkę i zaczną się tlić, ale ostatecznie ognia brakowało.

Najciekawsza scena miała miejsce przy bulwarach na Kazimierzu, gdzie aktorzy odgrywający turystów-ignorantów, zachwycających się knajpami i taniością dowozu do dzielnicy żydowskiej, bawili się w rytm "Hava Nagili" w wersji techno. Przebrani w żydowskie stroje statyści początkowo tańczyli do tej samej muzyki, po czym w popłochu chwytali rzeczy pod ręką i przerażeni uciekali. Przewodniczka skwitowała to wiele mówiącym przejęzyczeniem: "gwóźdź pogromu, przepraszam, programu". Pozostałe sytuacje "Inwazji" skupiały się raczej na bece z Polaków-katolików, odgrywaniu happeningu morskiego Kantora przy Cricotece, parodii obiegowych cytatów z dzieł wieszczów leżących na Wawelu i Skałce, przykładaniu głupoty Anglików do Polaków jeżdżących na wczasy all-inclusive do Egiptu, a to wszystko wymieszane z cepelią polskiego wesela (echo Wyspiańskiego i Piwowskiego, a zbyt mało Wojciecha Smarzowskiego). I choć scena z Andrzejem Wajdą tuż obok Mangghi, który robił duble sceny śmierci Maćka Chełmickiego zatracającego się w prześcieradłach, była naprawdę doskonała, to reszta pomysłów meandrowała w niejasnym kierunku i zostawiła ogromny niedosyt.

VR o Kościuszce

Zbigniew Bzymek i Krzysztof Garbaczewski postawili w "Sercu odważnych" bardzo ważne pytanie o rolę przemilczanego bohatera w kształtowaniu narodowego imaginarium, gdzie brak mówi więcej niż próby udzielenia odpowiedzi. Co ciekawe, nierzeczywistość otoczenia Kopca Kościuszki, jak i mitologii współczesnego Krakowa, zostały pomnożone o kolejną nierzeczywistość. Do bezcielesnego świata można było udać się jedynie zakładając okulary do wirtualnej rzeczywistości. Na przecięciu technologicznym z mówiącymi nierealnymi miejscami i powracającym jak mantra z tyłu głowy głosem "Czy pamiętasz, Kościuszko?" i historiami z życia tej postaci, zrodziło się bardzo ciekawe spięcie. Widmo goni widmo, uganianie się za duchami palcem na pilocie, przechadzka po abstrakcji w vaporwave, odlot wyobraźni pomiędzy twarzami symultanicznie przytaczającymi nowatorskie postulaty Tadeusza Kościuszki: samoświadomość klas uciskanych, działania na rzecz emancypacji środowisk afroamerykańskich i zniesienie wyzysku chłopów pańszczyźnianych. Kościuszko jest chyba wciąż zbyt postępowy i kosmopolityczny. Po zdjęciu okularów - brak odpowiedzi. Wszechobecne echo kołaczące się po głowie było jeszcze bardziej dotkliwe niż przed ich założeniem.

Odlot

Na krześle siedzi zamyślony "mistrz" Jerzy Nowosielski (w tej roli Kajetan Wolniewicz), wpatruje się w widownię, podchodzi do publiczności i przeszywa nas spojrzeniem. Z offu słyszymy nagrane wcześniej przez aktora słowa, rymujące się z odzywającą się co jakiś czas muzyką. Mistrz zasiada za wielkim biurkiem w podziemiach krakowskiej cerkwi "Pod dzwonami", otwiera wielki notatnik i zaczyna się spowiadać ze swoich mąk piekielnych. Wolniewicz wstaje, siada, rozciąga długie zdania, które mają dźwięczeć i rozdzierać duszę. Niestety brzmią kabotyńsko i groteskowo. Obrana przez reżyserkę i autorkę scenariusza, Annę Popiel, strategia daje upust przedziwnej fascynacji malarzem. Ktoś próbuje nam wcisnąć w głowę metafizyczny odlot na siłę, przysłuchiwać się konfesyjnym wynurzeniom, ale staje się to szybko pretensjonalne. Nie sposób wejść w świat, w którym "artysta walczy z absolutem". Miało być pęknięcie rozdartej między niebem a piekłem postaci, wyszedł urojony mesjanizm. Nie wierzę, że ktokolwiek w XXI wieku po spuściźnie neoawangardy, postmodernizmu czy sztuki krytycznej, może powracać bezkrytycznie do mizoginistycznych fraz o zbawianiu świata przez sztukę.

"Chwała Wielkiej i Różnorodnej Polsce! Marsz Jamniczków! Na Marszu Jamniczków było Dużo Piesków Niejamniczków"[1].

Wydarzenia nawiązujące do historii ogółu społeczeństwa pokazały, że wciąż brakuje świadomości politycznej i języka, które pozwoliłyby zdjąć z niej warstwę sakralną i wejść bezczelnie z łomem w obszar narodowego czy lokalnego imaginarium. Tym samym zyskać w przestrzeni większy rozgłos, zaangażować przechodniów, także tych, którzy na co dzień nie chodzą do teatru czy galerii. Wiele przedsięwzięć miało ambicje wywoływania duchów, ustanawiania gorzkiego przymierza, pomostu między dziś a mitycznym czasem zaprzeszłym. Po festiwalu jestem pewna, że te miejsca nic nie mówią. A najbardziej realnym świadectwem widmowości i larwalności naszych czasów niech będzie fakt, że najlepsze rzeczy na tegorocznym Genius Loci mówiły o samounicestwieniu. Że szukamy duchów, których nie ma, w miejscach, gdzie ich nie ma. VR pokazał, że są tylko symulakra, które zastępują nieistniejące miejsca, a wywoływanie duchów jest równie przerażające jak widmowy Kraków, po którym przechadzają się panie z parasolkami werbując Anglików do burdeli, obok nich stukają podkowy koni, dorożki pielęgnują fantazmat szabli i kontusza, koło nich "prawdziwi Krakusi" w futrach zmierzają do kościoła Mariackiego, a na Kopiec Kościuszki spod Wawelu kursują przepełnione turystami czerwone double-decker busy.

Najbardziej dotknęły mnie jednostkowe, intymne historie zostawiające zbiorowość w tle, które w toku opowiadania zarysowywały ją coraz wyraźniej. Jeśli miałabym wskazać jedną diagnozę festiwalu, byłaby to potrzeba zdesakralizowania i zdemitologizowania przestrzeni, w których żyjemy. Zabrakło pokazania praktycznego zespolenia i usieciowienia z miastem czy przestrzenią. Sieci relacji ustanawiają rzeczywiste miejsca, które są ich wynikiem. Upatrywałabym genius loci w znikających codziennych sytuacjach i ludziach, które odgrywają się po to, żeby zostać od razu zapomniane. Nie mam wątpliwości, że opiekunami miejsc są ludzie ze swoimi doświadczeniami, proste przedmioty zalegające na wysypiskach, psy wyprowadzane codziennie na spacer. Przy takim założeniu nawet rozważania o czakramach i Wawelu są w stanie znaleźć rzeczy bardziej realnymi. Festiwal uświadomił mi - dzięki "Landszaftowi. Lekcji anatomii" i pomysłowi Jakuba Skrzywanka na napisanie "I remember" Joe Brainarda na zbiorową modłę - że lepiej nie sprawiać wrażenia, że coś po nas pozostaje. I trochę oduczył histerii - podobno największą zdolnością jest umiejętność pozostawania w harmonijnym związku z tym, co nam ucieka. Nienawidzimy tego zasmogowanego miasta, płaczemy i jesteśmy samotni w wynajętych mieszkaniach, a tylko czasami, kiedy jest dobrze, miasto nagle nie przeszkadza i gra ładnie pod nas (ale to chyba jak wszędzie).

Kinga Kurysia
e-teatr.pl
6 października 2017

Książka tygodnia

Muzyczne narracje o kochankach z Werony
Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Mikołaja Kopernika
Małgorzata Pawłowska

Trailer tygodnia

Dziadek do orzechów
Jurij Grigorowicz
W wielu krajach nie ma Bożego Narodze...