„Wiśniowy sad"- sygnowany wódką i siekierą

"Wiśniowy Sad" - reż. Nikołaj Kolada - Teatr Witkacego w Zakopanem - foto: Iwona Toporowska Photography - mater. prasowe

5 listopada w Teatrze Witkacego w Zakopanem odbyła się premiera spektaklu „Wiśniowego Sadu" w reżyserii międzynarodowego twórcy Nikołaja Kolady. Zgodnie z duchem nurtu formistycznego uznawanego przez samego mistrza Witkacego, Kolada w swoim spektaklu odrzucił tradycyjne przedstawienie rzeczywistości a zastąpił ją ciekawą formą sztuki recyklingu wykorzystując plastikowe kubki imitujące biały kwiat wiśni.

Może wzbudziło to rozczarowanie, że zabrakło widoku gdzieś w tle dekoracji białego sielankowego sadu, szok dla przeciętnego widza lecz sarkastycznie rzecz ujmując takich sadów w życiu pełnym konsumpcji podążania za pieniądzem już nie ma. Nikołaj Kolada- urodzony w rodzinie pracowników Sowchozu w Kazachstanie podobnie jak Witkacy wychowany wśród chłopów czerpie inspiracje z tradycji ludowej. Cały czas poszukuje nowej formy dla swojej sztuki kształtując w ten sposób nowatorsko polską scenę teatru.

Podobieństw w pojmowaniu sztuki u Witkacego i Kolady świadomie jak tez intuicyjnie zupełnie nieświadomie w spektaklu jest bardzo wiele. Drwina goni drwinę napędzana paliwem w postaci czystej wódki w rękach aktorów niczym z obrazu Witkacego „Tak pijemy my" Czy też „Tak pije kobieta rasowa i dobrze wychowana" staje się podświadomie sztuką sygnowana wódką. Karykaturalny obraz rosyjskiej społeczności przepitej alkoholem z noszonym dumnie na piersi krzyżem w sarkastycznej formie przedstawionej w „Wiśniowym sadzie" Nikołaja Kolady intryguje i na pewno nie pozostawia obojętnym widza wobec rzeczywistości jaka jest gdy zdominuje ją wódka. Czyżby ten obraz dowolnej formy T.E.+C jak zapewne oznaczył by go Witkacy byłby najtrafniejszą formą wyrażenia emocji w tej sztuce?

Treść jest jakby poboczna obok formy, tworzącej nowy rodzaj sztuki jeszcze nieznanej jakby z surrealistycznego snu. Słowa w dialogach wypowiadane są w niezmienionej treści z oryginałem lecz w futurystycznym pośpiechu. Na scenie bardziej nie one są zapamiętywane tylko kto i jak je wypowiada w jaki sposób i w jakiej ekspresji. Dwie głowy jakby złączone w jedno z obrazu Witkacego stają się często obrazem w spektaklu zapamiętywanym na dłużej niż same słowa wypowiadane przez te głowy. Kolorystyka ubiorów, kostiumów aktorów barwna jak z obrazu „Rąbanie lasu- walka" też nie jest przypadkowa.

Anna Tomczyńska odpowiedzialna za scenografię i kostiumy w sztuce teatralnej wystawionej przez Koladę doskonale znając twórczość Witkacego wiernie odzwierciedliła formę i kolorystykę jego twórczości. Artyści wchodzą na scenę nie zwyczajnie zmęczeni podróżą lecz jak w „Kompozycji" Witkacego złączeni w jedną kubistyczną formę tańczą wijąc się jak nierealne stwory. Plastikowe kubki na głowie jak z dziwnego surrealistycznego snu również są jakby znajome z twórczości Witkacego. Ogromny hołd jaki złożył Kolada Witkacemu przejawia się także w postaci Trofimowa, w którego rolę wcielił się Dominik Piejko. Nie jest on tylko wiecznym studentem, marzącym o tym aby ludzkość zdążała ku wyższej prawdzie lecz w swojej osobie niesie ukrytą treścią myśli filozoficznej Witkacego jak też samego autora sztuki Antoniego Czechowa.

Charakteryzacja jak z fotografii Józefa Głogowskiego portretującego Witkacego nie pozostawia złudzeń, że przecież sam Witkacy nie mógł nie pojawić się na premierze w teatrze swojego imienia. Dominik Piejko w swoim charakterystycznym monologu, którego nie ma w treści oryginału sztuki Czechowa wspomina o Mewie- symbolu wolności, Jest jak Konstanty Trieplew z „Mewy" Czechowa, który poszukuje nowej formy sztuki, nie chce powielać starych schematów i gdzieś być odnalezionym jak martwa mewa bez siły walki przezwyciężenia własnej niemocy. Z kolei Andrzej Bienias w roli starego lokaja Firsa jak stary ojciec Stanisław Wyspiański w swym ukochanym Zakopanem zaprasza gości na spektakl z niecierpliwością oczekując razem przyjazdu Pani Raniewskiej. Jako gospodarz całego wydarzenia radzi sobie doskonale. Rola Firsa jest bardzo charakterystyczna spinająca jak klamra całą sztukę w całość. Starszy pan, z którym chętnie wypiłoby się herbatę z suszonych wiśni wzbudza nostalgię i sentyment dla tradycji ludowej.

Herbatki owocowej z suszonych wiśni jednakże się nie napijemy, gdyż sad już jest rąbany. Nie ma nagranych na taśmie odgłosów rąbanego drewna. Tu i teraz na scenie jest siekiera i drewno, które autentycznie jest rąbane przez nowego właściciela Jermołaja Łopachina. W jego roli Piotr Łakomik z zapuszczoną brodą i z nagim torsem z charakteryzacją z obrazu Witkacego „Święto smażonych wiśni" rąbie na scenie drzewo wiśni. Na scenie słychać tylko jego rozpacz, ciężki oddech i odgłos rąbanego drewna. Kawałki odskakują w stronę panny Ani w tej roli Agnieszka Michalik i Warii- Joanny Banasik.

Nowy pan i władca okazuje swoją siłę lecz może jednak słabość nieradzenia sobie z przeszłością z tym, że jako syn chłopa nigdy nie był szanowany, a w oczach innych był nikim. W swoim bólu upada przy pniu rąbanego drzewa czuje się samotny pomimo ogromnej władzy nad nowo nabytym sadem. Letnicy nie przyniosą mu szczęścia jeśli w głębi duszy drzemie w nim potwór ze „Święta smażonych wiśni", nieszczęśliwy i przerażający wszystkich wokół. Ekspresja emocji Piotra Łakomika porzuca wszelkie ustalone schematy tworząc zupełnie nowy rodzaj ekspresji sztuki scenicznej. To nie jest montaż już wbitej siekiery w kadrze filmu lecz autentyczny wysiłek, autentyczny ból, wyrażony fizycznością ciała.

Po silnej ekspresji następuje wyciszenie. Łopachin oparty o ścianę odpoczywa i złośliwie wytyka ciągłe studia Trofimowi. Raniewska w tej roli Dorota Ficoń szykuje się do wyjazdu z powrotem do Paryża. Widz nie specjalnie się tym przejmuje, brak gospodarności nie wzbudza sympatii. Dorota Ficoń daje widzom jednak pozytywny wydźwięk swoje osoby ale w roli ducha swoje matki przechadzającej się niczym zjawa w białej sukni po swoim ulubionym pokoju czy też sadzie. Rytuał obmycia się niczym zagubiona dusza wodą podczas obrzędów Dziadów nabiera niezwykłej symboliki. Widz upojony tańcem napędzanym wódką może w końcu zatrzymać się i chwilę posłuchać głosu swoje duszy.

Nostalgia za tym co już utracone, uwielbienie dla pamiątkowego ubranka tragicznie zmarłego Griszy- synka Raniewskiej daje nadzieję, że nie wszystko to czym rządzi władza i pieniądz ma sens.

Symboli w sztuce Nikołaja Kolady jest więcej. Drzewa kwitnącej wiśni stają się lalkami „motankami". Wystarczy założyć im chustki na główkę a stają się „zadanicą", która ma wyznaczone zadanie do wykonania. Stają się też tłumem ludu obserwującego nowego pana wiśniowego sadu. Symbole naznaczone przez Nikołaja Koladę są nie tylko ze sztuki ludowej. Gdy spektakl dobiega końca Firs powraca od lekarza schorowany lecz o własnych siłach. Widząc drzwi zamknięte ostatecznie odchodzi ciągnąc za sobą gruby łańcuch zniewolenia dobrze znanego niewolnikom. Tak być nie musi i nie może.

W silnym kontraście do ciężkiego brzmienia łańcucha wypełza płynnym ruchem niczym strumień rzeki na scenę skrzydlaty wąż- potwór. Kimże on jest? Potworem z fantazji Witkacego? U Kolady tym potworem jest Kamil Joński absolwent wydziału Teatru Tańca w Bytomiu. Rekompensując sobie głupawą rolę sługi Jaszy zachwycił na sam koniec swoją ekspresją ciała surrealistycznego potwora wyrażającego bunt przeciw schematom zniewolonej sztuki, która jak u formistów powinna ciągle poszukiwać nowej eksperymentalnej formy.

Forma jaką przyjął Kolada z pewnością jest nową ścieżką, nowym szlakiem, którym może wznieść się w powietrze mewa - aktor zadający pytanie - jaka powinna być sztuka aktorska w obecnym zagubionym świecie sygnowanym oznaczeniem T.E.+C dowolnej formy pod wpływem wódki.

Mew szybujących, a nie odnalezionych gdzieś martwych, z pewnością jest wiele i jest to nadzieja współczesnego teatru.

 

Dorota Pogorzelska
Dziennik Teatralny Zakopane
10 listopada 2021
Portrety
Nikołaj Kolada

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia