Witkacy redivivus

"W małym dworku" - reż. Jan Marek Kamiński - Teatr im. Aleksandra Fredry w Gnieźnie - 2023-05-19

Tak, tak, to już sto lat od prapremiery „W małym dworku". Ta z pasją, na pograniczu furii napisana parodia melodramatu mieszczańskiego, awangardowy, rewolucyjny onegdaj dramat Witkacego, zamieniła się, toutes proportions gardées, w szacowną klasykę, po którą, niestety coraz rzadziej, sięgają twórcy, aby nadać tej groteskowej, onirycznej materii własne znaczenia i sensy.

W gnieźnieńskim Teatrze Fredry młody reżyser, Jan Marek Kamiński, zrealizował przedstawienie dyplomowe, będące koprodukcją tamtejszej sceny i warszawskiej Akademii Teatralnej. Zbieżność dat zapewne nieprzypadkowa, w końcu jubileusze to świetna okazja na reinkarnację, rekonstrukcję, czy dekonstrukcję scenicznych bytów. Odrodzenie, w szerokim znaczeniu tego słowa.

Z taką też, intrygującą, poprowadzoną w dobrym tempie, przykuwającą zmysły widowni, koherentną inscenizacją mamy do czynienia. Kamiński błyskotliwie odczytuje ów stuletni tekst z perspektywy swojego pokolenia, nie gubiąc przy tym nic z witkacowskiego ducha, a solidnie wzmacniając przekaz estetyką zalęknionych dwudziestoletnich. Osadza go w ważnych kontekstach płynnej jak nigdy współczesności, w której jedyną pewnością jest jej brak, gdzie suma jednostkowych lęków czyni kryzys społeczny, z kryzysem tożsamości jako znamieniem naszych czasów. Tekst Witkacego, z jego szeroko zakreśloną ambiwalencją, świetnie się weń wpisuje. Reżyser podaje nam rzecz w bogatej, wręcz nienasyconej formie, solidnie wypełnionej nawiązaniami i cytatami. Teatralnymi, filmowymi, choć nie tylko. W formie, dodajmy, czystej w intencji i realizacji. Przedstawienie czerpie pełną garścią z Witkacego skandalisty i ekscentryka, przydając genialnemu utworowi dzisiejszy sznyt. Inscenizacja jest efektowna, podana w takt wibrującej, wwiercającej się w jaźń, jednostajnej, wzbierającej i opadającej muzyki, a aranżacja poszczególnych scen zapada w pamięć. Weźmy choćby seans spirytystyczny płynnie wchodzący w widownię, a raczej pod nią, owe podziemne stuki i puki, gdy dwa światy - doznań widza i aktora mieszają się we wspólnym, wszechogarniającym doświadczeniu. Podobny zabieg, skutecznie unifikujący teatralne przestrzenie, jest zastosowany w ekscytującej scenie wspinaczki Widma Matki aż po ostatni rząd widowni, jakbyśmy wszyscy przenikali w zaświaty, niebyt, coś w każdym razie natrętnie nierealistycznego.

Kapitalna jest scena kłótni domniemanych i rzeczywistych kochanków Matki. Ta trójca zazdrośników z browningami jest pogrążona w jałowych targach o prawdziwe, czy też zmyślone miłosne przewagi, uporczywie grając w oniryczną ruletkę. Świetne jest też obsesyjne czytanie, swoiście performatywne, pamiętników Anny, wykonywane przez zazdrośnie zaborczych, nieskrywanie mizoginistycznych konkurentów. Rywalizujących aż poza grób. Reżyser maluje sceniczne obrazy, ożywiając, wzbogacone poprzez współczesny kostium sensu largo, pastele i rysunki Witkacego, hojnie portretując w tym duchu jednostki i zbiorowość. Można tu, z satysfakcją, odnaleźć tropy do scen z filmów Hasa, przefiltrowanych przez suspens późniejszych, innego już autorstwa realizacji sztuki grozy i fantasy, podkreślających somnambuliczną poetykę, ów powab dekonstruowanego rozpadu. Kamiński z wyczuciem porusza się między tragifarsą a groteską, nie pozbawiając jednocześnie widza klimatu lirycznego, z kunsztem rozpinając narrację między jawą a snem, bytami konsekwentnie zbliżającymi i oddalającymi się od siebie, pogrążonymi w wiecznym ruchu, uporczywej dialektyce. Nie zapomina też o potędze iluzji i wiary, narkotycznie wręcz obecnej w ludzkich duszach, a w scenie ostatniej dba o solidną porcję prometejskiej nadziei, gdy z otchłani destrukcji, owych dni ostatnich i pierwszych jednocześnie, wychodzą Aneta i Jęzory z prostym przekazem: „Bądź silny do końca".

Spektakl jest w dużej mierze definiowany przez scenografię Eweliny Węgiel, zlepioną z artefaktów odnalezionych na dworskim strychu, folwarcznym lamusie, tych wszystkich weteranów dawnych wnętrz wszelakich, owych mebli, drzwi wchodzących w ziemię, zawieszonych między bytem a niebytem. Wyglądają niczym schody zstępujące w kolejne kręgi pustki i niepamięci. Żywą dramaturgię spektaklu podkreślają projekcje wideo, ujmowane z kamery w aktorskich rękach. Trzeba też koniecznie zwrócić uwagę na przemyślaną różnorodność kostiumów Tomasza Armady, a szczególnie na kreację Widma, zszytą z folii, jak na ubiór pozbawionej życia przystało. Ta transparentność post mortem znakomicie wpisuje się w psychologię postaci, uwypukla jej złożoność.

Przedstawienie jest aktorsko wyrównane na wysokim poziomie. Widać, iż przyjęta przez reżysera metoda pracy z zespołem, to widoczne od razu wymagające partnerstwo sceniczne, sprawdziła się, tworząc efekt synergiczny. Obopólne zaufanie emanuje ze sceny, dając znakomity efekt. Należy jednak przede wszystkim wyróżnić Joannę Żurawską w roli Widma Matki, postaci dla dramaturgii przecież kluczowej, spoiwa intrygi. Artystka gra ofensywnie, odważnie, rzec można demiurgicznie rządząc tekstem i jego znaczeniami, konsekwentnie dyrygując narracją ze sceny, spinając dwa światy, dzieląc i rządząc. Jak to się dziś chętnie mówi, kradnie show. W znakomitej formie jest obchodzący jubileusz 45- lecia pracy artystycznej Wojciech Siedlecki, budujący postać rozdygotanego, zakurzonego oficjalisty Kozdronia, w pełnym spektrum egzystencjalnych lęków. Roland Nowak jako Dyapanazy Nibek z sukcesem rozpina trudną rolę w, nomen omen, tragifarsowym diapazonie. Intrygująco dojrzały debiut zalicza na gnieźnieńskiej scenie Natalia Emilia Szczypka, studentka trzeciego roku Akademii Teatralnej w Warszawie, tu jako kuzynka Aneta Wasiewiczówna, zwiewny, zaborczy wamp, niepozostawiający nikogo obojętnym, na scenie i widowni. Z kolei Dominik Rubaj – jako nieznany jeszcze światu poeta Jęzory Pasiukowski, znacząco uwiarygadnia rozedrganie postaci, szczególnie w scenie kompulsywnej mocy twórczej, gdy niemalże tryska tekstem na sprzęty i ściany.

Teatr Fredry w Gnieźnie to przestrzeń zdecydowanie przyjazna dla ambitnych debiutów, bo z takim ewidentnie mamy tu do czynienia. Dyplom Jana Marka Kamińskiego to przedstawienie zaskakująco dojrzałe, spójne w zamyśle i realizacji, frapujące i magnetyczne. To dający sporo do myślenia manifest, jak to reżyser określa, teatru apokaliptycznego. Witkacy to wybór w tym kontekście wyśmienity. Warto uważnie śledzić przyszłe realizacje Kamińskiego. Mam wrażenie, solidnie graniczące z pewnością, iż będzie o nim głośno. Świetnie czuje kluczową w tej sztuce, ale i w sztuce w ogóle frazę: „Artyści to także rodzaj widm, tylko tu, na ziemi.". Zawieszeni między iluzją i deziluzją, wiarą i niewiarą, jawą i snem, przeszłością i przyszłością. Jest z czego czerpać. Powodzenia zatem.

Kończący się sezon we Fredrze był znakomity. Najpierw „Sędziowie" Anny Augustynowicz, potem „966, czyli zmierzch bogów" Marcina Libera, a teraz „W małym dworku" Jana Marka Kamińskiego. Trzy kolejne spektakle, trzy pokolenia twórców, trzy estetyki. Wszystkie wybitne. Ta kapitalna sekwencja premier to konsekwencja przemyślanej i harmonijnej polityki repertuarowej Teatru.

Za ten sezon wielkie brawa dla Joanny Nowak i Marii Spiss. Z niecierpliwością czekamy na następny.

Tomasz Mlącki
Dziennik Teatralny Warszawa
25 maja 2023

Książka tygodnia

Bieg po linie
Wydawnictwo MANDO
Maria Malatyńska, Jerzy Stuhr

Trailer tygodnia