Witkacy się ogolił i i popełnił samobójstwo

rozmowa z Januszem Deglerem

Witkacy nadawał się do kina. Miał urodę amanta, niebywałą mimikę twarzy i pańską postawę. Podobno myślano o tym, żeby go obsadzić w "Trędowatej". Może w roli ordynata Michorowskiego - z Januszem Deglerem rozmawia Jacek Szczerba. Dziś 70. rocznica śmierci Witkacego i premiera książki "Witkacego portret wielokrotny".

Jacek Szczerba: W książce "Witkacego portret wielokrotny", którą pan właśnie wydał, Witkacy jawi się jako postać niezwykle tajemnicza. Choćby jego śmierć, której 70. rocznicę obchodzimy w piątek. Wiadomo, gdzie popełnił samobójstwo, wiadomo, gdzie go pochowano, ale wiadomo też, że na cmentarzu w Zakopanem zamiast niego leży w grobowcu rodzinnym jakaś młoda kobieta.

Janusz Degler: To długa historia. Witkacy opuścił Warszawę we wtorek 5 września 1939 roku razem z Czesławą Oknińską-Korzeniowską, z którą od 1929 roku łączył go burzliwy romans. Prawdopodobnie 14 września dotarli do wsi Jeziory na Polesiu i zatrzymali się u jego przyjaciela z carskiego wojska -Walentego Ziemiańskiego. Około południa 17 września radio podało wiadomość o wkroczeniu Armii Czerwonej na ziemie polskie. Następnego ranka Witkacy zdecydował, że popełnią razem samobójstwo. Powiedział: "To dziś". Ogolił się i wyszli do pobliskiego lasu, gdzie znaleźli duży dąb. Pod nim Witkacy rozpuścił w garnuszku z wodą tabletki luminalu i cybalginy. Zawartość wypiła Czesława, on zaś zażył pastylki efedryny na pobudzenie krążenia krwi. Ona, zasypiając, widziała jeszcze, że Witkacy podcina sobie żyletką żyły, najpierw na przegubie lewej ręki, potem na prawej nodze, a ponieważ krew nie płynęła, przecina obie tętnice na szyi. Czesława budzi się po jakimś czasie, ma torsje i ponownie traci przytomność. Odnajdują ich mieszkańcy Jezior wysłani na poszukiwanie przez Ziemiańskiego. Witkacego pochowano nazajutrz na małym prawosławnym cmentarzyku nad jeziorem. Nadal nieprzytomna Czesława nie mogła uczestniczyć w pogrzebie, ale brali w nim udział liczni mieszkańcy Jezior, żyjący jeszcze w latach 80. i 90., którzy dobrze zapamiętali to dramatyczne wydarzenie. 

Co się później działo z Czesławą? 

- Opuściła Jeziory 24 września, polecając miejscowemu kowalowi, aby na krzyżu postawionym na mogile Witkacego umieścił miedzianą tabliczkę z jego imionami i nazwiskiem oraz datą urodzin i śmierci. 

Powróciła do Warszawy i zdała relację z tego, co się wydarzyło, przyjacielowi Witkacego - Mieczysławowi Choynowskiemu, który w 1985 roku opublikował ją w paryskiej "Kulturze". Niedoszłe samobójstwo oraz pobyt w obozach koncentracyjnych, m.in. Ravensbruck i Mauthausen, do których została wywieziona po Powstaniu Warszawskim, odcisnęły piętno na jej psychice. 

Po wojnie pracowała w Instytucie Wydawniczym PAX, gdzie była m.in. sekretarką dyrektorki Janiny Kolendo. Zmarła w grudniu 1975 roku. Niedługo przed śmiercią spisała swe wspomnienia z roku 1939, a pani Kolendo, za moją radą, opublikowała je w "Kierunkach". 

Kiedy powstał pomysł sprowadzenia zwłok Witkacego? 

- Już w 1946 roku zawiązał się komitet, który zamierzał pochować Witkacego na Pęksowym Brzyzku, starym cmentarzu w Zakopanem, gdzie są groby jego rodziców. Nie udało się do tego doprowadzić z powodów politycznych. Ekshumacja z terenów zaanektowanych dopiero co przez ZSRR wymagałaby zgody najwyższych władz. W połowie lat 70. podobne starania podjął Włodzimierz Ziemiański, któremu ojciec zlecił to na łożu śmierci. Ziemiański pisał w tej sprawie do różnych instytucji, ale spotykał się z milczeniem albo odmową. 

Zwrócił się też do Jarosława Iwaszkiewicza, który w liście z maja 1979 roku zapewnił go, że "sprawa ta leży na sercu nie tylko mnie, ale całemu Związkowi Literatów Polskich", ale "natrafia ona jednak zawsze na przeszkody trudne do przezwyciężenia". 

Istotną rolę w tej sprawie odegrali państwo Stefan i Maria Flukowscy, którzy po wojnie opiekowali się Jadwigą Witkiewiczową, schorowaną, pozbawioną mieszkania i środków do życia. Po jej śmierci (grudzień 1968) postarali się, by miejsce pochówku Witkacego zostało upamiętnione. Zwrócili się o pomoc do radzieckiego generała Samijła Molko, pochodzącego z Jezior, ale mieszkającego w Warszawie. Dzięki jego wstawiennictwu duży bazaltowy głaz położono w miejscu wskazanym przez żyjących świadków pogrzebu Witkacego. Wyryto na nim napis w języku ukraińskim i polskim, podający zresztą błędnie, że urodził się on w Krakowie, a wiadomo, iż przyszedł na świat w Warszawie. 

Dlaczego zatem, pomimo wieloletnich oporów, doszło do sławetnej ekshumacji z roku 1988? 

- Była ona rezultatem porozumienia, które gen. Jaruzelski zawarł z Gorbaczowem wiosną 1987 roku, wedle którego Rosjanie zgodzili się na sprowadzenie do Polski szczątków króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, oddanie części księgozbioru Ossolińskich znajdującego się we Lwowie i na ekshumację Witkacego. W Ministerstwie Kultury i Sztuki powołano specjalny zespół, ale zabrakło w nim badaczy Witkacego, przede wszystkim Anny Micińskiej, która, dobrze znając różne jego dolegliwości i choroby, mogła pomóc w identyfikacji zwłok. Nie było też w tym zespole Włodzimierza Ziemiańskiego, świadka pogrzebu Witkacego. Ekipie, która wyjechała do Jezior, przewodniczył wiceminister Kazimierz Mołek. Był w niej także pisarz Wojciech Żukrowski. Dopiero w ostatniej chwili włączono doń, na jego usilną prośbę, krewnego pisarza Macieja Witkiewicza i Stefana Sokołowicza jako posiadacza największej kolekcji fotografii Witkacego. Przy ekshumacji, przeprowadzonej 11 kwietnia 1988 roku, ze strony polskiej byli tylko dwaj urzędnicy konsularni i Sławomir Anioł z Biura Opieki nad Grobami Obcokrajowców. Ukrainę reprezentowali deputowani, urzędnicy, biegły sądowy i prokurator. Odsunięto głaz i zaczęto kopać. Najpierw natrafiono na zwłoki niemowlęcia, co trochę zdeprymowało ekipę. Przesunięto się więc o pół metra i dokopano do szkieletu w dość dobrym stanie. Profesor antropologii z Kijowa stwierdziła, co zostało odnotowane w protokole, że są to "szczątki szkieletu nieboszczyka płci męskiej, rasy europejskiej około 54-55 lat". Zwłoki włożono do cynowej trumny i opieczętowano, a następnie umieszczono ją w pięknej trumnie dębowej. 

Podczas uroczystej kolacji w Równem Maciejowi Witkiewiczowi przekazano przedmioty znalezione w grobie - kilka białych guzików, pasek mogący objąć szczupłą osobę oraz coś, co przypominało pierścionek lub skuwkę od łaski 

- i kilkanaście zdjęć wykonanych podczas ekshumacji. Gdy Witkiewicz i Okołowicz zobaczyli w hotelu te zdjęcia, ogarnęło ich przerażenie. Na jednym z nich widać było czaszkę z dobrze zachowanym, niemal pełnym uzębieniem, a wiadomo, że Witkacy od połowy lat 30. miał sztuczne szczęki. Swoje wątpliwości zgłosili Molkow i następnego dnia zdjęcia im odebrano. Ale Okołowicz zachował się przytomnie i wcześniej sfotografował komplet owych zdjęć. 

14 kwietnia 1988 roku odbył się w Zakopanem wspaniały pogrzeb. 

- Przyjechało kilkaset osób z całej Polski. Mszę odprawił ksiądz Tischner, ale bezpieka odcięła kable od głośników i jego piękną homilię słyszeli tylko ci, którzy byli we wnętrzu kościółka. Trumnę złożono w grobie matki Witkacego. Wiadomość, że zamiast Witkacego pochowano kogoś innego, pierwszy podał Tadeusz Burzyński we wrocławskim tygodniku "Sprawy i Ludzie". Ówczesny minister kultury Aleksander Krawczuk, który zresztą przemawiał na pogrzebie, zażądał od redaktora naczelnego wyciągnięcia konsekwencji dyscyplinarnych w stosunku do Burzyńskiego. Ale interwencja ministra na nic się już zdała. Wkrótce Okołowicz w "Tygodniku Powszechnym" dokładnie opisał wątpliwości związane z ekshumacją. Temat powrócił w wolnej Polsce. 

- Znowu dzięki Włodzimierzowi Ziemiańskiemu, który interweniował u posła ziemi rzeszowskiej Stanisława Rusznicy, a ten w lutym 1994 roku złożył w Sejmie interpelację. Nowy minister kultury Kazimierz Dejmek powołał kolejną komisję ds. pochówku Witkacego. Byli w niej m.in. profesorowie antropologii Tadeusz Dzierżykray-Rogalski i Elżbieta Promińska, dr Mirosław Parafmiuk, Anna Micińska i ja. Zdecydowaliśmy o przeprowadzeniu ekshumacji w Zakopanem, co stało się 26 listopada 1994 roku. Gdy w prosektorium miejscowego szpitala otwarto trumnę, antropolodzy stwierdzili, że są w niej zwłoki kobiety w wieku 25-30 lat o wzroście około 164 cm, być może zmarłej w połogu, co wyjaśniałoby, dlaczego najpierw znaleziono zwłoki niemowlęcia. 

Sugerowaliśmy, żeby pochować kobietę w innym miejscu cmentarza, ale wymagałoby to wszczęcia odrębnej procedury i zgody kurii krakowskiej, poza tym Maciej Witkiewicz powiedział: "Skoro ją przywieziono i złożono w grobie mojej ciotki, niech tam leży". Komisja podjęła dwie decyzje zaaprobowane przez Dejmka: po pierwsze, należy umieścić w Jeziorach tablicę informującą: "Na tym cmentarzu spoczywa Stanisław Ignacy Witkiewicz", po drugie, trzeba przywrócić dawną tablicę na grobie jego matki. Komisja uznała też, że nie powinno się prowadzić w Jeziorach dalszych poszukiwań szczątków Witkacego, uznając, że miejsce jego spoczynku ma wymowę symboliczną. Wydarzenia z roku 1988 wywołały falę fantastycznych plotek. Wedle jednej trumna ze zwłokami Witkacego została we wrześniu 1939 roku potajemnie nocą sprowadzona do Biblioteki Ossolineum we Lwowie i w niej ukryta. Druga mówi, że Witkacemu udało się wtedy przedostać do Rumunii, a stamtąd do Australii, gdzie oczekiwał na niego jego przyjaciel Bronisław Malinowski. 

O wyjaśnieniu jakich innych tajemnic Witkacego pan jeszcze marzy? 

- Jest ich kilka. Jedna wiąże się z udziałem Witkacego w wyprawie Malinowskiego na Nową Gwineę. W lipcu 1914 roku dopłynęli do Australii i jako uczestnicy kongresu naukowego przejechali ją wzdłuż, od Perth do Sydney. Na Nową Gwineę nie pojechali jednak razem, bo Witkacy na wiadomość o wybuchu I wojny światowej postanowił wrócić do kraju, aby walczyć na froncie. Chciał zginąć, bo czuł się odpowiedzialny za śmierć swej narzeczonej Jadwigi Janczewskiej, która w lutym 1914 roku zastrzeliła się w Dolinie Kościeliskiej. Co prawda zostawiła list, w którym nikogo nie obwiniała o swą śmierć, ale środowisko zakopiańskie uznało, że przyczynił się do niej Witkacy. Jego rozstanie z Malinowskim poprzedziła sprzeczka, w które j- ten prawdopodobnie wypomniał Witkacemu w obecności innych osób, że pożyczył mu pieniądze na wspólną wyprawę. Witkacy mocno to przeżył. 5 września 1914 odpłynął do Europy, co Malinowski w swym "Dzienniku" skomentował z emfazą: "Zakopane bez Stasia! Nietzsche zrywa z Wagnerem". Po Malinowskim pozostało bogate archiwum, które znajduje się na uniwersytecie w Yale. Ale nie ma w nim zdjęć wykonanych przez Witkacego podczas kilkunastu dni pobytu na Cejlonie i podróży australijskiej, nie ma także jego rysunków. A przecież Malinowski zatrudnił go jako rysownika i fotografika wyprawy. 

Tajemnica druga. 

- Trzeba pamiętać, że z dorobku literackiego Witkacego zachowała się tylko część. Napisał prawdopodobnie 42 dramaty, które znamy z tytułów. Zachowały się 22 i fragmenty kilku innych. Wiadomo, że w 1944 roku Jadwiga Witkiewiczowa starannie zapakowała rękopisy męża i przeniosła je do piwnicy domu przy ulicy Grójeckiej, gdzie mieszkała jej przyjaciółka. Były tam rękopisy rozpraw filozoficznych i, co najważniejsze, był dziennik, który Witkacy prowadził w ciągu czterech lat spędzonych w Rosji, od połowy października 1914 roku do końca czerwca 1918, kiedy powraca do Polski. Dzięki dokumentom zachowanym w archiwach wojskowych w Moskwie i Rembertowie możemy dokładnie zrekonstruować przebieg jego służby w elitarnej Lejb Gwardii Pawłowskiego Pułku. Wiemy, że ukończył przyspieszoną szkołę oficerską i że 17 lipca 1916 roku został ciężko ranny w bitwie nad rzeką Stochod. Prawdopodobnie trafili go odłamkiem żołnierze II Brygady Legionu Polskiego broniący drugiego brzegu rzeki. Na front już nie wrócił. Służbę w armii carskiej zakończył po rewolucji październikowej. Zgłosił akces do tworzących się formacji polskich, ale go nie przyjęto. Potem następuje kilkumiesięczna luka aż do maja 1918 roku. Nie wiadomo, co się z nim wtedy działo. 

Tajemniczy jest też związek Witkacego z Józefem Piłsudskim. Chciał namalować jego portret, ale mu się to nie udało. 

- Rodzina Witkiewiczów była spokrewniona przez Bilewiczów z Piłsudskim. Witkacy mógł do niego mówić: wujaszku. Ojciec Witkacego uwielbiał Piłsudskiego i uważał go za męża opatrznościowego. Dawał temu wyraz w listach do syna. Piłsudski odwiedził go w Lowanie na Istrii, gdzie przebywał na leczeniu. Bardzo bolesna dla Stanisława musiała być wiadomość, że jego syn wstąpił do carskiego wojska, a nie do Legionów, choć w praktyce było to niemożliwe, bo Witkacy jako obywatel rosyjski nie mógł wtedy wrócić do Zakopanego. Po wojnie marzeniem Witkacego było wykonanie portretu Piłsudskiego. W 1930 roku marszałek przeczytał zabawny Regulamin Firmy Portretowej "S.I. Witkiewicz", który go rozśmieszył. Przypomniał sobie o krewniaku. Wyraził chęć pozowania, mimo iż tego nie lubił. Witkacy został zaproszony na audiencję do Belwederu, na którą Piłsudski się spóźnił. Ich rozmowa trwała krótko. Ponoć Piłsudski lekceważąco wyraził się o ich koligacjach, czym uraził Witkiewicza. Marszałek nie miał wtedy czasu i do malowania nie doszło. Ale w czerwcu 1931 roku Witkacy sportretował w Sulejówku żonę Piłsudskiego Aleksandrę i jego dwie córki. 

Tajemniczy jest flirt Witkacego z kinem. W roku 1927 Ryszard Ordyński obsadził go w "Mogile nieznanego żołnierza" wg powieści Andrzeja Struga. Witkacy miał grać gimnazjalnego profesora Głowińskiego, podkochującego się w żonie głównego bohatera, który jest na froncie. Nie zachowały się niestety listy, które wyjaśniłyby, dlaczego Witkacy porzucił plan filmowy. 

- Witkacy intensywnie pracował wówczas nad powieścią "Nienasycenie". Przyjechał do Krakowa na zdjęcia. Z listów do żony wynika, że irytowało go długie oczekiwanie na planie. Jednego dnia ucharakteryzowano go na żółto, jak pisał, "na mongolskiego alfonsa", ale zdjęcia znowu odwołano. A Witkacy był człowiekiem niesłychanie ceniącym czas. Miał bardzo uporządkowany, program dnia, którego rygorystycznie przestrzegał. Będąc wówczas w gorączce pisania powieści, w końcu się zdenerwował i wrócił do Zakopanego. Witkacy nadawał się do kina. Miał urodę amanta, niebywałą mimikę twarzy i pańską postawę. Podobno myślano o tym, żeby go obsadzić w "Trędowatej". Może w roli ordynata Michorowskiego. Później dostał propozycję udziału wjakimś filmie w Berlinie. Radził się Jadwigi, czyją przyjąć, ale uznał, że może to go ośmieszyć. Były to już lata 30., kończył właśnie kolejną wersję "główniaka", czyli swego najważniejszego traktatu filozoficznego. Był jednak wielkim miłośnikiem kina. Lubił m.in. Chaplina, Bustera Keatona i Garego Coopera. 

Bardzo późno, i to też wygląda tajemniczo, bo dopiero 27 czerwca 1938 roku, Witkacy po raz pierwszy w życiu poleciał samolotem. Relację z tego lotu opublikował w "Tygodniku Ilustrowanym". 

- W roku 1936 Witkacy odkrył niespodziewanie, że ma lęk wysokości. Bardzo go to zdeprymowało. Był przecież znakomitym taternikiem, wspinał się na najważniejsze szczyty Tatr, polskich i słowackich. Ktoś mu poradził, że sposobem na lęk wysokości może być lot samolotem. Witkacy pofrunął z Katowic do Warszawy. Napisał o rym reportaż o charakterze psychologicznym. Opisał swoje doznania, podobnie jak dokładnie notował swoje przeżycia podczas zażywania peyotlu. Bardzo mu się to spodobało, dlatego zatytułował tekst "Wrażenia ze spóźnionego niestety pierwszego lotu aeroplanem". 

Lotu już nigdy nie powtórzył, ale ośmieliło go to dojazdy kolejką na Kasprowy Wierch. Witkacy słynął z ekstrawaganckich zachowań, z prowokowania ludzi. 

Cytuje pan w książce Nadzieję z Druckich O\'Brien de Lacy, którą Witkacy zaprosił w Warszawie do kawiarni, gdzie przy jego stoliku siedziała też znajoma doktor filozofii i prostytutka. Witkacy cały czas milczał, obserwując, jak te trzy kobiety zachowają się razem. 

- Witkacy tworzył wokół siebie teatr i znakomicie się czuł jako reżyser i aktor tego teatru życia. Zachowała się opowieść o rym, jak w Warszawie został zaproszony przez bogatego przemysłowca, który chciał się popisać przed znajomymi, że zna modnego malarza. Witkacy przyjął zaproszenie, ale postawił warunek, że przyjdzie z przyjaciółmi, na co gospodarz chętnie się zgodził. Witkacy powiadomił więc kilku przyjaciół, gdzie mają się stawić, a przy okazji zabrał z ulicy przypadkowe osoby podejrzanej konduity. Całe to towarzystwo wtargnęło do pięknych salonów mieszczańskiego domu. W mgnieniu oka zjedli wszystko ze stołu i wypili wszystkie trunki. A Witkacy bawił się, krążąc między gośćmi i obserwując reakcje zaskoczonych gospodarzy. Dziś uznalibyśmy go za genialnego happenerra albo pierwszego w Polsce performera. 

Inna tajemnicza skłonność Witkacego to kolekcjonowanie potworności. 

- To były cztery "albumy osobliwości", w których gromadził przeróżne kurioza. 

Była wśród nich podwiązka żony Augusta Zamoyskiego, kawałek ludzkiej skóry z tatuażem, niedopałek papierosa Piłsudskiego, seria pornograficznych akwarel Tymona Niesiołowskie-go, zdjęcia znanych osób, np. młodego Artura Rubinsteina, i list erotomania kończący się słowami: "Twoich rak niewolnica". 

Pokazywał je przyjaciołom oraz klientom Firmy Portretowej, gdy musieli czekać na seans malarski. Oglądali je tak, jak się dziś przegląda kolorowe pisma w poczekalni u dentysty. 

Witkacy zbierał też laski kobiet o dziwnych nazwiskach - miał laski Katarzyny Kobro, Krystyny Ejbol i Erny Hadrjan - oraz laski zwolenników Stronnictwa Narodowego. Bardzo ucieszył się, gdy dostał laskę Romana Dmowskiego. Z laską został zresztą pochowany. 

*** 
Janusz Degler (ur. 1938), prof. Uniwersytetu Wrocławskiego i tamtejszej PWST. Witkacym zajmuje ponad 40 lat. przewodniczy Komitetowi Redakcyjnemu Dzieł Zebranych Stanisława Ignacego Witkiewicza wydawanych przez PIW.

Jacek Szczerba
Gazeta Wyborcza - dodatek Duży Format
19 września 2009

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia