Władza ze wszystkich stron

"Maria Stuart" - reż. Grzegorz Wiśniewski - Państwowa Wyższa Szkoła Filmowa Telewizyjna i Teatralna im. Leona Schillera

Dwie kobiety brutalnie walczące o władzę, intrygi ukrywających się za ich plecami doradców, konferencje prasowe i zakulisowe rozmowy - wbrew pozorom nie mówimy tu o kampanii wyborczej do sejmu, tylko o pierwszym w tym roku dyplomie studentów Wydziału Aktorskiego Szkoły Filmowej. Grzegorz Wiśniewski zrealizował z nimi "Marię Stuart" Fryderyka Schillera.

Być może podejmując decyzję repertuarową, reżyser nie zdawał sobie sprawy z podobieństwa przedstawionej sytuacji do realiów polskiej kampanii wyborczej, ale już pomysł, by wyznaczyć premierę dwa tygodnie przed głosowaniem musi być odczytany jako chęć zabrania głosu w sprawie polityki. Nie opowiedzenia się za czy przeciw konkretnej partii, ale opowiedzenia o mechanizmach zdobywania i utrzymywania władzy i konsekwencjach płynących z zajmowania się polityką dla zamieszanych w nią - jak to się mówi - aktorów sceny politycznej. Biada podrzędnym istotom, gdy wchodzą pomiędzy ostrza potężnych szermierzy - twierdził Hamlet. Parafrazując jego słowa, można by powiedzieć, że biada także potężnym istotom, gdy ich zatrute jadem ostrza rozdają i parują ciosy w politycznej szermierce.

Wiśniewski pokazał to w sposób nowoczesny, subtelnie uwspółcześniając zarówno tekst (przekład Jacka Burasa), jak i przedstawiony na scenie świat (stroje aktorów, rekwizyty - mikrofony, papierosy). Nie ma tu jednak mowy o jakichś postdramatycznych ekstrawagancjach, filmowych projekcjach czy dopisywaniu tekstu przez zakochanego w sobie dramaturga. Są rytmicznie podawane, ale brzmiące naturalnie kwestie wyrazistych postaci, których relacje gmatwają się nieustannie w sieci intryg. To świat, w którym cios może przyjść z każdej strony, ale tak naprawdę przychodzi do bohaterów z ich własnego wnętrza. By to zobrazować, reżyser postawił na (scenie) lustra.

Ściany luster jako główny element scenografii widzieliśmy już w Łodzi nie raz. Można powiedzieć, że to znak firmowy reżyserów związanych z Teatrem Jaracza, którzy jako mistrzowie pracują też z młodymi aktorami w Studyjnym (Wiśniewski użył ich w "Brzydalu"). Zawsze daje to spektakularny efekt, niesie też ze sobą liczne metaforyczne znaczenia. Aktorzy oglądani ze wszystkich stron to zawsze sugestia jakiegoś głębszego wglądu w mechanizm zdarzenia, zwielokrotniony obraz odbity w ustawionych naprzeciw siebie lustrach to metafizyka, a publiczność patrząca na swoje odbicie to zaproszenie, by postawić sobie trudne pytania. W "Marii Stuart" lustro oznacza osaczenie i kontrolę. Problem w tym, czy ta metaforyka nie jest aby zbyt łatwa?

Lustra na scenie wymagają bardzo precyzyjnego oświetlenia. "Maria Stuart" w Studyjnym może tu świecić przykładem. Reżyseria światła (podobnie jak scenografia autorstwa Grzegorza Wiśniewskiego) jest perfekcyjna. Scena, w której dwie rywalki (Maria Stuart grana przez Marię Dębską i Elżbieta - Maja Pankiewicz) siedzą na dwóch końcach stołu, a między nimi leży świecące odbitym światłem królewskie futro, mogłaby pozostać samym obrazem, a i tak nie straciłaby wiele ze swej wymowy. Co nie znaczy, że aktorzy (a zwłaszcza aktorki) mają w niewątpliwym sukcesie, jakim jest to przedstawienie, mniejszy udział. Reżyser w młodym zespole znalazł godnych siebie partnerów.

Mai Pankiewicz udało się stworzyć postać skomplikowaną wewnętrznie. Elżbieta musi udawać zdecydowaną i bezwzględną, choć wcale taka nie jest. Trzeba więc zagrać osobę grającą kogoś innego, co wcale nie jest łatwe. W dodatku jej działania mają bardzo złożone motywacje, z których sama bohaterka nie zdaje sobie sprawy. Chciałaby zemścić się na Marii, ale wcale nie z powodu politycznej rywalizacji, tylko z zazdrości o powodzenie u mężczyzn. Z kolei Maria Stuart-Dębska nie tylko potrafi pokazać dumę niepokornej ofiary, ale i panikę skazańca, który traci ostatnią nadzieję. W kapitalnej scenie finałowej nerwowo zjada noszone w torebce jabłko, jakby zamiast ostatnim papierosem chciała się pocieszyć kilkoma gryzami królewskiej władzy.

Panowie mają mniejsze pole do popisu. Najciekawszą postać miał do zagrania Bartosz Sak (Leicester) - stary dworski wyjadacz, a jednocześnie kochanek obu królowych. Młody aktor miał w sobie coś ze zblazowanego arystokraty, widać też było, że elegancki strój nie jest dla niego nowością, która odbiera pewność ruchów. Miał za to kłopot z papierosami, które reżyser niepotrzebnie kazał mu palić w każdej prawie scenie - trudno jednocześnie palić i płynnie wygłaszać monologi. Podobny kłopot z rekwizytami miał Michał Floriańczyk, dobry jako francuski ambasador, dużo gorszy jako strażnik Marii. Gdy skonfiskował jej biżuterię, toczył nierówną walkę z przedmiotami, które miał schować do plastikowej koszulki, i z dokumentami do podpisu. Udanie zaprezentował się Krzysztof Rogucki w roli młodego Davidsona. Gdy patrzyło się, jak odsuwa od siebie dokument z wyrokiem śmierci na Marię, czuło się solidarność ze wszystkimi ofiarami instytucjonalnych hierarchii. Królowie, prezesi, dyrektorzy uwielbiają zlecać kłopotliwe zadania ludziom stojącym niżej w hierarchii. W razie czego jest kogo obarczyć winą za porażkę. W "Marii Stuart" za zwycięstwo, które jest moralną porażką, wszyscy płacą solidarnie.

Spektakl jest pełen inteligentnej przekory. Ileż ironii jest na przykład w scenie, gdy właściwie naga, obnażona przez strażnika Maria (jej nagie piersi w kilkunastu lustrach - gdzież skromnie wzrok odwrócić!) domaga się w dumnym przemówieniu spotkania z katolickim księdzem, a nie pastorem. Albo gdy Królowa żąda: Przy mnie proszę nigdy nie mówić o słabości kobiet! Zupełnie jakbym słyszał...

Piotr Grobliński
www.e-kalejdoskop.pl
13 listopada 2015

Książka tygodnia

Pomarli
Wydawnictwo Czarne
Waldemar Bawołek

Trailer tygodnia

" frameborder="0" allowfullscreen>
20. Festiwal Teatru Po...
Ewa Wiśniewska
Spotkanie laureatów Wielkiej Nagrody ...