Włoski faszyzm i palarnia opium

"Kochankowie z Werony" - reż. Jacek Głomb - Teatr im. H. Modrzejewskiej

Mieszanki bywają niekiedy bardzo dobre. Lubię mieszanki cukiernicze i studenckie oraz mieszanki wybuchowe. Drażni mnie jednak nieuzasadnione mieszanie tematyczne i symboliczne, szczególnie w teatrze

Trudny do obrony jest spektakl, gdy konwencja miesza się z wyobrażeniami o teatrze ogromnym, burząc kompozycję i dobre chęci realizatorów. „Kochankowie z Werony” Teatru Modrzejewskiej w Legnicy i Jacka Głomba pokazani z okazji kolejnych, udanych urodzin Szekspira, pretendują do wydarzenia, jednak tylko lokalnego, wpisanego bardzo uroczyście i personalnie w Dolne Miasto w Gdańsku. Cieszy niewątpliwie żarliwość edukacyjna i kulturalna Fundacji Theatrum Gedanense i Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego pozwalająca rewitalizować społecznie i jakościowo marginalizowaną dzielnicę Gdańska, tym razem zabrakło konsekwencji reżyserskiej, aby wyjątkowo pojemną tragedię wpisać dosłownie w realia miejsca i czasu.

Jacek Głomb zachował szekspirowską ideę miłości Romea i Julii wbrew regułom i rozsądkowi, pozwolił sobie jednak przenieść akcję dramatu w realia XX-wieczne, do czasów kiełkującego faszyzmu włoskiego, podpierając się również dekadencją klas średnich, owładniętych różnymi pokusami, w tym ulegającym nałogom narkotykowym i prowadzącym życie rozwiązłe. Klimaty włoskiego realizmu, czyli mieszanka sielankowości, nadobnej i nerwowej pobożności, wzbogaconej pruderią i ludowością wespół z porywczością tego narodu z południa Europy, to tło wydarzeń zmierzających do pesymistycznego finału. Konformizm, relatywizm i oportunizm prowadzą do wynaturzeń rodzinnych i narodowych z dojmującym brakiem wartości uniwersalnych. W zakończeniu triumfuje demagogia faszystowska, której ofiarami stają się wszyscy bohaterowie tragedii, każdy na swój sposób. Rodziny Capulettich i Montecchich ulegają boleśnie naporowi fanatyzmu politycznego, którego uosobieniem jest Parys, czerpiący wcześniej zyski z układów z obiema rodzinami.

Dramat Szekspira został bardzo okrojony tekstowo, nie poznajemy głębiej żadnej z postaci, nie dochodzimy także do przekonania o słuszności pomysłu inscenizacyjnego. Klamrowe ujęcie spektaklu scenami projekcji włoskich kronik filmowych spina przedstawienie, choć nie wyjaśnia w spektaklu niczego. Szekspirowski uniwersalizm postaci i zachowań pozostał w cieniu wydarzeń z Mussolinim w roli wiodącej. Raził chaos interpretacyjny, który dekomponował całość i wpływał na osłabienie tempa spektaklu. Obok scen symbolicznych, pojawiły się sceny ubogie w wymowę, a nawet zupełnie niepotrzebne. Ciekawym pomysłem była próba pokazania klimatu włoskiej małomiasteczkowości, jednak reżyser nie poszedł długo tym tropem, bo skupił się na dekadenckich skłonnościach elit, potem na faszyzmie. Widz był świadkiem małżeńskiego układu Capulettich, w którym panowała przemoc i uzależnienie, czy prymitywnych stosunków Parysa z kochanką, ale także był świadkiem śmierci Merkucjego stylizowanej na słynną scenę w polskim kinie, kiedy pośród rozwieszonych prześcieradeł ginie Maciej Chełmicki, bohater „Popiołu i diamentu” w reżyserii Andrzeja Wajdy. Miało się wrażenie, że tylko kilka scen wygranych jest do końca, inne pokazane w pośpiechu, nie budowały smaków i smaczków wybranej drogi interpretacyjnej. Szkoda, ponieważ niektóre z postaci mogły bardzo wiele pokazać.

Romeo (Rafał Cieluch) i Julia (Magda Skiba) to para kochanków bardzo życiowo uświadomionych. Romeo ugania się za kobietami, ze wskazaniem na Rosalinę (Magda Biegańska), a Julia sceptycznie podchodzi do życia, mając matkę uzależnioną od swego drugiego męża, który znęca się fizycznie nad Julią. Wydaje się, że kobiety mają coś do powiedzenia u Jacka Głomba, jednak to tylko pozory. Julia umie tylko na chwilę wejść w rolę buntowniczki, Viola (Zuza Motorniuk) forsuje własne zdanie, zbierając ciosy od Parysa (Paweł Palcat), a służąca Capulettich, Marta (Joanna Gonschorek) to romantyczka i zaradna kobieta, jednak nie umie ochronić Julii. Gonschorek zagrała ciekawie, prowadząc postać w miarę lekko i zabawnie, choć można było oczekiwać, że zagra bardziej charakterystycznie. Interesująco zagrał Paweł Wolak jako Ojciec Laurenty, sprowadzając własną franciszkańską misję do roli doradcy, powiernika i deski ostatniego ratunku. Szkoda, że temu wyjątkowemu aktorowi nie pozwolono na bardziej rozbudowaną interpretację postaci, bo we włosko-polskim wydaniu dramatu miałaby wiele jeszcze do wygrania. Lud Werony (mieszkańcy Dolnego Miasta) nie miał nic szczególnego do powiedzenia, na uznanie zasługuje jednak ich zaangażowanie i przełamanie nieśmiałości podczas publicznych wystąpień.

Scenografia Małgorzaty Bulandy nie zaskoczyła, jednak z przestrzenią dawnej zajezdni tramwajowej komponowała się bardzo dobrze. Niekiedy wydawało się, że ustawione na scenie wysokie okiennice, stylizowane na stare, były niefunkcjonalne (aktorzy mieli kłopoty z wejściem i zejściem).

„Kochankowie z Werony” legnickiego teatru zasługują na uznanie przede wszystkim ze względu na kulturalne budowanie przestrzeni dzielnicy Gdańska, włączonej do programu rewitalizacji. Spektakl nie podchodzi nowatorsko do dramatu Szekspira, daje tylko nadzieję, że ten tekst współcześnie wciąż może być odczytywany na nowo, niezależnie od czasu i przestrzeni. Czekam z niecierpliwością na kolejny Festiwal Szekspirowski w Gdańsku i być może niespodzianki artystyczne.

Katarzyna Wysocka
Gazeta Świetojanska1
11 maja 2011
Portrety
Jacek Głomb

Książka tygodnia

Słownik miejsc wyobrażonych
Państwowy Instytut Wydawniczy
Alberto Manguel, Gianni Guadalupi

Trailer tygodnia