Wróżba z kart

"Carmen" - reż. Kasper Holten - Bregenzer Festspiele

Festiwal w Bregencji, austriackim mieście położonym na brzegu Jeziora Bodeńskiego, ma ponad 70-letnia tradycję. Rozpoczęło ją wystawienie w roku 1946, na dwóch połączonych barkach będących sceną i miejscem dla orkiestry, opery Mozarta „Bastien i Bastienne". Powodzenie tego pomysłu i zainteresowanie widzów kolejnymi spektaklami operowymi granymi na scenie na wodzie sprawiło, że przez długi czas doskonalone były warunki sceniczne, aż w końcu w latach osiemdziesiątych powstał budynek z ogromną, amfiteatralną widownią i postawioną na wodzie profesjonalną sceną, pozwalającą realizować najbardziej wyszukane pomysły reżyserskie i scenograficzne.

Festiwal w Bregencji, austriackim mieście położonym na brzegu Jeziora Bodeńskiego, ma ponad 70-letnia tradycję. Rozpoczęło ją wystawienie w roku 1946, na dwóch połączonych barkach będących sceną i miejscem dla orkiestry, opery Mozarta „Bastien i Bastienne". Powodzenie tego pomysłu i zainteresowanie widzów kolejnymi spektaklami operowymi granymi na scenie na wodzie sprawiło, że przez długi czas doskonalone były warunki sceniczne, aż w końcu w latach osiemdziesiątych powstał budynek z ogromną, amfiteatralną widownią i postawioną na wodzie profesjonalną sceną, pozwalającą realizować najbardziej wyszukane pomysły reżyserskie i scenograficzne. Każdego roku (w cyklu dwuletnim) wystawiany jest tu latem spektakl operowy gromadzący co wieczór blisko siedmiotysięczną widownię. W 2017 roku na Bregenzer Festspiele prezentowana jest „Carmen" Bizeta w reżyserii Kaspera Holtena, ze scenografią Es Devlin, kostiumami Anji Vang Kragh i choreografią Signe Fabricius.

Scenografia budzi chyba największe zainteresowanie osób decydujących się na wyprawę do Bregencji. W każdej z poprzednich inscenizacji była imponująca, wystarczy wspomnieć tylko ogromne oko z „Toski" Pucciniego (2007-2008), pojawiające się także w filmie „007 Quantum Of Solace", popiersie wyłaniające się z wody w „André Chénier" Giordano (2011-2012) czy kościotrupa pochylającego się nad otwartą książką, będącą jednocześnie sceną w „Balu Maskowym" Verdiego (1999-2000).

Tym razem zachwycają kolosalne dwie dłonie kobiece trzymające rozsypującą się talię kart. Część z nich już upadła i tworzy rozrzucone pod różnym kątem płaszczyzny, po których będą poruszać się śpiewacy. Mimo że scenografia nie zmienia się, konstrukcja pozwala na wykreowanie różnych miejsc, w który toczy się akcja opery. Jest kolejno placem przed fabryką cygar, oberżą, obozowiskiem przemytników w górach (w tej scenie stworzeniu wyjątkowego nocnego nastroju pomagają płonące wśród kart-skał ogniska), wreszcie oświetlanymi rozbłyskami fajerwerków ulicami Sewilli, które przemierza tryumfujący toreador.

Gdy rozbrzmiewają pierwsze tony uwertury na scenę wbiegają bawiące się dzieci. Za nimi wchodzi samotna, czarnowłosa dziewczynka w czerwonej sukience, z talią kart. Wróży sobie z nich. Gdy odkrywa trzy karty, które zapowiadają coś złego, rozrzuca talię i choć jakiś chłopiec pomaga jej w zbieraniu, ona rzuca karty jeszcze raz i wybiega. Tak rozpoczyna się ten bardzo efektowny spektakl, który wywołuje wielkie wrażenie na widzach chyba bardziej pomysłami inscenizacyjnymi, niż znakomitą stroną muzyczną - pierwsze oklaski odzywają się nie po słynnej Habanerze, lecz dopiero po śmiałej ucieczce Carmen. Tego wieczoru publiczność nie nagrodziła oklaskami żadnego z wykonawców, żadnej słynnej arii czy duetu. Brawa pojawiły się tylko w kilku momentach, wynikających z akcji opery. A oklaski należały się wielokrotnie, nie tylko głównym wykonawcom, bowiem każda z postaci drugoplanowych dobrze wykorzystała okazję do zaprezentowania walorów swego głosu i możliwości aktorskich.

Tytułową bohaterkę kreowała ukraińska mezzosopranistka Lena Belkina, laureatka kilku konkursów wokalnych, związana m.in. ze scenami w Düsseldorfie, Wiedniu czy Tokio. Artystka wydaje się być stworzona do roli Carmen – ciemnowłosa, obdarzona głosem o szlachetnej barwie, znakomicie wywiązywała się z powierzonych jej zadań aktorskich. Partnertował jej jako Don José brazylijsko-niemiecki tenor Martin Muehle. Ale chociaż pięknie brzmiały ich głosy w duetach, brakowało w relacjach bohaterów głębi uczuć. Winię za to Don José'go, który, wbrew fabule, zbyt słabo uwiarygodniał podatność na urok Carmen. Partię Escamilla wykonywał Andrew Foster-Williams, który nie zawiódł w arii toreadora, ale to Melissa Petit występująca w roli Micaëli była prawdziwą konkurentką dla Carmen. Wyposażyła swoją bohaterkę w łagodność i determinację jednocześnie, a jej pełen ciepła sopran brzmiał zachwycająco. Reżyser powierzył ponadto śpiewaczce niezwykłe zadanie - arię z III aktu śpiewała „w górach", na wysokości 20 metrów nad sceną. Jak tam dotarła niech już pozostanie tajemnicą realizatorów.

Dźwięk w takim przedsięwzięciu muzycznym gra ogromną rolę, zwłaszcza, że widzowie mają wrażenie, iż słyszą śpiewających artystów wprost ze sceny, a nie z głośników. Imponujące wrażenie akustyczne sprawia efekt, wędrującego głosu wraz z postaciami poruszającymi się po scenie. Gdy Carmen jest po lewej stronie sceny – jej głos dociera do nas z tego miejsca, gdy za chwilę pojawi się po stronie prawej – usłyszymy ją właśnie stamtąd. Osiągnięcie takiego rezultatu wymaga długiej pracy i jest bardzo skomplikowane technicznie – wystarczy wspomnieć, że wszyscy wykonawcy zaopatrzeni są w mikroporty, a w dekoracjach zamontowanych jest 160 małych głośniczków, które wymagają nieustannej kontroli. Taki spektakl, to za każdym razem wielkie zadanie i odpowiedzialność nie tylko dla dla realizatorów dźwięku, ale też wyzwanie dla całego zespołu realizatorów. Prace nad kolejnymi operami zaczynają się na cztery lata wcześniej, już dziś projektowane są rozwiązania dla spektaklu, który będzie miał premierę w 2021 roku!

Opera grana na scenie położonej nad wodą pozwala wykorzystać ten żywioł do nowych rozwiązań sytuacyjnych. Nad wodą chłodzą się robotnice, które wyszły właśnie z fabryki – piorą części garderoby,wycierają się zmoczonymi szmatkami. Do wody brawurowo wskakuje uciekająca Carmen (w tym momencie zastępuję ją chyba kaskaderka?). Jeden z układów baletowych wprowadza tancerzy (zwłaszcza tancerki) między fale. Wodą przybywają na łodziach przemytnicy. Śmierć Carmen także następuje w wodzie – oszalały z miłości nieszczęsny Don José topi ją w jeziorze. I tym razem nie jest to kaskaderka, a sama wykonawczyni roli tytułowej!

Artystom i chórom (m. in. chórowi praskich filharmoników) na scenie towarzyszy znakomita orkiestra Wiener Symphoniker, w tym spektaklu pod dyrekcją Paolo Carignaniego. Muzycy znajdują się w oddalonej, zamkniętej sali, dyrygent obserwuje przebieg spektaklu na ekranie zamontowanym w pulpicie dyrygenckim, , a śpiewacy widzą jego postać na dużym ekranie ponad widownią.

Podobno trwają zabiegi o stworzenie miejsca dla orkiestry bliżej sceny, być może nastąpi to już za dwa lata. Zmieni się akustyka. I to też może być powód, aby pojechać do Bregencji jeszcze raz.

Anna Podsiadło
Dziennik Teatralny
31 lipca 2017
Portrety
Kasper Holten

Książka tygodnia

Kantor Nie/Obecność
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Katarzyna Fazan

Trailer tygodnia

Dzień Dziecka w Baju P...
Zbigniew Lisowski
Wycieczka po Teatrze Baj Pomorski w T...