Wściekłość i lenistwo

rozmowa z Peterem Brookiem, reżyserem teatralnym

Ten weekend będzie prawdziwym teatralnym rozpoczęciem roku.

Już w piątek (odbyła się) w Starym Teatrze w Krakowie kolejna odsłona świetnego cyklu "re_wizje: sarmatyzm", czyli premiera "Dwunastu stacji" Tomasza Różyckiego w reżyserii młodej czeskiej artystki Evy Rysovej. Książka uhonorowana w 2004 r. Nagrodą Kościelskich to groteskowa opowieść o tradycjach Śląska Opolskiego. 

W sobotę także w Starym Teatrze Michał Zadara i Paweł Demirski spektaklem "Utopia będzie zaraz" opowiedzą o schyłku lat 80. w Polsce - momencie wychodzenia z dziecięcych iluzji i wkraczania w iluzje doby transformacji.

W Warszawie Krystyna Janda przedstawieniem "Wassa Żelazowa" według Gorkiego (w reżyserii Waldemara Raźniaka) otworzy nową scenę. Dawne Kino Ochota zmieni się tym samym w Och-Teatr, miejsce pod artystycznym kierownictwem Marii Seweryn.

Najbardziej oczekiwana jest jednak polska premiera spektaklu "11 i 12" - projektu, jaki Instytut Jerzego Grotowskiego we Wrocławiu zrealizował wspólnie z C.I.C.T./Théâtre des Bouffes du Nord z Paryża i barbicanbite10 z Londynu. To autorski projekt Petera Brooka brytyjskiego reżysera, teoretyka, pedagoga zaliczanego do grona najbardziej wpływowych artystów XX w.

Artysta był założycielem Centre for Theatre Research i Bouffes du Norde Theatre w Paryżu, przyjacielem Jerzego Grotowskiego. Współpracował m.in. z Royal Shakespeare Company. Autor książek (w tym najsłynniejszej "Pustej przestrzeni"), filmów, oper i spektakli, m.in. "Tytus Andronikus", "Król Lear", "Marat/Sade", "US", "Sen nocy letniej", "Mężczyzna, który", "Wielki Inkwizytor".

rozmowa z Peterem Brookiem, reżyserem teatralnym

Joanna Derkaczew: Spektakl opowiadający historię sufickiego nauczyciela i mistyka Tierno Bokara pokazywał pan już we Wrocławiu w 2005 r. Co się zmieniło od tego czasu? Dlaczego uznał Pan, że warto jeszcze raz zmierzyć się z tekstem afrykańskiego autora Amadou Hampaté Bâ?

Peter Brook: Zmieniło się wszystko. Warunki polityczne, moja sytuacja osobista, perspektywa, z jakiej patrzę na tekst. Od 30 lat w swojej pracy stosuję poza tym zasadę, by pewnych motywów nie porzucać, ale pracować nad nimi etapami. Urządzam warsztaty, robię wersje szkicowe, czasem pewne rozwiązania porzucam, pewne rozwijam. Dlatego np. nad indyjskim eposem "Mahabharata" pracowałem 15 lat. O tragedii, jaka rozegrała się na początku XX w. w Afryce, rozmawialiśmy po raz pierwszy z autorką adaptacji Marie-Helene Estienne blisko 20 lat temu. Gdy pięć lat temu powstała ostatecznie wersja francuska, od razu postanowiliśmy dalej pracować nad materiałem. Przygotować spektakl po angielsku, z nowym podejściem, nowym rozłożeniem tematów. Dlatego tym razem spektakl według powieści "The Life and Teaching of Tierno Bokar. The Sage of Bandiagara" nie ma już w tytule imienia bohatera. Tym razem tytuł jest prosty: "11 i 12". Nie chodzi już o to, by koncentrować się na jakiejś wielkiej postaci, osobowości, mistrzu, nauczycielu. Zajęliśmy się naturą konfliktów międzyludzkich.

Podążanie za mistrzem nie jest rozwiązaniem?

- To jest lenistwo. W kampaniach wyborczych ludzie dają się uwieść głupiej nadziei, że ktoś inny wykona robotę za mnie. A ponieważ nie pracują nad sobą, łatwo tracą umiar przy najmniejszym problemie.

Rzeź, o której opowiada powieść Amadou Hampaté Bâ, miała u swych podstaw teologiczną dysputę na temat znaczenia liczb 11 i 12. Tylko tyle. Nieistotny drobiazg.

Jeśli jednak przyjrzymy się współczesnym wojnom, okaże się, że ludzie potrafią posuwać się do granic okrucieństwa z powodów o wiele błahszych. Moglibyśmy oczywiście zrobić zamiast tego dokumentalną sztukę polityczną o wojnie w Iraku. Ale posługując się tym drobnym, tragicznym epizodem, udało nam się stworzyć szerszy obraz na temat polityki, socjologii, przeznaczenia, korzeni zła.

Obok Tierno Bokara pokazujemy też bardziej szczegółowo postać Cherifa Hamallaha, który tak jak on do końca próbował trzymać się tak wielkich i podstawowych wartości, jak miłość, pokój, tolerancja. Nie próbujemy pokazywać, czym dziś mogłyby być odpowiedniki sporów "11 czy 12". Każdy widz wyniesie pewnie ze spektaklu własne refleksje i skojarzenia.

Pracuje pan ostatnio we Francji, gdzie coraz częściej podnoszą się głosy, że tolerancja nie jest wartością, której należy bronić za wszelką cenę - jej nadmiar powoduje więcej problemów społecznych. - A czy we Francji i w Europie faktycznie próbowano bronić kiedykolwiek prawdziwej tolerancji? Nie tej fałszywej, słabej, tej, która sprowadza się do hasła: „Usiądźmy razem przy stole i porozmawiajmy”. Ta mizerna tolerancja, która leży u podstaw idei ONZ, nie pomogła jak dotąd zapobiec żadnym konfliktom. Chodzi o taką codzienną i konsekwentną tolerancję, która wyklucza używanie przemocy - fizycznej, symbolicznej, prawnej.

Przemoc jest łatwa. Każda najgłupsza, leniwa istota potrafi zareagować przemocą. Używanie jej do rozwiązywania konfliktów ideowych do niczego nie prowadzi. W ogóle uważam, że kwestie religijne nie powinny być obiektem dyskusji "kto ma rację?". Rozmawiając w ten sposób, plączemy się tak naprawdę w bezpłodne debaty, jaki język i formę nadać tym samym intuicjom i potrzebom.

Przez lata podróżował pan do Afryki. Obserwuje pan nadal jej sytuację?

- Z oddali. Ale to, co widzę, napełnia mnie coraz większym niepokojem. Podobnie zresztą jak sytuacja innych miejsc, które odwiedzam po latach. Nawet Wrocławia. Gdy byłem tu przed laty na zaproszenie mojego przyjaciela Jerzego Grotowskiego, nie widziałem w przestrzeni publicznej tyle przemocy i rasizmu, co teraz. Ale to jest, niestety, generalna kondycja naszej planety. Tragiczny spadek jakości relacji międzyludzkich. Najbardziej zadziwia mnie oczywiście, że to samo dzieje się w Europie, która po tylu wstrząsach powinna lepiej rozpoznawać pewne niebezpieczeństwa.

„11 i 12”, który jest pokazywany w Paryżu, Londynie i w Polsce, ma przypomnieć Europie o jej powinnościach?

- Nie wierzę, że teatr może wpłynąć na kształt świata. Ja nie jestem specem od propagandy, nauczycielem ani agitatorem. Teatr może jedynie dać ludziom nowe tchnienie życia. Trochę śmiechu. Może nowe poczucie siły do przezwyciężenia codziennych tragedii. Spektakle działają tylko i dokładnie na tych ludzi, którzy są w danym momencie obecni. Jeśli wychodzą ze spektaklu, z przedstawienia z jakąś osobistą refleksją - to teatr wywiązał się z zadania. Może oni będą dalej oddziaływać na ludzi wokół siebie. Ale nie jestem na tyle naiwny, by wierzyć, że może to zmieniać sytuację polityczną.

Rozmawiała Joanna Derkaczew
Gazeta Wyborcza
16 stycznia 2010
Portrety
Peter Brook

Książka tygodnia

Niebieska Księga z Nebo
Wydawnictwo Pauza w Warszawie
Manon Steffan Ros

Trailer tygodnia

Napój miłosny
Jitka Stokalska
Opera na Zamku w Szczecinie zaprasza ...