Wsiąknąłem już w to miasto!

rozmowa z Waldemarem Wolańskim

- Nic w życiu nie dzieje się bez powodu. Przez to, że nie zostałem reżyserem filmowym, stałem się reżyserem teatralnym, dyrektorem teatru. Uważam, że jestem na właściwym miejscu - mówi Waldemar Wolański, dyrektor Teatru Arlekin w Łodzi

Czy patrzy Pan na Łódź przyjaznym okiem?

Oczywiście! Przecież większość dorosłego życia spędziłem tutaj. Mam z tym miastem związanych wiele wspaniałych wspomnień. Tu poznałem wielu znakomitych ludzi. Tu spotkałem swoją żonę, w Łodzi urodziły mi się dzieci. Tu zostałem dyrektorem, zacząłem karierę reżyserską, pisarską. Z Łodzią wiążą się kamienie milowe mego życia. Trudno więc, bym nie wspominał tego miasta z sentymentem.

Urodził się Pan w Łodzi?

Nie, pochodzę z Białegostoku. Tam przyszedłem na świat i się wychowałem. Tam skończyłem studia aktorskie, nawet po ich ukończeniu przez rok pracowałem w białostockim teatrze lalkowym. Wydawało się, że moja świetnie rozwijająca się kariera dalej będzie związana z Białymstokiem. Stało się inaczej. Mój niespokojny duch podszeptał mi coś do ucha i w 1981 roku przeniosłem się do Łodzi. Jako aktor, do Teatru Arlekin.

Co tak naprawdę zadecydowało o przenosinach?

Przypadek. Zawsze miałem ciągoty reżyserskie. Postanowiłem więc zdawać na reżyserię do łódzkiej "filmówki". W związku z tym przeniosłem się do teatru w Łodzi. Trzy raz podchodziłem do tych studiów, za każdym razem mijając się z indeksem. Przyjęto sześć osób, a ja byłem siódmy na liście. Nie udało mi się dostać na studia reżyserskie, ale zostałem w Łodzi. Spodobało mi się tutaj. Mieszkałem w Domu Aktora na Placu Dąbrowskiego. Moimi sąsiadami byli młodzi aktorzy ze wszystkich łódzkich teatrów. Tworzyliśmy swoistą komunę. Wymienialiśmy się informacjami na temat tego, co dzieje się w każdym teatrze. A po wielu, wielu latach wróciłem do "fimówki", już jako wykładowca. Nic w życiu nie dzieje się bez powodu. Przez to, że nie zostałem reżyserem filmowym, stałem się reżyserem teatralnym, dyrektorem teatru. Uważam, że jestem na właściwym miejscu. Wsiąknąłem w miasto.

A jakie było Pana pierwsze spotkanie z Łodzią?

Trochę wariackie. Wszystkie wakacje spędzałem w świecie. Na pierwszą próbę w Teatrze Arlekin przyjechałem prosto z lotniska. Spędzałem dłuższe, czteromiesięczne wakaq\'e w Anglii. Z lotniska Okęcie pojechałem na dworzec, wsiadłem w pociąg i znalazłem się w Łodzi, poszedłem prosto na próbę. Po próbie dostałem informacje, gdzie będę mieszkał. Przez dobrych pierwszych kilka miesięcy praktycznie krążyłem między ulicą 1 Maja a Placem Dąbrowskiego, czyli teatrem a Domem Aktora. Nie było okazji, by chodzić po Łodzi. Czas był siermiężny. Jeszcze tylko rok czy dwa działał stary SPATiF łódzki, załapałem się na jego końcówkę. Stan wojenny spowodował regres towarzysko-kulturalny. To się potem z trudem odbudowywało. Młodzi ludzie jednak cały czas się spotykali, coś zwiedzali. Była jeszcze wtedy silna Łódź filmowa, działało wiele dyskusyjnych klubów filmowych, sporo ciekawych rzeczy działo się w teatrach. Bywaliśmy więc na przykład często z naszym arlekinowskim towarzystwem w Teatrze Studyjnym prowadzonym przez Zdzisława Jaskułę. Była tam trochę atmosfera undergroundu. Dużo się działo, ale było to nieoficjalne.

Kiedy zaczął Pan doceniać nieco ukryte uroki Łodzi?


Od początku. Wprawdzie na dzień dobry koledzy z Domu Aktora przywitali mnie informacją, że jeśli chce coś robić, to muszę z Łodzi uciekać, bo to miasto przeklęte. Ja ich wtedy obśmiałem. Choć podczas wieloletniego pobytu w tym mieście wiele razy przypominałem sobie to stwierdzenie i dochodziłem do wniosku, że coś w tym jest. Natomiast samo miasto polubiłem od początku. Mieszkają tu bowiem cudowni ludzie, sympatyczni, pozytywnie zakręceni. Takich "wariatów" i artystycznych, i życiowych, nie spotkałem w żadnym innym polskim mieście. To mnie w Łodzi urzeka. Miasto na pierwszy rzut oka wygląda nieciekawie: szaro, monotonnie. Ale jak się mu dobrze przypatrzy, to człowiek rozumie, że Łódź jest niepowtarzalna.

Łódź jest też jednym z niewielu polskich miast, które ma dwa teatry lalkowe: Arlekin i Pinokio...

Są tylko dwa takie miasta: Warszawa i Łódź. W Warszawie są trzy takie teatry. Poza tym Łódź jest swoistą metropolią teatru lalkowego. Tu mieści się polska siedziba Polunimy, czyli gałąź wielkiej, międzynarodowej organizacji Union Internationale De La Marionnette. Jej założycielem i sekretarzem był pierwszy dyrektor Teatru Arlekin, Henryk Ryl. Schedę po nim przejął drugi dyrektor Arlekina, Stanisław Ochmański, a teraz ja.

Teatr Arlekin jest Pana ulubionym miejscem w Łodzi?


Trudno, by nie był. Tu spędzam dwanaście godzin dziennie. Bycie w teatrze ma sens, jeśli jest to jednocześnie naszą pasją. Tu kumulują się moje emocje prywatne i zawodowe.

Mali łodzianie chętnie chodzą do teatru lalkowego?

Bilety sprzedajemy z trzytygodniowym wyprzedzeniem. Teraz można kupić bilety już na styczeń. To bardzo cieszy. A gramy dwa, czasem trzy razy dzienne. W minioną niedzielę graliśmy przedstawienie dla dzieci od dwóch do czterech lat. Przestawienie się skończyło, dzieci wyszły i nastąpiła awantura. Jedna dziewczynka, trzyletnia, wpadła w histerię. Powiedziała, że nie pójdzie do domu, ona chce dalej oglądać przedstawienie. Aktorki, które biorą udział w tym spektaklu, długo musiały ją uspokajać.

Może Pan powiedzieć, że jest łodzianinem?

Nawet niedawno zastanawiałem się, gdzie jest moje miejsce życiowe, czy w Łodzi, czy w Białymstoku. Doszedłem do wniosku, że jednak w Łodzi. Bardzo kocham Białystok. W nim się urodziłem, dorastałem, ale jednak większość mojego świadomego, dorosłego życia spędziłem w Łodzi. Tu przeżyłem swe największe emocje, przygody zawodowe. Mam teraz 54 lata, sprowadziłem się tu jak miałem dwadzieścia pięć. I nie zamierzam już Łodzi opuszczać, choć to niewątpliwie dziwne, trudne i nie zawsze wdzięczne miasto.

Anna Gronczewska
Polska Dziennik Łodzki
19 grudnia 2011

Książka tygodnia

Banksy
Wydawnictwo ARKADY
Praca zbiorowa

Trailer tygodnia