Wstyd do zwiedzania

"1946" - reż. Remigiusz Brzyk - Teatr im. Żeromskiego w Kielcach

Niezawodny polski kołtun, gracko podprowadzony przez partię rządzącą, pokazał zamaszyście, co potrafi w pierwszych tygodniach tego roku. Gdyby grudniowa premiera "1946" odbyła się półtora miesiąca później, zapewne byłaby inna, bardziej dosadna, mniej subtelna. Choć czy skuteczniejsza w proteście? - o spektaklu pisze Jacek Sieradzki.

Jeszcze nim zgasną światła na widowni, idą, ot, takie pogaduszki, może na przykład między pierwszym a trzecim rzędem. Półgłosem, ale przecież dobrze słyszalnym.

- O czym to, panie redaktorze?
- O Żydach.
- Znów o Żydach?
- Znów o Żydach.
- Wszędzie Żydy.
- Cwane som.

Znajomo brzmi?

Taką wymianą kwestii zaczyna się dramat "Spotkamy się w Jerozolimie" kieleckiego pisarza i dziennikarza Andrzeja Lenartowskiego, poświęcony niesławnemu pogromowi z 1946 roku w jego mieście. Autor stosuje formułę teatru w teatrze: przedstawia kronikę wypadków z tamtego upiornego lipca, ale co jakiś czas uruchamia też nienawistne komentarze, które wypowiadają aktorzy usadzeni na widowni. Wpisuje w didaskalia chęć, by tumult wdzierania się napastników do żydowskiej kamienicy miał miejsce nie tylko na scenie, ale i "W drzwiach prowadzących do foyer". W jednoznaczny i drastyczny sposób buduje (niech będzie: insynuuje) paralelę między antyżydowskimi nastrojami, jakie doprowadziły wtedy, rok po wojnie, do upiornej zbrodni, a szeroką i wieczną w narodzie niechęcią, żeby nie powiedzieć nienawiścią do owych cwanych. Sztukę publikował "Dialog" w 1991 niedługo po zniesieniu peerelowskiej cenzury. W pięćdziesiątą rocznicę pogromu wystawił ją w Teatrze im. Żeromskiego w Kielcach jego szef, Piotr Szczerski. A potem o niej zapomniano. Indyczyłem się już na tym miejscu, że w monumentalnej monografii Grzegorza Niziołka "Polski teatr Zagłady" wzmianki o utworze Lenartowskiego nie ma nawet w przypisie.

W przygotowanym też w Teatrze im. Żeromskiego w grudniu ubiegłego roku spektaklu "1946" wraca wspomnienie inscenizacji sprzed dwudziestu jeden lat. Ale wraca specyficznie. Janusz Głogowski i Edward Janaszek, którzy grali w tamtym spektaklu, wspominają swoje role. Role? Już po paru kwestiach nie wiemy, o czym mówią; niby omawiają sytuacje sceniczne, ale tak, jakby brali udział w autentycznych wydarzeniach. Oni, nie ich postacie. "Na górze - relacjonują - siedział pan Krzysiu Wieczorek w swoim pokoiku, samotny stary człowiek, bał się...". Krzysztof Wieczorek jest nestorem kieleckiej sceny, dziś już nie gra. Dla młodszych widzów czy odbiorców spoza Kielc będzie niejasne, czy chodzi o aktora, czy może o świadka. I ma być niejasne.

Tomasz Śpiewak, autor, i Remigiusz Brzyk, reżyser, czynią tematem spektaklu nie tyle historię sprzed siedemdziesięciu lat, ile niemożność jej jednoznacznego rozpoznania, odarcia z zapośredniczeń, przesłon, fałszujących klisz i stereotypów. Wizerunek sceniczny wbrew chęciom uczestników rozmywa się, faluje, nakładają się w nim i mylą perspektywy, sprzeczne emocje, przeciwstawne fakty. W sumie dostajemy, jeśli dobrze rozumiem, nie tyle rzecz o pogromie kieleckim, ile relację o naszym zagubieniu, pomieszaniu, osłupieniu, bezradności wobec czegoś, co nie chce się w głowie pomieścić.

Nie kwestionuję uczciwości takiego stawiania sprawy, mieści się ono wśród teorii, w myśl których nie ma jednej historii, są historie, zawsze mnogie, subiektywne i zawsze czymś skażone. Tyle że ceną za to jest w tym przypadku redukcja opowieści o jednym z wyjątkowo bolesnych zdarzeń do wizyty w nieuporządkowanym archiwum, w którym, co gorsza, nie wiadomo, czego się szuka. Tak się zresztą spektakl zaczyna: przewodnik grany przez Dawida Żłobińskiego z przejęciem odtwarza przed kolegami rozkład kamienicy, w której doszło do pogromu. Aliści do żadnego celu ta solenna rekonstrukcja nie prowadzi, aktorzy, niczym grzeczne dzieci w muzeum, przytakują oprowadzającemu, prawią banały. Tak jest i z innymi odkryciami. Odnaleziono list aktorki kieleckiego teatru w 1946 Elżbiety Kowalewskiej, Żydówki, w którym opisuje ona narastający strach. Po pogromie pani Kowalewska z synkiem Krzysztofem uciekła z miasta. Brzyk ze Śpiewakiem szczycą się tym listem w wywiadach, ale nie mają pojęcia, jak go w spektaklu wykorzystać. I wpadają na pomysł, że Krzysztof Kowalewski nagra im jeden z "Żywotów świętych" Piotra Skargi - ten o małoletnim pacholęciu umęczonym przez Żydów, przez wytoczenie zeń krwi. Świetny aktor, polski Żyd, co uciekł przed pogromem, czyta, pieszcząc piękno języka, jeden z najbardziej żydożerczych tekstów w naszej literaturze. Wstrząs? Zapewne dla tych, którzy nie znają podobnych kawałków klasyki, z ciężką frazą o "dziecku od Żydów kłutym igiełkami" w "Panu Tadeuszu" na czele. Parę lat temu Jan Klata, wystawiając w Starym Teatrze "Trylogię" tak się zdumiał, odnalazłszy w ustach pana Zagłoby okrzyk "Żydzie, parchu, chleba z pajęczyną", że kazał go Juliuszowi Chrząstowskiemu powtarzać z pięć razy w świętej zgrozie.

W widowisku Brzyka i Śpiewaka świętej zgrozy może nie ma, za to są, powiedziałoby się, pokłady świętej naiwności, zalanej poetyckim sosem, celebrowanej jako temat widowiska, a nie jako cecha percepcji, skądinąd mało chlubna. Biedny teatr zwiedza miejsce zbrodni i nie wie, jak zbrodnię tę zrozumieć, rozpoznać, przetrawić. Skoro tyle tu sprzecznych interpretacji, łącznie z taką, że Żydzi sami sobie sprokurowali lipiec 1946, by zintensyfikować emigrację do Palestyny. Skoro mnożą się paradoksy, choćby ten, że pierwszy pogrom w kieleckiej historii, miał miejsce tu, w teatrze, polskim, ale zbudowanym przez bogatego Żyda. Skoro najbardziej wstrząsające wrażenie robi jeszcze inna gablota zwiedzanego archiwum - opisy ran żydowskich ofiar. Akty zgonu nie mówią jednak, kto rany zadał. Teatr nie ucieka całkiem od tej kwestii. Mówi, że jednym z narzędzi mordu były żeberka od kaloryfera; aktorzy proszą widzów, żeby od ostatnich rzędów przez całą salę podawać im te żeberka na scenę. Ale żeberka są ze styropianu, wagę mają piankową. I metafora niestety też.

Spektakl kończy wiersz Juliana Kornhausera "O zabiciu doktora Kahane". Jego tekst zostaje wydobyty ze srebrnego strumienia płynącego przez proscenium. Pięknego. Ale dlaczego tak mocno kojarzącego się z rzeką zapomnienia?

Gdy słyszę, jak ktoś kwestionuje odruchowy antysemityzm narodu polskiego, wracam pamięcią do Etiopii, przez którą jechałem paręnaście lat temu w czasach, gdy wycieczki tam były jeszcze rzadkością. Nasza trasa wiodła obok pozostałości osiedla Żydów abisyńskich. Pozostałości, bo jakiś czas wcześniej, gdy panował tu głód, Izrael przerzucił mostem powietrznym - ponoć dosyć brutalnie - całą społeczność do siebie. Autobus parkował na poboczu pylistej drogi obok zarastających buszem ubożuchnych murzyńskich chat; gwiazda na jednej z nich świadczyła o niegdysiejszej funkcji synagogi. Było cicho i elegijnie, nie ulegało wątpliwości, że mikrocywilizacja, kiedyś żywotna, leży tu w grobie. Krążyłem, robiąc zdjęcia, i w pewnej chwili dobiegł mnie zza pleców słodko jadowity głos któregoś rodaka perswadującego swoim towarzyszkom: "Już wy się nie bójcie. Oni tu wrócą i upomną się o swoje. Z wysokim odszkodowaniem."

U Lenartowskiego mamy zbiorowy portret żydowskich mieszkańców kamienicy przy Plantach 7 na chwilę przed pogromem; nie jest to wizerunek idealizowany. Kieleccy Żydzi są dobrze zorganizowaną męsko-damską grupą interesów, w większości mocno szemranych. Mają wydeptane swoje ścieżki do władz miasta, wierzą, że gdy przyjdzie zagrożenie, pomoże interwencja. Jest wśród nich i funkcjonariusz UB - ten, do którego w odpowiedniej chwili zadzwoni telefon i każe mu bezzwłocznie znikać z domu, na który idzie już tłum. A co najważniejsze, Żydzi są zamożni, aż zadziwiająco, zważywszy powojenny moment. Ich majątek prowokuje pytanie-klucz, elementarną motywację nienawiści, sformułowaną z użyciem słowa, które, zdawało się, należy już do historii przynajmniej w mowie publicznej, póki dziarsko nie odgrzał go chamski pismak: "Dlaczego ty masz, parchu?! Dlaczego ty masz, a ja, parchu, nie mam?!".

Oto najprostsza wykładnia kieleckiego konfliktu wpisana w zapomniany dramat. Po jednej stronie grupa ocaleńców z Holocaustu, mocno niepoczciwa. Po drugiej - druzgocąco celnie uchwycony w zbiorowym portrecie odwieczny polski kołtun. Wielopostaciowy i wieloklasowy, od baby z warzywniaka po tego redaktora z trzeciego rzędu, wydymającego wargi, że będzie "znów o Żydach". Zawzięty i zawistny, godnościowym nabzdyczeniem pokrywający mniej lub bardziej ukryte kompleksy. Pozbawiony empatii wobec kogokolwiek poza sobą. W ciemnych zakamarkach umysłu tworzący piramidalne opowieści o czyhającym nań wrogu i natychmiast wierzący we własne brednie, które tak skutecznie generują jego życiową energię. Wyładowujący nienawiść głównie w obmierzłej gadaninie, ale przecież nie tylko, wystarczy, że pojawią się sprzyjające okoliczności. W 1946 były. Potem też, przynajmniej raz, w 1968. Widać już, że nie ostatni raz.

Niezawodny polski kołtun, gracko podprowadzony przez partię rządzącą, pokazał zamaszyście, co potrafi w pierwszych tygodniach tego roku. Gdyby grudniowa premiera "1946" odbyła się półtora miesiąca później, zapewne byłaby inna, bardziej dosadna, mniej subtelna. Choć czy skuteczniejsza w proteście? Czy wobec antysemickiego i generalnie politycznego chamstwa nie jesteśmy wszyscy bezradni, pewnie inaczej niż w kieleckim spektaklu, ale przecież równie dojmująco?

Jacek Sieradzki
Odra
19 marca 2018
Portrety
Remigiusz Brzyk

Książka tygodnia

Aktorki. Odkrycia
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia