Wszyscy jestesmy Adasiami

"Dzień Świra" - reż. P. Ratajczak - Teatr Współczesny w Szczecinie

W przedostatnim dniu Wiosennego Festiwalu Teatralnego w Bielsku - Białej można było zobaczyć realizację "Dnia Świra" w wykonaniu artystów ze szczecińskiego Teatru Współczesnego.

Reżyserem jest Piotr Ratajczak, który swoją przygodę z Bielskiem rozpoczął już w czasie zeszłorocznych wakacji. Poprowadził wtedy warsztaty teatralne dla miłośników aktorstwa z naszego miasta. Zajęcia trwały krótko, ale wymagały intensywnej pracy i zaangażowania. W przeciągu tygodnia udało się zrealizować dwuczęściowy spektakl, którego tytuł (paradoksalnie) został zaczerpnięty z przemówienia generała Jaruzelskiego – „Tak wiele przeszliśmy, tak wiele przed nami”. Przedstawienie opierało się głównie na historiach, doświadczeniach uczestników warsztatów. Kto wie – może stanowiło swoistą autoterapię ?

Taką uświadamiającą terapią - tym razem głównie dla widzów - powinna być też realizacja "Dnia świra". Tym bardziej, że niczym lwica bronić będę tezy, że sportretowany w dramacie Koterskiego Adaś Miaczyński to postać, z którą bez problemu, w mniejszym czy większym stopniu, każdy się może utożsamić. Kim zatem jest Adaś? 

Po pierwsze wyizolowaną ze społeczeństwa jednostką. Materialnie żyjący w „normalnym” świecie, ale mentalnie kreujący swoja własną rzeczywistość. By czuć się bezpiecznie, projektuje rytuały codzienności. Odlicza do siedmiu i zawsze je na śniadanie płatki z mlekiem. Dodatkowo łamie wszelkie tabu - mówi wprost o rodzinie, które jest piekłem, masturbacji, czy porannym oddawaniu moczu. Jest typowym mężczyzną w średnim wieku ze swoimi obsesjami i natręctwami. Utrzymuje się z małej, nauczycielskiej pensji, wpadając na dobra zupkę pomidorową do mamusi. Dodatkowo próbuje uczyć angielskiego swojego dorastającego syna, tęskniąc za idealną, niespełnioną miłością. 

W „Dniu świra” swoistym bohaterem jest sam język. Liczne powtórzenia, rozbity szyk zdania, obsesyjne poprawianie samego siebie i innych, a także słynne już "Dżizus, k...a, ja pie....le” weszły na dobre do naszej, potocznej mowy. Zresztą -  cała twórczość Koterskiego oparta jest na pewnego rodzaju sprzężeniu zwrotnym. Autor portretuje siebie i ludzi wokół, a potem zaś widzowie sami wchłaniają większość elementów z jego dzieł. Świadczy to o tym, jak bliskie są one prawdy.

Już Witkacy dowiódł, że szaleństwo i obłęd rodzą się z normalności. Nie jest wstyd być świrem i nie ma co się łudzić, że jesteśmy normalni. Zresztą, czym jest normalność? Sztywniactwem? Powagą?  

Trudno powiedzieć, naprawdę trudno powiedzieć, czy jest sens przenoszenia na deski teatru tak kultowego tekstu, jakim jest „Dzień Świra” Koterskiego. Oglądając spektakl cały czas miałam przed oczyma Marka Kondrata. Obawiam się, że teksty w stylu: „Jak tata zrobi dzióbek, to nie ma h.. we wsi” lub „zjedz zupkę, bo dobra” rozbawiłyby publiczność, nawet, gdyby były dużo gorzej zagrane. I scenografia… Zaanektowanie tak małej przestrzeni, sprawiło, że przedstawienie dusiło i przytłaczało. Być może miało to być symbolem ciasnego świata Adasia ograniczonego jego rytuałami i obsesjami? Na mnie jednak działało za bardzo klaustrofobicznie.

Na szczególną uwagę zasługuje gra aktorska Pawła Niczewskiego, który wcielił się między innymi w rolę Psychiatry, Syna czy Robóla. Każdej postaci nadał specyficzny wizerunek, zmieniając ton głosu, styl chodzenia, postawę.

Podziwiam artystów ze szczecińskiego teatru, że odważnie zaryzykowali i zmierzyli się z dziełem, które stało się portretem naszych czasów. Niestety, wnioskując ze stosunkowo rzadkich wybuchów śmiechu wśród publiczności (a zważywszy na specyfikę tekstu widzowie powinni permanentnie chichotać), czegoś w tym spektaklu zabrakło... A może my po prostu nie lubimy śmiać się z siebie?

Anna Hazuka
Dziennik Teatralny Bielsko-Biała
10 czerwca 2009

Książka tygodnia

Paragon
Wydawnictwo Mamiko
Justyna Nawrocka

Trailer tygodnia