Wszyscy przegrywamy

"Mleczarnia" - reż: Jacek Rykała - Teatr Śląski w Katowicach

W młodości przekonani jesteśmy, że świat należy do nas. Po latach, nierzadko pełni goryczy, rozczarowani i z bagażem doświadczeń, z rozrzewnieniem patrzymy w przeszłość. Stanowi ona przystań kojącą tęsknoty i nieziszczone plany. "Mleczarnia" wystawiana w Teatrze Śląskim na Scenie Kameralnej, to historia dwóch przyjaciół, którzy spotykają się po latach w dość szczególnych okolicznościach. Dzieląc się nawzajem wspomnieniami, wracają do nieistniejącego już od dawna świata swojej młodości.

Dwa łóżka na środku sceny. Nie są ustawione całkiem równolegle, równocześnie pościelono je tak, aby głowy leżących układały się w przeciwnych kierunkach. Na jednym z łóżek leży starszy mężczyzna (Wiesław Kańtoch). Przypięty pasami, w białej, szpitalnej koszuli, śpi. Nagle z postawionego z półprzejrzystych ścian korytarza łączącego scenę i kulisy, wypadają szamoczący się dwaj mężczyźni. Pierwszy (Wiesław Sławik), starszy, z krzykiem zatacza się, protestując przeciwko umieszczaniu go w tym miejscu (czyli izbie wytrzeźwień). Drugi (Jakub Krawczyk), młodszy, w zielonym stroju a’la sanitariusz, stanowczo, a wręcz brutalnie popycha go w stronę łóżka. Zapalając papierosa, „delikatnie” sugeruje zachowanie spokoju po czym wychodzi. Starszy mężczyzna, który padł na łóżko, zasypia. Budzi go chrapanie towarzysza. Kiedy udaje mu się go dobudzić, okazuje się, że to jego przyjaciel z dawnych lat. Zaczynają rozmawiać i powracać do wydarzeń z przeszłości, nie tylko dobrych, ale i tych złych. 

Pomysł sceniczny jest prosty, ale ciekawy. Widzowie obserwują kolejne etapy rozmowy, przerywane projekcjami krótkich filmów w sepii, przedstawiającymi fragmenty miejskich podwórzy, czy biegnącego w oddali chłopca. Bardzo istotna przy tych wyświetlanych obrazach jest muzyka. Smutna piosenka, śpiewana przez piękny kobiecy głos, przywodzi na myśl klimatem portugalskie pieśni saudade – pełne tęsknoty i egzystencjalnej refleksji. Jest ona doskonałym podsumowaniem ogólnej wymowy spektaklu, jego nastroju.

Wracając do samej fabuły, przyznać trzeba, że są momenty, kiedy jest się znużonym kolejnymi wspomnieniami bohaterów. Pod koniec, ze sceny padają słowa: „...im dalej, tym gorzej. Liczy się tylko to, co na początku.” i aż język świerzbi, by przyznać mówiącemu rację. Drugim zarzutem może być wulgarność tekstów. Niektórzy widzowie byli zbulwersowani. W zamierzeniu miał to być zapewne rys ubarwiający bohaterów, zbliżających ich do rzeczywistości, brutalnej, gdzie ludzie rzadko przebierają w słowach. Ze względu na miejsce akcji również pasuje to do kontekstu. Wulgaryzacja jest narzędziem bardzo sugestywnym i do spektaklu wnieść może zupełnie nowe sensy, ale okiełznać ją jest szalenie trudno. W tym wypadku, odnosi się wrażenie, że jednak wyrwała się spod kontroli.

Kreacje aktorskie są stworzone solidnie. Postaci mają swoje cechy charakterystyczne, są wyraziste. Dobrze przemyślano problematykę ruchu scenicznego. Prosta scenografia jest wykorzystywana w stu procentach. Ciekawym pomysłem było zorganizowanie korytarza z półprzezroczystych ścianek, wewnątrz którego świeci się światło i obserwujemy cień krążącego pielęgniarza. Stwarza to wrażenie odcięcia sceny i widowni od świata, a także rodzi uczucie bycia uwięzionym i obserwowanym.

Spektakl ten, jak w zasadzie każdy ma swoje wady i zalety. Niestety, te pierwsze przeważają. Pomimo ciekawych zabiegów, widz jest znudzony, zmęczony. Owszem, na zakończenie pojawia się optymistyczny akcent w postaci odzyskanej przyjaźni, ale już mało kto jest w stanie się na nim skoncentrować marząc o uwolnieniu się z tej, niestety nie tylko metaforycznej, pułapki. Sztukę polecam wytrwałym, z lekką, utajoną formą masochizmu. Poczucie beznadziejności odczuwane po spektaklu, to zapewne tylko w części zamierzone było przez reżysera.

Agnieszka Burek
Dziennik Teatralny Katowice
26 stycznia 2010

Książka tygodnia

Nice, cosie i duchy. Eseje o sztuce
Pewne Wydawnictwo
Michał Krawczyk

Trailer tygodnia