Wszystkiemu winny jest szampan i Strauss...

"Zemsta nietoperza" - reż. Janusz Józefowicz - Opera Krakowska

Moje chyba pierwsze spotkanie z operetką miało miejsce kilka dni temu w Operze Krakowskiej. W świat ten tanecznym krokiem wprowadził mnie Strauss, częstując szampanem oraz pięknym śpiewem wokalistów kilka rzędów przede mną.

Po wysłuchanej niemal po ciemku, przydługiej Uwerturze pojawił się pierwszy komiczny element – Rozalinda (Iwona Socha) wychodzi z orkiestronu po drabince i mówi do służącej, by dolała tam wrzątku, bo strasznie zimno. Wtedy naszym oczom ukazuje się przepiękny XIX-wieczny salon w pewnym podwiedeńskim kurorcie, który zamieszkuje właśnie Rozalinda ze swoim mężem Gabrielem von Eisensteinem (Janusz Ratajczak) oraz służącą Adelą (Katarzyna Oleś-Blacha). I tutaj zaczynają się arie: Adeli – jak to smutno być pokojówką, Rozalindy – o kochanku, którego chce wpuścić do domu, lecz nie może z powodu męża, oraz tegoż kochanka, Alfreda (Adam Zdunikowski) – który to śpiewa serenady pod oknem ukochanej.

W pewnym momencie kochanek wskakuje przez okno do salonu, na co Rozalinda bardzo dwojako reaguje – raz go zachęca do igraszek, to znów wygania; śpiewają przy tym w dwugłosie. Słysząc zbliżającego się męża, kobieta pozbywa się kochanka przez okno, przyrzekając wieczorne spotkanie, i rozpoczyna z mężem pełną miłości i żalu pieśń, gdyż jeszcze tego dnia ma on iść na do więzienia. Do mieszkania przychodzi doktor Falke, który w tajemnicy przed żoną namawia Eisensteina na bal u księcia Gigi w ostatnią noc przed aresztem. W konsekwencji – pójdzie on „do więzienia" we fraku, cylindrze i lakierkach. Podczas wieczornej schadzki omyłkowo zostaje aresztowany ubrany w szlafrok pana domu kochanek, który już wtedy był pod wpływem alkoholu. Dodatkowo na bal zaproszona zostaje także Adela, której siostra jest tancerką. Pod pretekstem opieki nad ciocią – wymyka się.

Na balu intryga doktora Falke idzie po jego myśli. Jej powodem jest zemsta za czyn wykonany na nim poprzedniego karnawału – Eisenstein zostawił go pijanego w kostiumie nietoperza. Postanawia on przedstawiać gości jako zupełnie kogoś innego, na co ci się decydują. W efekcie czego Eisenstein podrywa Adelę, dodatkowo zjawia się Rozalinda, która wie o wszystkim i ma udawać węgierską hrabinę. Ale rozwiązanie tej intrygi trzeba zobaczyć na własne oczy.

W tymże akcie aktorzy wstępują w interakcje z publiką – chodzą między rzędami, witają się z widzami, myśląc, że to inni zaproszeni na bal, kobiety kokietują mężczyzn wzrokiem, niemal częstują szampanem. Jest to rzecz, którą w operze uświadczyłem pierwszy raz. W części tej wystąpił również balet oraz „facet przebrany za babę", który wzbudził niemałe zainteresowanie oraz śmiech u widzów. Dodatkowo w całym spektaklu pojawiło się bardzo dużo gier słownych oraz zabawnych stwierdzeń, np. Eisenstein, tłumacząc doktorowi Falke (o ile się nie mylę), czym jest taniec, powiedział „jest to sztuka tak szybkiego przebierania nogami, żeby partnerka nie zdążyła na nie nadepnąć".

Jeśli chodzi o stroje – jak to na balu bywa – przepych, kolory, wielkie suknie, gustowne fraki, pióra i maski. Zwłaszcza te ostatnie są istotne, gdyż właśnie za jedną z takich masek swoją tożsamość przed mężem ukrywała Rozalinda. Na balu nie obyło się również bez śpiewów – były arie małżeńskie, aria uciekającej przed swoim pracodawcą Adeli, solowe arie Eisensteina oraz wspólne śpiewy wszystkich uczestników.

W więzieniu natomiast (akt trzeci) wszyscy już mają dość Alfreda, który nie daje o sobie zapomnieć, śpiewając nieprzerwanie arie miłosne. Dodatkowo warto wspomnieć o wywołującym mieszane odczucia widowni zabiegu, którym było śpiewanie przez kochanka znanych polskich piosenek disco polo w wersji operowej, np. „przez twe oczy zielone", „ona tu jest i tańczy dla mnie" i innych. Do więzienia po schodkach co chwilę wpadają kolejne nietrzeźwe osoby, uczestnicy balu. Tutaj intrygę przejmuje Eisenstein, który przebiera się za sędziego i chce na gorącym uczynku przyłapać żonę na zdradzie, ale jej rozwiązanie trzeba zobaczyć na własne oczy. Wspaniałą postacią jest tutaj strażnik więzienny, który jest pod ogromnym wpływem alkoholu i śpiewu Alfreda – i mówiąc kolokwialnie, „już nie może". Wykonuje wiele śmiesznych gestów i czynów, np. mówi do kluczy żeby były cicho, bo boli go głowa; albo „pompuje" scenę, której fragment następnie się podnosi i tam właśnie rozgrywa się przesłuchanie. Zaprezentowane zostały tutaj takie możliwości sceny, których nikt się raczej nie spodziewał, ale na pewno zrobiły dobre wrażenie. Na koniec z przepełnionych celi wychodzą wszyscy goście balu i wspólnie śpiewają.

A wszystkiemu winny jest szampan i Strauss. I Opera Krakowska.

 

Artur Kozendra
Dziennik Teatralny Kraków
3 marca 2020

Książka tygodnia

Pomarli
Wydawnictwo Czarne
Waldemar Bawołek

Trailer tygodnia