Wszystko przez tego Kościelniaka

"Ghost" - reż. Tomasz Dutkiewicz - Teatr Muzyczny im. Danuty Baduszkowej w Gdyni

Spektakl zrealizowany zgodnie z duchem czasu i wytycznymi nowej rzeczywistości. Z jasnym rozróżnieniem dobra i zła, nie ma żadnych podejrzanych "szarości", ani modernistycznych metamorfoz. Zrozumiała dla przeciętnego odbiorcy prezentacja nieba (na biało) i piekła (ogień, widzę ogień, zły się pali).

Dobro, choć przegrywa, to zwycięża, nie występują tematy kontrowersyjne. Owacje na stojąco, publiczność co najmniej zadowolona. Ot, klasyczny musical w starym stylu, premierowany przed West Endem jeszcze w Manchesterze, ale w starym duchu broadwayowskim, czyli: emfaza i bez psychologii postaci. Tak miało być, a tu nagle jakaś wrzawa w okolicy, protesty, rozczarowania - o co chodzi K-l-aman? Kościelniaka im się zachciało w bajce? Albo jakiegoś nejkyd gana?

"Ghost", znany z kin z filmu pt. "Uwierz w ducha" (całkiem niezły tytuł, jak na naszych kreatywnych tłumaczy filmowych) to bajka do lat 15. Zagrana z wdziękiem przez Patricka Swayze i Demi Moore, która wtedy była jeszcze z nieustannie ratującym świat Brusem (związek z Kaczerem to dopiero był kicz). Patrick miał swoje "pięć lat" od czasu "Dirty Dancing" i generalnie wszystkie panie w każdym wieku sikały na jego widok, więc "Duch" był mega. Ale tak serialnie, to jednak bajeczka, że miłość przezwycięża wszystko. Film zręcznie poruszał się na pograniczu kiczu, no ale Patrick, no. I Gópi Goldberg, też w świetnym dla niej czasie. Generalnie fajna zabawa, ale nic poza tym.

Natomiast my w Gdyni w Muzyku to tera kcemy tylko kościelniaki i dudy. Weźmiemy kiczowaty musical i się obrażamy, że to takie słabe, bez głębi kurde i nie ma postaci z białymi twarzami albo Dziubka na akordeonie, Kumorek na krzyżu czy czego tam chceta. Sorry Gregory, widziały gały, co brały, a poza tym lud wali drzwiami i oknami, więc spoko i wiecznie niezadowolonym mówimy stanowcze "Nie".

"Ghost" to nie mój teatr, ale nie bolało aż tak, jak wielu moich znajomych i specjalistów. Nie rozumiem dokolnego larum po premierze, bo jak już, to trzeba było rozpocząć dyskurs przy zapowiedzi. Albo jeszcze wcześniej, po śmierci Korwina. Najnowszy, gdyński blockbuster rozczarował mnie przede wszystkim muzycznie. Uwielbiam Dave'a Stewarta z okresu Eurythmics, "Sweet Dreams" jest dla mnie nieśmiertelny, ale muza w musicalu miałka i absolutnie nie zgadzam się, że hiciarska. Rozczarowali aktorsko panowie, szczególnie Tomasz Bacajewski (Carl), dla którego mogła to być szansa wyjścia z cienia. Sebastian Wisłocki (Sam) na pewno lepszy wokalnie, ale aktorsko też w manierze z czasów "Przeminęło z wiatrem". Wszyscy wieszają psy na reżyserze i autorze tłumaczeń Tomaszu Dutkiewiczu, ale, jak mówią aktorzy, reżyser dał im dużo swobody i mogli sobie pozwolić na wiele. Spektakl został zakupiony na licencji "non replica", więc można było poszaleć, a nie kalkować. Tak więc kto zawinił? Przecież ustalenie winowajcy, i generalnie cała figura nabudowana na poczuciu winy, jest naszym największym narodowym skarbem, więc dalejże - kill him, kill him.

Mało rozmawiamy na co dzień o musicalu i jego specyfice. Rażą oczywiście banalne pozy i wzrok śpiewaka utkwiony w magicznym punkcie na II balkonie, ale trzeba jasno powiedzieć, że niektóre partie i tonacje nie dawały wielkich możliwości ruchowych, są sceny wysiłkowe, które nie dają szans na poszalenie dramatycznie - itd., itd. Specyfika teatru muzycznego jako gatunku scenicznego jest bardziej skomplikowana niż teatru dramatycznego, ale to temat na broszurkę co najmniej. Dobre śpiewanie i wyszukane układy po prostu nie mogą czasami iść w parze, jednak już w scenach mówionych można się było pokusić o bardziej swobodny ruch sceniczny i lepszą energię. Po raz kolejny w Muzyku muzyka nie zaskoczyła od razu, dopiero po 2-3 numerach brzmienie było pełniejsze a perkusja mniej kartonowa. Przyznam, że tego nie rozumiem.

Królową balu jest Marta Smuk (Oda). Ta wybitna aktorka teatru muzycznego w Polsce potrafi sobie poradzić w każdej sytuacji i cieszmy się, że nie wyemigrowała w pewnym czasie do Wrocławia. Marta Smuk potrafi zrobić coś z niczego (jak choćby w "Klubie kawalerów"), a kiedy ma coś do zagrania to jak ryba. Wydawało mi się, że po szarży filmowej ciężko będzie przelicytować Whoopi Goldberg, ale ukrywająca się w Agencji Skene pod nazwiskiem Marty Smuk-Totoszko aktorka po prostu dała czadu. Jest jej sporo i każde jej ujawnienie budzi prawdziwą radość po prostu. A do tego pamiętna Dionne z pokoleniowego "Hair" ma "czarny" głos, co tworzy niezapomnianą całość. Z przyjemnością wpisuję do arkusza kalkulacyjnego w zakładce nominacje w kategorii "męska rola drugoplanowa" Piotra Czajkę (Duch Metra), który znowu (wcześniej w "Złym") skupia uwagę w niedużej, ale dopracowanej roli. Z trójki solistów najlepiej poradziła sobie Maja Gadzińska (Molly), która potwierdza, że w Teatrze Muzycznym następuje zmiana warty.

Publiczność "na bilety" odbiera spektakl bardzo dobrze, nawet "niedzielka" jest ożywiona. Owacje na stojąco i pozytywne komentarze świadczą jednoznacznie, że spektakl został zaakceptowany, bilety wyprzedane są do stycznia. A ja się cieszę z oburzenia miłośników teatru. Może coś wreszcie drgnie? Może zaczniemy rozmawiać o dramatycznie rozjeżdżającej się dychotomii rozrywka a kultura, o dostępie do tej drugiej, o misyjności i tym podobnych? Jakiego teatru chcemy, jaki powinniśmy finansować i czego oczekiwać? Panuje przekonanie że 3city jest bardzo mieszczańskie i bezpieczne. Wyobrażacie sobie, że w Gdyni, jak we Wrocławiu, poleci np. "Jerry Springer - The Opera"? A może zaczniemy rozmawiać serio? Podobno teatr jest nasz.

Piotr Wyszomirski
Gazeta Świętojańska
13 listopada 2015

Książka tygodnia

Paragon
Wydawnictwo Mamiko
Justyna Nawrocka

Trailer tygodnia