Wyartykułowany pesymizm świata

"Zemsta" - reż. Anna Augustynowicz - Teatr J. Słowackiego w Krakowie

Są takie teksty, które doczekały się setek realizacji. To zwykle komedie lub dramaty, znajdujące się w ścisłym kanonie klasyki, czytanej też obowiązkowo w szkołach. „Zemsta" autorstwa Aleksandra Fredry to jeden z tych tekstów, na które możemy reagować niemal alergicznie, a co najmniej wzdrygnięciem. Znany od czasów szkoły, wielokrotnie wystawiany, więc – co można powiedzieć o nim dzisiaj? Anna Augustynowicz podjęła próbę teatralnego odświeżenia historii.

Akcja komedii Fredry toczy się tu w neurotycznym nastroju. Można odnieść wrażenie, że wszyscy są w jakiś sposób zdenerwowani, podminowani, choć nie każdy (jak Rejent) to okazuje. Wszystko dzieje się szybko, w rwącym potoku wyrzucanych słów. Czasami przestaje się zwracać na nie uwagę – zdają się tłem, swego rodzaju szumem, melodią, percepcja ucieka od artykułowanych znaczeń. Klara i Wacław nie są tu parą romantycznych kochanków, ale nerwowo reagujących młodych ludzi, o których na pierwszy rzut oka ciężko powiedzieć, że mają się ku sobie.

Lepiej ogląda się obraz, który bardziej przemawia do wyobraźni. Tutaj właściwie brak jest wyraźnych bodźców wzrokowych. Ilość słów wypowiadanych ze sceny może męczyć, a jednocześnie fascynować. Z jednej strony niezwykła pamięć aktorów jest rzeczą znaną i oczywistą, z drugiej: rzadko można jednak zaobserwować tak niewiarygodną ilość tekstu, wypowiadaną w krótkim czasie, w szybkim tempie. Mimo tego, że większość scen jest statyczna, to nie pozbawiona emocji. Oglądamy tu świetny zespół, w którym szczególnie wyróżnia się Marcin Sianko jako Rejent Milczek: jego machinalne ruchy rękoma, które przypominają bezwiedne składanie rąk do modlitwy oraz przenikliwe spojrzenia zdradzają wewnętrzny wulkan emocji, który lada chwila może wybuchnąć.

Aktorzy mają przed sobą trudne zadanie, ponieważ całość opiera się głównie na dialogach. Tekst „Zemsty" podany jest tutaj bez skrótów. Usłyszymy go ze sceny w całości, z wątkami pobocznymi. W pewien sposób podobnie przygotowana została realizacja „Hamleta" w reż. Krzysztofa Jasińskiego w 2012 roku: na scenie wybrzmiewa cały tekst. Jest on jednak zrobiony z rozmachem jeśli chodzi o formę: dopracowane w detalach kostiumy i efekty dopełniają całości. U Augustynowicz scenografia jest ascetyczna: dominuje szarość i czerń. To samo obserwujemy w kostiumach, które celowo zostały sprowadzone do niezbędnego minimum znaczeniowego.

Na środku sceny stoi długi stół, przykryty czarnym obrusem, po jego dwóch stronach widzimy czarne krzesła. Za nim duży, czarny podest, a na nim trzy kwadratowe ściany. Zrobione są z półprzepuszczalnego, brązowego materiału. Niby jest to labirynt, niby odgrodzenie pomieszczenia, a jednak dokładnie widać, kto za nimi stoi, skrada się, nasłuchuje, czeka. Dzięki temu historia nosi znamiona intrygi – działań gdzieś na granicy moralności. W ten sposób mamy też umowny podział na górną (na podeście) i dolną (na scenie) część (wyobrażonego) zamku, czyli kierujemy się w stronę genezy tekstu, ponieważ odkryty przez Fredrę dokument zamku Kamieniec w Odrzykoniu mówi o skłóconych rodach, które mieszkały tam piętrowo jeden nad drugim.

Nerwową atmosferę, która panuje na scenie, genialnie rozładowuje osoba Daniela Malchara, który wciela się we wszystkie postaci epizodyczne dworzan Cześnika. Jego cięte riposty, wypowiadane w naturalny sposób (jako Dyndalski lub Śmigalski) oraz mimika „na stronie" doskonale kontrastują z nastrojem reszty bohaterów. Augustynowicz wyróżnia też w ten sposób kluczowe postaci, nadając im osobne charaktery. Malchar pełni natomiast w spektaklu jeszcze jedną ważną rolę: jest odpowiedzialny za muzykę na żywo. Właściwie są to bardziej efekty dźwiękowe – gra na drumli, na pile, czasem zwykłe klaśnięcie. Ma również do dyspozycji minimalistyczny zestaw perkusyjny i tymi instrumentami i przeszkadzajkami urozmaica spektakl, tworząc dodatkowe tło.

„Zemsta" w reż. Anny Augustynowicz toczy się w dziwnej, niemal apokaliptycznej, surowej przestrzeni. Nie ma tu mnóstwa kolorów, kostiumów z epoki czy beztroskiego śpiewu Papkina jak w filmowej realizacji Andrzeja Wajdy. Papkin Augustynowicz ubrany jest w czarne trampki, czarne spodnie i prosty, rozciągnięty, czarny sweter. Ma łysą głowę i od początku skojarzył mi się z rolą Adama Ferencego jako Prospera w „Burzy", wyreżyserowanej przez Krzysztofa Warlikowskiego. Mało tu jest śmiechu, więcej nerwów i niemal szaleństwa. W realizacji Warlikowskiego obraz świata przedstawia się wybitnie pesymistycznie. Zmęczony Prospero mówi cicho i wolno. Papkin na deskach Teatru Słowackiego miota się pośród intryg, a na jego twarzy częściej niż uśmiech gości grymas cierpienia, użalania się nad sobą. Jest jakby rewersem panującego nad wyspą Prospera – ze względu na żywiołowość reakcji i podporządkowanie innym.

Być może jest to daleko idąca interpretacja, jednak kiedy ogląda się spektakl Augustynowicz, to przy całym komizmie sytuacyjnym (który nie jest tu specjalnie zaznaczony) – można odnieść wrażenie, że jest to bardzo smutna opowieść. Ciemne barwy świata, który ginie w potoku słów nie są niczym rozjaśniane. Jedynym kolorowym rekwizytem na scenie jest czerwona piłeczka, którą bawi się Podstolina, a którą na końcu Papkin zakłada sobie na nos. Czy staje się on błaznem i czy to wszystko było żartem, dziwną igraszką? Nie wiadomo, bo przecież „Niech się dzieje wola nieba...".

 

Joanna Marcinkowska
Dziennik Teatralny Kraków
1 grudnia 2017

Książka tygodnia

Paragon
Wydawnictwo Mamiko
Justyna Nawrocka

Trailer tygodnia