Wydawać się światu śmiesznym

Rozmowa z Waldemarem Zawodzińskim

Widzieć świat lepszym, dążyć do tego za cenę wyzbycia się egoizmu. Uszlachetnianie innych, dawanie innym siebie. I cóż z tego, że dla wielu jest się, nie wiem, śmiesznym, groteskowym, że jest się błaznem. Potwornie boimy tego, żeby z tego powodu nie narazić się na śmieszność. A tutaj potrzebna jest ta niezłomność w wyznawaniu wartości, w realizowaniu własnych idei. Pozostawienia, odciśnięcia swojego śladu tym, że zrobimy coś, żeby świat był lepszy, piękniejszy, bardziej ludzki. Na przekór światu, na przekór odrzuceniu. W dzisiejszych czasach to szczególnie ważne przesłanie.

Z Waldemarem Zawodzińskim, reżyserem spektaklu "Człowiek z La Manchy" zrealizowanym w Teatrze Powszechnym w Radomiu, rozmawia Urszula Makselon z Dziennika Teatralnego.

Urszula Makselon: Zrealizowany z rozmachem, barwny, precyzyjny w każdym szczególe spektakl „Człowiek z La Manchy" pięknie wpisał się w jubileusz 40-lecia radomskiej sceny. Fantastyczna scenografia, niezwykła dynamika ruchu scenicznego. Ukłon w stronę wszystkich, którzy przyczynili się do jego powstania.

Waldemar Zawodziński: - Taki musical da się wystawić z powodzeniem jedynie w takim teatrze dramatycznym, gdzie są aktorzy śpiewający. Libretto o ogromnej rozpiętości. Od sceny groteskowej, jak z komedii dell'arte, po sceny dramatyczne, liryczne – a więc tu trzeba dobrego rzemiosła aktorskiego. Od strony wokalnej też musi być nienagannie. Z drugiej strony ten pierwiastek aktorski, tworzenie kreacji, gdzie śpiew i ruch są elementami w kształtowaniu postaci i zdarzeń. Nawet za cenę jakichś niedoskonałości wokalnych – muszą to być jednak pełnowymiarowe postaci. Przejmujące, wzruszające, zabawne – gdzie jest ta płynność przejść od zmysłowości do trywialności, od poetyckości do realizmu. Aktorzy, w sposób niezwykle inteligentny, błyskotliwie przechodzą „ze stanu w stan". „Człowiek z La Manchy" był wystawiany w teatrach dramatycznych często z większym powodzeniem niż w teatrach muzycznych, gdzie może strona muzyczna jest na wysokim poziomie, ale już z tą stroną wyrazową, kreacji aktorskiej, bywały problemy. To piękny i ważny utwór. To, co jest w pierwowzorze, ta niezwykła postać stała się kamieniem milowym w kulturze.
Don Kichot jest protoplastą wielu różnych postaci, dla których wartością jest budowanie dobra i piękna – te dwa pojęcia splatają w coś nierozerwalnego. Widzieć świat lepszym, dążyć do tego za cenę wyzbycia się egoizmu. Uszlachetnianie innych, dawanie innym siebie. I cóż z tego, że dla wielu jest się, nie wiem, śmiesznym, groteskowym, że jest się błaznem. Potwornie boimy tego, żeby z tego powodu nie narazić się na śmieszność. A tutaj potrzebna jest ta niezłomność w wyznawaniu wartości, w realizowaniu własnych idei. Pozostawienia, odciśnięcia swojego śladu tym, że zrobimy coś, żeby świat był lepszy, piękniejszy, bardziej ludzki. Na przekór światu, na przekór odrzuceniu. W dzisiejszych czasach to szczególnie ważne przesłanie. Tutaj ma ono oczywiście ogromną dozę poetyckości. Libretto bardzo pięknie wyłuskuje z powieści te najistotniejsze wątki. Pokazuje świat, który – z pewną dozą przerysowania, komiczności – jest światem dość okrutnym. Mamy głównego bohatera, który – płacąc za to wysoką cenę – zasiał w sercach, duszach, w myśleniu ziarno, które zaczyna kiełkować. I nie jest istotne, jak duży będzie zasięg – ważne jest, że to się stało. To musical piękny i mądry, jeden z najbardziej znanych. Posiadający niezwykle precyzyjną strukturę, taką, która przemawia do szerokiego kręgu odbiorców. To ważne, żeby wystawiać utwory, które nie są jedynie dla jakiegoś wąskiego elitarnego kręgu, ale takie, którymi można obdzielić widzów o różnych oczekiwaniach.

Dobro i te wszystkie wartości, o których teraz mówimy, często są odbierane jako przejaw naiwności. Wstydliwe. A w sztuce chowane są nieraz za zasłoną szaleństwa postaci. Wtedy taka jej wrażliwość, taka postawa, jest usprawiedliwiona.

Tak. Doświadczamy tego często, że jak społeczność nie wie co zrobić z tym, który odbiega od normy, z tym obcym – to najlepiej przypiąć mu etykietkę i tym samym rozwiązać problem. Nie musieć każdorazowo, indywidualnie odnosić się do problemu, który stwarza ten Inny. W „Człowieku z La Manchy" poza „innością" w postawie głównego bohatera mamy też „inne" społeczności – cygańską i arabską. I dwa sposoby postrzegania rzeczywistości, tak zwane ludowe spojrzenie, jakbyśmy powiedzieli dzisiaj – opinię przeciętnego człowieka, i poglądy Don Kichota, który chce spojrzeć na tego z innej kultury okiem ciekawym, rozumnym, pełnym empatii. Żeby ją zrozumieć – nie odrzucać. To też ważny aspekt tego przedstawienia. Pomimo że podany – jak to w musicalach – w tak atrakcyjnej formie.

Ogrom pracy Twojej, artystów. Przez cały czas ruch, śpiew... zmęczenie.

To prawda, że pracy było bardzo dużo, ale była przyjemna. A to dlatego, że materia tego musicalu jest taka patchworkowa, że nie groziła nam nuda. Przy tym aktorzy dali się porwać. To dość ważne, żeby przychodzić na próbę z odczuciem przyjemności tworzenia tego, co na scenie. Takiej współpracy, która daje poczucie, nie wiem, sensu? Nie tylko w finalnym efekcie, ale w codzienności pracy nad przedstawieniem. Dobierania się, wymyślania, zauważania, jak powolutku, powolutku to wszystko zaczyna się stwarzać... Moje wymagania wobec aktorów były przecież duże. I ich wobec siebie także. Aktorzy mają to do siebie, że choć może na co dzień nie tańczą i nie śpiewają, to jak mają takie zadanie, to traktują je bardzo poważnie. Uruchamia się taki rodzaj ambicji zawodowej, że muszą podołać. Rodzaj rozbudzenia, poczucia klasy zawodowej – to fantastyczne, bo wtedy są w stanie zmierzyć się, pokonywać trudności. Widz siedzący na widowni nie może mieć poczucia, że ktoś nieźle tańczy czy śpiewa – jak na aktora dramatycznego. W teatrach dramatycznych widzimy zorganizowany ruch sceniczny, układy choreograficzne czy elementy wokalne, bo to jest codzienną treścią wyzwań, jakie niesie ten zawód. Tutaj było widać, że chcą to zrobić jak najlepiej i są tego efekty. Przyjemna praca – nawet jeśli jest jej dużo i jest wyczerpująca – daje satysfakcję i taki napęd. Dość szybko ładuje się akumulatory, żeby wyszło jak najlepiej.

Urszula Makselon
Dziennik Teatralny
24 października 2017

Książka tygodnia

Iłła. Opowieść o Kazimierze Iłłakowiczównie
Wydawnictwo Marginesy
Joanna Kuciel-Frydryszak

Trailer tygodnia