Wyobraźnię mam po tacie

Rozmowa z Wojciechem Malajkatem

Dla mnie teatr jest najważniejszy, tak czy siak. Oczywiście bardzo lubię grać w filmie, bo to jest inny rodzaj przygody życiowej i aktorskiej. Ale taką bazą i opoką jest scena - mówi Wojciech Malajkat, dyrektor artystyczny Teatru Syrena w Warszawie.

Czy Pana droga do zawodu była typowa - zdolne dziecko, które recytowało wiersze na akademiach, czy też... czysty przypadek?

- Nie było tak, że się urodziłem i już wiedziałem, że chcę zostać aktorem. W liceum jakimś zbiegiem okoliczności dostałem się do szkolnego kabaretu. Tam wypatrzyła mnie pani, która opiekowała się teatrem młodzieżowym w Domu Kultury w Mrągowie i zaprosiła do udziału w kilku przedstawieniach tego teatru. Potem usilnie namawiała mnie, abym zdawał do szkoły teatralnej, a ja broniłem się jak mogłem rękami i nogami. W końcu mnie namówiła. A potem stało się, co się stało...

Jak rodzice przyjęli taką decyzję syna? Wszak przeważnie marzą o konkretnym zawodzie dla swoich dzieci...

- Mama nie ukrywała zaskoczenia. Gdy pojechałem na egzaminy wstępne do szkoły filmowej w Łodzi, przez dwa tygodnie chodziła do kościoła i modliła się, abym... nie zdał. Mój starszy brat opowiedział mi o tym, gdy wróciłem z egzaminów. Natomiast tata przyjął to po męsku. Powiedział, że to jest moje życie i niech się dzieje wola nieba.

A czy wspominali, że w rodzinie był ktoś, kto miał artystyczne zdolności?

- Moja mama była krawcową, a tata stolarzem. Myślę, że po tacie odziedziczyłem artystyczny zapał, bo on robił w drewnie prawdziwe cuda, rzeczy niezwykłe. Ale aktorów nigdy nie było w naszej rodzinie.

A Pan potrafi zrobić coś z drewna?

- Nie, tylko wyobraźnię mam po tacie. Cieszę się, że chociaż tyle.

Aktor, reżyser, dyrektor Teatru Syrena, profesor w szkole teatralnej. Wszystkie obowiązki zacne, ale który najtrudniejszy?

- Ta urzędnicza część dyrektorowania w Teatrze Syrena stale daje mi w kość. W dodatku to nie jest coś, co mnie jakoś specjalnie ekscytuje. Jest to doświadczenie, które nie pozostaje obojętne dla mojej osobowości artysty. Bywa, że czuję się jak urzędnik. Nie ukrywam, że chętnie bym się pozbył tej części dyrektorowania.

Jest Pan w jednej osobie dyrektorem artystycznym i naczelnym. Jeden Wojciech Malajkat mówi: "Róbmy to przedstawienie", a drugi dyrektor przelicza koszty?

- Tak, to jest taka schizofrenia. Artysta mówi: "róbmy", a urzędnik: "za co?". Ale to jeszcze jest do zniesienia, w końcu - dogadują się. Najtrudniej jest kogoś zwolnić, rozstać się z członkiem zespołu... Te rozmowy są bardzo trudne i dużo mnie kosztują. Najprzyjemniejszy jest ten moment, kiedy się przyjmuje kogoś nowego.

W styczniu minęło pięć lat, odkąd pełni Pan funkcję dyrektora Syreny. Za Pańskich rządów Syrena bardzo się zmieniła. Czy jest jedna taka sztuka, z której jest Pan najbardziej dumny?

- Jestem zadowolony z wielu sztuk, które pojawiły się w naszym repertuarze. Na pewno z adaptacji scenariuszy filmowych na scenę, które okazały się wielkim sukcesem. "Skazani na Shawshank", "Plotka" czy "Pajęcza sieć", to były takie strzały w dziesiątkę. Cieszę się także z nowości, jaką jest "Syrena Musie", czyli koncerty wspaniałych artystów. Mamy za sobą pierwszą edycję międzynarodowego festiwalu monodramu United Solo. Poza tym w ofercie jest bardzo rozbudowany program warsztatów dla dzieci i młodzieży. Urywają się telefony i gdybyśmy chcieli, to okrągły rok moglibyśmy to robić...

Można też wspaniałe Pańskie role zobaczyć w innych warszawskich teatrach, w Polonii u Krystyny Jandy,, czy w Teatrze 6.piętro Michała Zebrowskiego. Czy grając u konkurencji w świetnych przedstawieniach nie czuje Pan ukłucia zazdrości?

- Czasami myślę o tym, aczkolwiek tu, w Teatrze Syrena, też gram w kilku różnych przedstawieniach i też przy pełnej widowni. Wydaje mi się, że moja obecność w innych teatrach ma pewien cel. Gdy widzowie zobaczą mnie tam w zupełnie innych rolach, to może ci, którzy nie byli jeszcze w Syrenie, pomyślą, że warto tu się pojawić. Ale nie ukrywam - czasami żałuję, że o pewnych tytułach nie pomyślałem.

Grywa Pan w filmach, serialach, dubbinguje. Co Pana zdaniem stanowi podstawę aktorstwa?

- Dla mnie teatr jest najważniejszy, tak czy siak. Oczywiście bardzo lubię grać w filmie, bo to jest inny rodzaj przygody życiowej i aktorskiej. Ale taką bazą i opoką jest scena.

Widzowie telewizyjni lubią Pana za rolę Rzędziana w "Ogniem i mieczem". Podobno rola ta w scenariuszu była dużo skromniejsza, ale był Pan na planie tak znakomity, że została poszerzona w trakcie realizacji zdjęć?

- Tak było, rola Rzędziana rozwijała się na planie. Świetna współpraca z reżyserem Jerzym Hoffmanem i Adkiem Drabińskim spowodowała, że przy okazji ta rola tak się jakoś rozwinęła. Lubię Rzędziana. Była to fantastyczna przygoda aktorska. Nie bez znaczenia jest też fakt, że "Ogniem i mieczem" to brakująca część Trylogii, tak oczekiwana przez widzów.

Która z ról jest najmilsza sercu?

- Lubię wszystkie, do każdej podchodzę dosyć ambitnie i z dużą dozą odpowiedzialności, więc potem nie mam problemu z akceptacją. Ale bardziej lubię swoje role teatralne, niż te filmowe. Po pierwsze, ról teatralnych było więcej, a po drugie - to one mnie rozwijały jako artystę.

Jest Pan również profesorem w Akademii Teatralnej w Warszawie.

- Jeszcze do tego wszystkiego... (uśmiech).

No właśnie... Kolejna ważna rola.

- No cóż, to jest taka praca pozytywistyczna. Bardzo długo wykładałem w łódzkiej szkole filmowej, a teraz uczę tutaj, w Akademii Teatralnej. To jest taka otrzeźwiająca praca, która ciągle upewnia mnie, że nie da się niczego w tym zawodzie "wypstrykać". Że wszystko trzeba wypracować.

To znaczy, że nie ma tak utalentowanych ludzi, o których mówi się "zwierzę filmowe" i którym szkoła tak naprawdę jest niepotrzebna?

- To może być tylko wyjątek, który potwierdza regułę. Ja takich nie spotkałem. Na dłuższą metę w teatrze to jest po prostu niemożliwe. Bez warsztatu nie da się ujechać za daleko.

Co jest jeszcze w tym zawodzie ważne? Jakie wartości stara się Pan przekazać przyszłym aktorom?

- Mówię im, kiedy tylko mogę, o człowieczeństwie. O tym, że człowiek czuły i wrażliwy na świat, na innych ludzi będzie lepszym artystą. Artysta, który jest zapatrzony w siebie albo myśli tylko o tym. co wykreować, bez oglądania się dookoła, zamieni swoją pracę w taką egocentryczną formę, która nie będzie przez publiczność rozumiana.

Już wiem, że bardzo dużo Pan pracuje, a jak Pan odpoczywa?

- Z książką. Na Mazurach, w górach, na nartach, czy w lecie gdzieś nad ciepłym morzem, ale zawsze z książką.

Jakie książki Pan wybiera?

- Bardzo różne. Lubię biografie ludzi, którzy byli artystami lub naukowcami, ale świetnie mi się odpoczywa również przy beletrystyce czy sensacji.

Kryminał?

- Tak, kiedy muszę się zająć tropieniem złoczyńców razem z jakimś detektywem, rzeczywiście się relaksuję... (śmiech). Ale uwielbiam też czytać poezję.

Bliski jest także Panu aktywny odpoczynek.

- Tak - rower, narty, żaglówka.

Ma Pan patent sternika?

- Nie mam patentu, jako człowiek z Mazur (uśmiech), ale jakoś mi nie był potrzebny.

Znajduje Pan czas na odpoczynek w domu nad mazurskim jeziorem?

- Właśnie ciągle mam tego czasu za mało. Ale z drugiej strony, gdy tam jestem, to po jakichś 10-12 dniach już zaczynam przebierać nogami, już bym się czemuś oddał.

Jakie miejsca, poza Mazurami, podobają się Panu?

- Przez parę lat jeździliśmy na wakacje do Chorwacji, to jest wspaniały kraj. Lubimy także Grecję. W ogóle bardzo pokochałem wybreże Adriatyku. Gdybym był sam, to bym chętnie jeździł ciągle w to samo miejsce, ale mam dosyć niespokojną rodzinę, która lubi zmiany.

Zwiedza Pan zabytki, ogląda muzea...

- Nie, lubię połazić po mieście, pójść do knajpy, baru, posiedzieć, ale potem bardzo lubię wrócić do domu i położyć się z książką na leżaku.

Docenia Pan dobrą kuchnię, a może potrafi sam coś ugotować?

- Nie, kompletnie nic. Tutaj moja wyobraźnia przestaje działać. Gdy byłem na studiach, dostawałem czasem takie półprodukty - mama zrobiła jakieś kotlety i musiałem tylko ugotować ziemniaki. Nigdy nie udawało mi się zgrać tego w czasie. Gdy już kotlety były gotowe, ziemniaki jeszcze nie. Więc jadłem albo spalone kotlety, albo niedogotowane ziemniaki... Ale dobrą kuchnię doceniam, chociaż nie mogę powiedzieć, że jestem smakoszem i że mam podniebienie Piotra Bikonta.

A jakie ma Pan plany w nadchodzącym roku?

- Znam jedynie swoje plany związane z Syreną. Będziemy kontynuować United Solo, czyli drugą odsłonę festiwalu monodramów. Chciałbym zrobić "Skazę" na podstawie scenariusza thrillera erotycznego z Jeremym Ironsem i Juliette Binoche. To będzie zupełna nowość. Krótko mówiąc, chciałbym, żeby ta mroczna strona duszy człowieczej znalazła w naszym teatrze swoje miejsce i żebyśmy o niej z publicznością rozmawiali. O uzależnieniu od pracy, od seksu, od drugiego człowieka - takich tematów chciałbym dotknąć w tym sezonie. Mam nadzieję, że dojdzie także do realizacji "Kariery Nikodema Dyzmy".

Świetna wiadomość. Kto zagra tytułową rolę Nikodema Dyzmy?

- Nie mogę jeszcze powiedzieć.

Ale już Pan wie?

- Nie, jeszcze sam nie wiem. Jeszcze szukamy Dyzmy...

Edyta Karczewska-Madej
Tele Tydzień
25 marca 2014

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia