Wyznaję, też jestem biesem

"Biesy" - reż: Krzysztof Garbaczewski - Teatr Polski we Wrocławiu

Przyznaję, przewrotnie przyjąłem postać biesa, który miał zepsuć "dzieło" podobno utalentowanego reżysera Krzysztofa Garbaczewskiego. On właśnie na Świebodzkim we Wrocławiu wystawił "Biesy" Fiodora Dostojewskiego pod firmą Teatru Polskiego. Nie jestem też takim zwykłym biesem. Jestem biesem gejem.

My, biesy geje, patrzymy na świat nieco inaczej. W permanentnej transcendencji. Nieobliczalnie i przez to genialnie. Rozumowanie zaczynamy w miejscu, gdzie płeć się rozmywa. 

Udało mi się podstępnie, sącząc mu do mózgu słowo po słowie, przekonać reżysera i adaptatora mrocznej powieści Dostojewskiego, że jej autor od początku kombinował, by Stawrogin był kobietą. Nie tylko dlatego, że nie układało się z kobietami. Chodziło mi o to, żeby zepsuć mu jedną z głównych postaci trzymającej niemal wszystkie wątki, bo wtedy obojętnie, co zrobi, zawsze będzie źle.

Obsadzenie Katarzyny Warnke w roli Mikołaja Stawrogina dawało niemal dwieście procent szansy na porażkę. Aktorka nie miała prawa udźwignąć tej roli warsztatowo. Nie tylko, że jest jeszcze młodą kobietą z małym życiowym bagażem, ale też dlatego, że nie można na scenie rozwikłać tej postaci trzema pozami i monotonnym tembrem głosu, dodatkowo zeszpeconym przez chrypkę. Monolog z laptopem, zainscenizowany na spowiedź mężczyzny-kobiety, które to-to chłopo-babo-dziwo zgwałciło jedenastoletnią dziewczynkę - nuży i nudzi. Nie ma w nim ani krzty dramatu, choć po całej scenie szaleje w roli tej dziewczynki - Matrioszy - Ewa Skibińska. To ona bardziej przyciąga uwagę. 

Zamierzył sobie adaptator i reżyser, że "Stawrogin jako kobieta mierzy się z własnym odbiciem, czyli Matrioszą, i zauważa w nim gwałt. Nie jest to "gwałt jednostkowy, ani zbrodnia wywołana poczuciem pustki i bezcelowością wszelkiej eschatologii" - nie udało się. Na scenie takiego poczwórnego nelsona (zabroniony dziś chwyt zapaśniczy) nie da się założyć. I o to mnie, staremu diabłu, chodziło.

Wrednych gier nie ograniczyłem tylko do Krzysztofa Garbaczewskiego, ale wlałem jad do świadomości utalentowanego Marcina Czarnika, który mógł zagrać jedną ze swoich największych ról - Piotra Wierchowieńskiego. Wsączyłem mu, żeby od czasu do czasu bełkotał coś niezrozumiale i gubił sens dialogu. Marcin mnie posłuchał. Do tego karygodnego niechlujstwa na scenie namawiałem też piękne panie: Ewę Skibińską, Halinę Rasiakównę, Martę Ziębę i Katarzynę Warnke, ale baby są przewrotne, żadna mnie nie posłuchała. Dociera ich każde słowo i każdy przecinek, obojętne, czy stoją tyłem, czy przodem, leżą, siedzą czy epatują seksapilem dodanym przez adaptatora. Zięba, na przykład, spaceruje tylko w staniku i w ogromnym kasku motocyklowym na głowie, co u Garbaczewskiego ma pewnie znaczyć, że z głową ma coś nie w porządku. Skibińska ćwiczy do konkursu miss mokrego podkoszulka, tylko Rasiakówna tym razem nawet sukienki nie zdjęła. 

Aktorzy mnie nie słuchali, ale wiadomo, że to trudna do opanowania menażeria. Mimo wszystko broni postaci Wierchowieńskiego Marcin Czarnik, trudno nie zauważyć ról Ewy Skibińskiej (Maria Tichon, Matriosza) czy Haliny Rasiakówny (Barbara, Wirgiński). Tyle że one prawie zawsze się bronią. Nawet w najgorszych przedstawieniach. Byłbym jako bies niesprawiedliwy, gdybym pominął grające-go gościnnie Dariusza Maja (Stiepan, Szygalew), którego też trudno zepsuć, nawet gdy ktoś się bardzo stara. Adaptator Garbaczewski chciał wszystko pożenić i zaczął od wciągania nas do politycznego spisku, ale potem o tym zapomniał i zajął się śmiercią i nihilizmem wszystkich postaci. Pogubił psychologiczną gęstość, która jest największym walorem powieści Dostojewskiego. Trzeba się na teatralnym krzesełku pomęczyć trzy godziny.

Krzysztof Kucharski
POLSKA Gazeta Wrocławska
23 czerwca 2010

Książka tygodnia

Sześć opowieści o tym, jak godnie przeżyć życie
Agencja Dramatu i Teatru "Adit"
Tomasz Kaczorowski

Trailer tygodnia