Wzniesiemy toast i znikniemy

rozmowa z Jerzym Stuhrem

Z Jerzym Stuhrem rozmawia Jacek Cieślak

Rz: Czy zdecydował się pan napisać „Historie rodzinne”, poczynając od swoich austriackich pradziadków, którzy wybrali Kraków, żeby pokazać siłę tradycji i rodziny, gdy wielu w nią zaczyna wątpić? 

Pewnie tak, ale pisałem głównie dla moich dzieci i wnuczków. Spisałem historie, które mi opowiedziano, bo wychowywałem się jeszcze bez telewizora i wieczory schodziły nam na rodzinnych opowieściach. Ja już nie miałem okazji powtórzyć ich swoim dzieciom. Stąd książka. Porządkujmy nasze rodzinne annały, bo zapomnimy, kim jesteśmy! Myślałem też o Polakach rzucanych przez los w różne zakątki świata. Moja rodzina może być przykładem, jak zachować się lojalnie wobec ziemi, która jest gościnna i staje się domem. Pokazałem, że patriotyzm nie polega na wywijaniu szabelką i chodzeniu na parady, tylko na codziennej pracy, płaceniu podatków i tworzeniu lokalnych inicjatyw. Ale przyznam też, że chciałem rozwiązać zagadkę, dlaczego moja rodzina postanowiła przyjechać pod Wawel. 

Pisze pan, że w Krakowie życiowy start był łatwiejszy niż w Wiedniu. 

Długie lata myślałem, że przyczyny były ekonomiczne. A okazało się, że pradziadkowie zjechali do Krakowa z pokaźnym majątkiem. Kupili od razu kamienicę, otworzyli restaurację i zatrudnili dziesięć osób. Myślę, że pradziadków skusiła perspektywa rozwoju cywilizacyjnego Krakowa. To był czas, kiedy Franciszek Józef docenił jego strategiczne położenie. W prowincjonalnym dotąd mieście zbudowano dwa mosty, zmieniono i uregulowano koryto Wisły, powstały forty i nowe inwestycje. A mój pradziadek miał ambicje. Chciał być za wszelką cenę radnym. Dziadek został prezesem sportowego klubu Corona. Brali te funkcje, żeby mieć je dumnie wypisane na rakowickich grobowcach. Pragnęli też wykształcić dzieci, a Uniwersytet Jagielloński cieszył się niesłabnącą renomą.

Tymczasem pana prześladowano w szkole za niemiecko brzmiące nazwisko. 

Bielsko-Biała, gdzie się wychowywałem, było przed wojną bogatym niemiecko-żydowskim miastem. Koleżanka w pracy mówiła do mamy: „Rysiu, kup sobie ten sweterek, bo on jest niemiecki”, znaczy lepszy. W domu się z tego śmialiśmy. Jak ktoś coś zrobił dobrze – to było niemieckie. Ale w szkole zrobili ze mnie odszczepieńca. To budziło we mnie przekorę. Jak mnie wyzywali od Niemców – to chciałem być Niemcem, co zaowocowało w artystycznym zawodzie, bo przecież na scenie i w filmie szukamy odrębności. 

Jak jeszcze odczuwał pan swoje austriackie korzenie? 

Kiedy jeździłem na narty do Włoch, przez długie lata miałem ulubione miejsce pod Klagenfurtem, gdzie się zatrzymywałem na nocleg. Jechałem z Krakowa i pragnąłem zawsze tam się już znaleźć, żeby to piwo wypić. A w gasthausie leniwo, sennie. Trzech gości, ciągle tych samych, przy barze. Jedzenie – jakbym w domu jadł. Mama robiła takie same sznycle. Kaleczyłem język, a mimo to czułem się bezpiecznie. Na granicy czesko-austriackiej wkładali nam, co prawda, lustro pod podwozie i wyrywali dwie paczki papierosów. Ale jak się udało pokonać szlaban, zawsze mówiłem „To jesteśmy w domu”. Potem okazało się, że w pierwszej wsi za granicą, w Wildendürnbach, urodził się mój pradziadek. Prababcia była z dalszego Schrattenbergu. Tam winiarnie i wino są lepsze. 

Pisze pan, że rodzina jest najważniejsza, ale w takich ważnych momentach jak narodziny syna, wybrał pan kręcenie filmu „Blizna” Kieślowskiego, a na planie, o zgrozo, nie miał pan nic do roboty, bo nie przygotowano się do produkcji. 

Czułem się strasznie. Teraz wiemy, kto to Kieślowski. Wtedy był debiutantem, ponurym facetem z dokumentu. A ja się zdecydowałem na pracę z nim w tak ważnym momencie życia rodzinnego. To doświadczenie było akuszerką dalszej współpracy i naszej wielkiej przyjaźni. Czuł, że przez niego straciłem coś ważnego. Słusznie obstawiłem. Jakie szczęście. Nauczył mnie w filmie wszystkiego. Tyle że w odróżnieniu od Krzyśka, zawsze będę myślał Szwejkiem i wybiorę komedię.

A nie myślał pan na planie „Blizny”, co czuje żona zostawiona sama w Krakowie? 

Miałem do wyboru pierwszy film w życiu i poród pierwszego dziecka. Byłem niedojrzały. Rozdarty. I czasy mieliśmy inne. Nie rodziło się we dwójkę. No, ale jak mój syn poszedł z żoną na rodzinny poród, tak się przejął, zdenerwował, że w najważniejszym momencie nie był obecny. 

Pisze pan, że z córką zbliżył się dopiero, kiedy mógł jej pomóc przed ciężką operacją. 

Kiedy mówimy o rodzinie, trzeba też pamiętać o nieszczęściach. One również są wpisane w historie rodzinne. A w momencie zagrożenia życia najbliższych dojrzewa się w sekundę. Ja wtedy muszę działać. Prę do przodu. Walczę. Odzywa się we mnie zodiakalny baran. 

Jakim doświadczeniem był dla pana zawał? 

Najpierw czułem upokorzenie i wstyd. Nie miałem siły ruszyć ręką. Pielęgniarki musiały mnie podnosić, myć. A miałem 37 lat. Szpitalny psycholog doradził mi, żebym – jeśli to możliwe, pracował nie mając przełożonych, bo jestem tak zdyscyplinowany, że zawsze będę chciał wykonać ich wszystkie polecenia, a i własne obowiązki – w PWST, w teatrze, co może się okazać zabójcze. Od tego czasu zacząłem się wyzwalać z etatów i innych stałych zatrudnień. Sam o wszystkim decyduję. Mam ręce pełne roboty, ale nie pracuję w napięciu. 

Kiedy patrzymy na dzisiejsze kariery, trudno uwierzyć, że pan – wielka gwiazda – długo jeździł maluchem i tułał się po wynajmowanych pokojach i mieszkaniach. 

Może to lekcja ojca, który stracił po wojnie kamienicę, restaurację, fabrykę, a kompletnie się tym nie przejął. Nawet jak odzyskał dom, nie odwiedził go, tak wszystko z siebie wyrzucił. Nie chciał być obciążony sprawami materialnymi. 

Podobną naturę miał Kieślowski. Kiedy zmieniałem mieszkanie na większe, mówił: „Uważaj, bo to pułapka, będziesz chciał mieć jeszcze większe”. A ja z czasem chciałem mieć dobry standard życia, który pozwala się skupić na pracy. I pieniądze, żeby mnie nie upokarzano – żeby było mnie stać na wolność. Teraz dzieci dojrzewają w epoce konsumpcji. Chcą mieć wszystko. Teraz. Naraz. Dlatego warto ich uczyć wolności od pieniędzy i dóbr materialnych. 

Zaskoczyła mnie pana opinia o synu, że dopiero rola w spektaklu „Anioły w Ameryce” Warlikowskiego usatysfakcjonowała pana. Przecież wcześniej grał w pana filmach. 

Ale my rozdzielamy teatr od filmu, który jest łatwiejszą robotą. Bałem się o Maćka, bo po studiach pochłonęło go łatwe życie estradowca. Szybkie i duże pieniądze. 

Ale panu też koledzy ze Starego Teatru wytykali „Spotkania z balladą”. 

To były przekomarzanki. Jednak czerpałem z Kobieli, Fedorowicza, Piwnicy pod Baranami. I cały czas grałem w teatrze. A wracając do Maćka – myślałem, że już na scenę nie wróci. A jednak. Okazało się, że godziny spędzone na balkonie Starego, gdzie uczył się na pamięć naszych spektakli, monologów Treli, Nowickiego, Bińczyckiego i moich – nie poszły na marne. Dla niego Warlikowski jest tak ważny jak dla mnie Swinarski. Jest dumny, że znalazł się w jego zespole. Ja też. 

W Teatrze Telewizji zobaczymy „Szkołę żon” w pana reżyserii i z pana udziałem. To pana wybór?

Najpierw w gronie moich krakowskich przyjaciół myśleliśmy o tym, by odważyć się na klasykę, bo wszystko wypierają reportaże z historii, słabe aktorstwo i scenariusze. Koledzy uznali, że komedia jest moją siłą i zaczęliśmy szukać tekstu o wielkich namiętnościach. Walka z telewizją o pieniądze na kostiumy, na plener i wnętrza w Pieskowej Skale trwały dwa lata. Projekt wylądował w koszu. Ale kiedy telewizję zaczęto chlastać za to, że nie wypełnia misji – tylko pokazuje łyżwy i Dodę – wyciągnęli scenariusz ze śmietnika i nagle stał się priorytetem. 

Czy ta rola jest dla pana pożegnaniem z młodością i... młodymi kobietami? 

Najpierw był angielski film „The Making of Parts” o jednej nocy mężczyzny, który zauważa, że kobiety zaczynają na niego patrzeć jak na starszego pana. Myślałem, że kręcimy smutasa, a tu nagle nagroda w Wenecji. W „Szkole żon” również najważniejsze jest pytanie starzejącego się mężczyzny: „To już mnie nie kochasz?”. Choć jest też oczywiście problem potwora, który od dziecka wychowuje sobie kochankę i chce ją wykorzystać. 

Jak pan spędzi sylwestra? Już chyba nie jako wodzirej? 

Gram „Kontrabasistę” w Teatrze im. Wyspiańskiego w Katowicach. Tam jest teraz potężne przemysłowe i akademickie lobby. Tak błagali, że się zgodziłem. Jedziemy z żoną i córką. Wzniesiemy toast i znikniemy. 

Jerzy Stuhr (1947), jeden z najważniejszych polskich aktorów, reżyser. Mało kto cieszy się tak jak on masową popularnością, którą zdobył rolami komediowymi w „Seksmisji” i „Killerach”, a jednocześnie uznaniem za kreacje nasycone tragiczną, egzystencjalną nutą. Kiedy stał się sławny dzięki rozrywkowemu programowi „Spotkania z balladą”, zdyskontował to w „Wodzireju” Falka, pokazując cynizm i bezideowość gierkowskich czasów. Stworzył postaci obdarzone wrażliwością, jak w „Amatorze” Kieślowskiego. Podkreśla, że to temu artyście zawdzięcza swoją inicjację filmową. Doświadczenia kontynuuje we własnych obrazach: „Historiach miłosnych”, „Pogodzie na jutro” czy „Tygodniu z życia mężczyzny”. Szkołę aktorstwa stanowiły dla niego role w Starym Teatrze – w „Zbrodni i karze”, „Nocy listopadowej” i „Emigrantach” Wajdy. Niedawno wydał książkę „Historie rodzinne”.

Szkoła żon 20.20 | TVP 1 | poniedziałek i 21.15 | tvp polonia | czw.

Jacek Cieslak
Rzeczpospolita
29 grudnia 2008
Portrety
Jerzy Stuhr

Książka tygodnia

Cyrk w świecie widowisk
Warsztaty Kultury w Lublinie
redakcja Grzegorz Kondrasiuk

Trailer tygodnia