XXI Festiwal Mozartowski w Warszawie

"Czarodziejski flet" - reż. R. Peryta - Warszawska Opera Kameralna

Przepiękna muzyka, baśniowe libretto, wspaniałe głosy i doskonałe wykonanie "Czarodziejskiego fletu" Wolfganga Amadeusza Mozarta pokazuje, że nie wszystek teatr poddaje się dziś niszczącej presji nurtów postmodernistycznych negujących podstawowe wartości. Tą najsłynniejszą i chronologicznie ostatnią operą w dorobku dzieł scenicznych kompozytora Warszawska Opera Kameralna zainaugurowała XXI Festiwal Mozartowski w Warszawie

Niełatwo dziś obejrzeć "Czarodziejski flet" wierny oryginałowi. Do oper wszak parę lat temu wkroczyli reżyserzy-eksperymentatorzy, którzy na pierwszym planie umieszczają swoje często bełkotliwe wizje teatralne pozostające w dysonansie z partyturą opery. Ten tzw. odświeżający sposób wystawiania utworów klasycznych zalewa dziś sceny operowe. Jedną z nielicznych obecnie enklaw szanujących dzieło kompozytora jest Warszawska Opera Kameralna. Prezentowany na tej scenie "Czarodziejski flet", tak jak i pozostałe utwory sceniczne Mozarta będące w repertuarze tego teatru i pokazywane rokrocznie podczas Festiwalu Mozartowskiego, są wyrazem pietyzmu dla dzieła kompozytora.

W "Czarodziejskim flecie" należącym do najpopularniejszych oper świata wspaniale harmonizuje ze sobą dramaturgia muzyki, libretta i wykonania. Ta bajkowa opowieść o księżniczce Paminie, którą pragnie wyswobodzić książę Tamino na prośbę jej matki Królowej Nocy, a także o zabawnym i sprytnym ptaszniku Papageno oraz o sile dobra w walce ze złem - bawi zarówno dorosłych, jak i dzieci.

Bo prócz genialnej muzyki na scenie dzieje się dużo i dynamicznie. Głównie za sprawą wykonawców, zwłaszcza ekspresywnego Papageno Andrzeja Klimczaka, którego baryton wybrzmiewał w pełnej tonacji, donośnie, wyraziście, gdzie każda fraza i każda głoska były w pełni słyszalne po stronie widowni. Znakomitej dykcji śpiewaka mogą pozazdrościć aktorzy dramatyczni. Nie tylko dykcji, ale także talentu, umiejętności stricte aktorskich. Andrzej Klimczak dysponuje świetnym warsztatem aktorskim i pantomimiczną sprawnością ciała.

Wspaniałym, mocnym basem postać Sarastro, arcykapłana Słońca, doskonale kreował Rafał Siwek. Z racji imponującego głosu ten znakomity solista Warszawskiej Opery Kameralnej ma w swoim dorobku występy w prestiżowych teatrach operowych Europy. A w partii Królowej Nocy zadebiutowała Aleksandra Resztik, prezentując sopran o ładnej barwie. Początkowo artystce jakby trochę zabrakło tchu, co pewnie spowodowane było tremą, później jednak wszystko poszło świetnie. W roli pary głównych bohaterów, księcia Tamino i księżniczki Paminy, wystąpili Leszek Świdziński (znakomity tenor) i Marta Boberska dysponująca pięknym sopranem, zdolnościami aktorskimi, urodą i wdziękiem. Wszyscy wykonawcy "Czarodziejskiego fletu" prócz śpiewu, zgodnie z wolą reżysera wypełniają zadania stricte aktorskie.

Kształt inscenizacyjny tego znakomitego spektaklu, łącznie ze scenografią nieżyjącego już Andrzeja Sadowskiego, utrzymany jest - w tym najlepszym znaczeniu - w konwencji klasycznej, tradycyjnej i wyprowadzony wprost z partytury. Ma klimat XVIII-wiecznego teatru. Wybitny polski artysta Ryszard Peryt, reżyser spektaklu, którego dziełem inscenizacyjnym są wszystkie utwory sceniczne Mozarta prezentowane w ramach festiwalu (co stanowi ewenement), to artysta doskonale słyszący, kochający muzykę i będący jej wytrawnym znawcą. W przeciwieństwie do wielu innych reżyserów, którzy nie tylko pozbawieni są słuchu muzycznego, ale i wrażliwości na muzykę. Stąd nierzadko publiczność nie słyszy śpiewaka w spektaklu, bo reżyser ustawia go gdzieś z tyłu czy na boku tak, by nie przesłaniał formy inscenizacyjnej, co sprawia, iż artysta nie może przebić się głosowo. Groza!

Festiwal Mozartowski to szlachetna perła w naszym życiu muzycznym. Przy okazji warto zauważyć, iż chyba nigdzie na świecie nie ma takiej drugiej sytuacji, by w jednym teatrze operowym wystawiono wszystkie dzieła sceniczne Mozarta zrealizowane przez jednego i tego samego reżysera i prezentowano je corocznie podczas festiwalu. Od tych najbardziej znanych, jak "Wesele Figara", "Don Giovanni", "Uprowadzenie z Seraju" czy "Cosi fan tutte", po mało znane jak "Betulia Wyzwolona" czy "Askaniusz w Albie".

Ale festiwal obejmuje nie tylko utwory sceniczne. W repertuarze są także wybrane pieśni i arie koncertowe, symfonie, utwory kameralne, symfoniczne i religijne, oratoryjne z nieustannie podziwianym, przepięknym "Requiem", ostatnim dziełem, którego Mozart nie zdążył dokończyć. Zachwycony "Requiem" Chopin życzył sobie, by właśnie ten utwór zabrzmiał na jego pogrzebie. Tego genialnego utworu będzie można wysłuchać, jak co roku, w kościele seminaryjnym na Krakowskim Przedmieściu. Tylko że jedynie trzy razy. A więc mniej koncertów aniżeli w poprzednich edycjach festiwalu. Aż trudno uwierzyć, by Festiwal Mozartowski, będący naszą wizytówką, chlubą i jedynym takim przedsięwzięciem w skali świata, był spychany na boczny tor finansowy, podczas gdy z państwowej kiesy finansowane są rozmaite obsceniczne, wulgarne, antypolskie przedsięwzięcia czy to w postaci przedstawień teatralnych, czy wystaw sztuki wizualnej, czy innych "imprez".

I jeszcze jedno, 1 lipca rozpoczyna się polska prezydencja w Radzie Unii Europejskiej. Towarzyszy temu program kulturalny. Wydawało się czymś zupełnie oczywistym, że tak doskonałe dzieło Warszawskiej Opery Kameralnej, jakim jest Festiwal Mozartowski, znajdzie się na poczesnym miejscu, bo jest czym się pochwalić. Tymczasem Festiwal Mozartowski, owszem, wpisano, ale tylko do krajowego programu imprez związanych z prezydencją. Poza honorem nic z tego nie wynika. Natomiast na zewnątrz w przestrzeni europejskiej prezentują nas inni. Proponuję Czytelnikom, by prześledzili, jakie spektakle, wystawy itd. mają reprezentować na zewnątrz poziom i jakość życia kulturalnego naszego kraju. Wstyd.

Temida Stankiewicz-Podhorecka
Nasz Dziennik
19 czerwca 2011

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia